Rejs po Mazurach – czerwiec 2017

Po dwóch sezonach spędzonych na wodach Warty i Odry, postanowiłem zmienić klimat mojego pływania, przystając na propozycję jednego z przyjaciół, aby tym razem popływać po jeziorach mazurskich. Pomysł rejsu narodził się jeszcze w sierpniu 2016 roku. Siedzieliśmy wówczas w kilkuosobowym gronie, pod naszą lipą, kontestując zakończony właśnie rejs z Oławy do Ostrowa Tumskiego we Wrocławiu i z powrotem, sącząc schłodzone prosecco. Wyjęliśmy komplet map Mazur i stworzyliśmy pierwszy zarys tygodniowej trasy. Mając na uwadze ośmioosobową załogę, rozpoczęliśmy poszukiwania jachtu motorowego, oferującego wystarczającą ilość miejsc, względną wygodę, niezłe wyposażenie oraz niezbyt wygórowaną cenę. Po tygodniu mieliśmy już pierwszy efekt poszukiwań, znajdując Nautinera 40.3, z trzema kabinami, dwiema łazienkami oraz dodatkową „sypialnią” w mesie.

Już po wstępnej rozmowie z osobą kontaktową podaną na stronie internetowej firmy czarterującej, otrzymałem propozycję umowy wraz ze szczegółowymi danymi wytypowanej przez nas łódki. Pozostało już tylko ustalenie terminu rejsu, dogodnego dla nas wszystkich. Wyznaczyliśmy więc czerwcowy tydzień, z dniem wolnym przypadającym w czwartkowe Boże Ciało, tak, aby ograniczyć skromne w naszym urlopowym budżecie dni wolne od pracy.

Dokonałem rezerwacji naszego okrętu, wpłaciłem pierwszą część zaliczki (50% opłaty),przystępując do sporządzenia szczegółowego projektu harmonogramu rejsu. Pominę szczegóły, ważne jednak były miejsca postoju, możliwości zrzutu nieczystości, tankowania wody, paliwa i dostęp do portowych knajp i sanitariatów. Sporządzony projekt przedstawiłem wszystkim uczestnikom, wybrane porty, dzienne dystanse pomiędzy nimi i czas pływania nie budziły wątpliwości, kosztorys też nie został oprotestowany. W nadziei, że przedsięwzięcie spełni nasze oczekiwania, czekaliśmy cierpliwie na początek czerwca, pełne 7 miesięcy.

Tydzień przed rejsem, ustaliliśmy zaprowiantowanie i podzieliliśmy się odpowiedzialnością za ekwipunek, uzupełniający to, co mieliśmy zastać na okręcie. Wreszcie nadszedł czas wyjazdu. Początek rejsu zaplanowany był na niedzielę (11 czerwca), wówczas mieliśmy przejąć naszą łódkę. Postanowiliśmy wyjechać już w sobotę, mając zamiar dojechać blisko Giżycka, jeszcze przed wieczorem, aby znaleźć nocleg, rezerwując niedzielne przedpołudnie na zakwaterowanie i wyruszenie na północ, w kierunku Węgorzewa. Tu spotkaliśmy się z przychylnością firmy czarterującej nam Nautinera, bo zaproponowano nam sobotni nocleg już na jego pokładzie. Piękny gest, ale i …ostatni. Po nim nastąpiły raczej same rozczarowania. Zapewne gest ten miał celowo załagodzić nasze frustracje i zastrzeżenia, których nagromadziło się wiele, skutecznie redukując wcześniejsze zadowolenie z obiecanego luksusu.
I nie chodzi wcale o naszą potrzebę zapewnienia sobie luksusu, bo każde z nas potrafi się bez tego obejść. To opis tego jachtu zamieszczony na stronie internetowej właściciela przyniósł taką wizję, zaś wyszczególniony precyzyjnie zakres wyposażenia miał być tego pełnym uzasadnieniem. Rozbieżności pomiędzy ofertą a rzeczywistym stanem łódki było wiele, wymienię dla przykładu kilka z nich: miały być dwa stery strumieniowe, był dostępny tylko dziobowy; namiot nad górnym pokładem miał być pełny, zastaliśmy tylko częściowy, osłaniający jego przednią część, w dodatku z pourywanymi zatrzaskami i z cieknącym dachem; miał być tablet z locją, w zamian była stara mapa; oddano nam jacht niemal z wypełnionym po brzegi zbiornikiem na fekalia (88%); 9-tonowy jacht wyposażono w jedną kotwicę, w dodatku z zacinającą się windą; zdemontowana została wycieraczka przedniej osłony sterówki, stawiając nas w dużym dyskomforcie podczas padającego deszczu; brak materaca (sundecku) na przedniej części pokładu; braki w wyposażeniu kuchni, zwłaszcza oferowanej w ofercie mikrofali i ekspresu do kawy. Zastrzeżenia nasze objęły również estetyczną stronę jachtu, poplamione siedziska, brudna wykładzina w kokpicie środkowym.
Oczywiste jest to, że nie musieliśmy zgodzić się na takie braki i mogliśmy nie przyjąć łódki lub zażądać redukcji poniesionego kosztu za oferowany nam „luksus”. Wariant rezygnacji był raczej nie do przyjęcia, gdyż byliśmy przygotowani na rejs w tym konkretnym i „wygospodarowanym” przez nas terminie, odbywając podróż do Giżycka liczącą ponad 500 km. Przekazanie jachtu poprzedziła bardzo lapidarna i pośpieszna prezentacja w wykonaniu pana Ł., pozostawiając nas w pełnej nieświadomości zastanych braków, których część ujawniła się dopiero w trakcie pływania.

Rozczarowanie nasze złagodziła z ogromnym wdziękiem miła pani bosman D., która z wielką starannością spełniała nasze prośby, okazując nam bardzo dużą przychylność i profesjonalizm. Jej szef, właściciel (lub tylko zarządzający czarterem naszej jednostki – nie znam struktury organizacyjnej tej firmy), będąc na miejscu, nawet nie wykazał chęci, aby się z nami pożegnać w ostatnim dniu naszego pobytu. Zapewne wyczuł naszą frustrację i schował głowę w przysłowiowy piasek. A właściwie nie tylko głowę, wręcz całego siebie, topiąc przy okazji nasze przyszłe relacje z tą firmą. To typowe dla „krętaczy”, bo taką zyskał ksywę, pomimo przyjaznego gestu opisanego na wstępie. Ale tym właśnie gestem nas okpił i z tego powodu usunął nas z grona stałych klientów. Jednogłośnie orzekliśmy, że do tej firmy już nigdy nie wrócimy, przestrzegając innych przed niegodnymi metodami oszukiwania klientów!

Rejs był piękny i urozmaicony. Aura dostarczyła nam dodatkowych wrażeń, przeplatając ulewne deszcze ze słońcem. Przebyliśmy 260 km, w podziale na 7 dni, byliśmy w Węgorzewie, Giżycku, Rynie, Mikołajkach, Rucianem-Nidą, pokonując 19 jezior, 7 kanałów, znajdując czas na miłe postoje w zacisznych szuwarach i wędkowanie. Nie dotarliśmy jedynie do Piszu i Jeziora Roś, ze względu na zbyt wysoki stan mazurskich wód i – jak sądzę – niewystarczającego prześwitu pod mostem drogowym na kanale Jeglińskim w stosunku do pokaźnej wysokości naszego Nautinera. Reszta planu została zrealizowana bez żadnego uszczerbku, przynosząc mnóstwo wrażeń i przyjemności, pomimo…

Jeszcze jedna sprawa, której nie sposób pominąć, nawiązując do mojego ubiegłorocznego komentarza o kulturze na wodzie. Jak wspomniałem, rejs odbywał się w tygodniu z wolnym czwartkiem, więc mogliśmy się spodziewać tłumów. I tak się stało. Z jednej strony to wspaniałe, że ludzie chcą spędzać wolny czas nad wodą lub na niej, korzystając z ogromnej liczby dostępnego w wypożyczalniach sprzętu do pływania. Z drugiej strony widoczny jest dystans dzielący większość użytkowników żaglówek i motorówek z przepisami wodnymi oraz z podstawowymi zasadami współżycia na wodzie i w portach, przystaniach oraz w marinach.
Przykładem niemiłych sytuacji mogło być wejście do śluzy Guzianki, do której większość wodniaków starała się wpłynąć pomimo kolejności zbliżania się do jej awanportu. Byliśmy uczestnikami sytuacji, gdzie na raz próbowało wpłynąć 18 jednostek, dużych i mniejszych, nie przestrzegając jakichkolwiek zasad obowiązujących tam od zawsze.

Kolejne sceny mrożące krew w żyłach odbywały się w kanałach łączących Jezioro Niegocin z Tałtami. Przekraczana prędkość i tworzenie fal, wyprzedzanie w niewłaściwych miejscach, nawet potrójne, zmuszające tych z naprzeciwka do ostrego hamowania.


To nie wszystko. Małe dzieci na pokładzie, bawiące się w berka. Bez kapoków, bez właściwej asekuracji rodziców zajętych w tym czasie opróżnianiem kieliszków. Zastanawiający a może szokujący nawet był widok psa w kapoku na pokładzie tej samej jednostki. Czy nie jest to czasem odwrócona hierarchia, czy tylko skrajna głupota „dorosłych”?

Być może uwolnienie od wymaganych wcześniej patentów motorowodniackich przyniosło korzyść licznym wypożyczalniom. Ale to tylko jedna strona medalu. Z przykrością stwierdziliśmy, że kultura na wodzie nie idzie w parze ze zmianami przepisów, demolując wodniackie dobre zwyczaje.
To przykre, zwłaszcza jeśli uczestniczy w tym nasza latorośl, będąc już od podstaw pozbawiona dobrych przykładów. Aż strach pomyśleć, co będzie się działo za 10-15 lat.

Możliwość komentowania Rejs po Mazurach – czerwiec 2017 została wyłączona

Gdzie się podziała subkultura?

Świat wokół nas zmienia się niewyobrażalnie. Nie chodzi o politykę, gospodarkę, ani o to, co się dzieje z naszym środowiskiem naturalnym, zanieczyszczeniami, ociepleniem itp. To są zjawiska i procesy, które w większości przypadków możemy jedynie obserwować, czasami bez większej nadziei na jakiekolwiek efekty podejmowanych wysiłków przy próbach dokonywania zmian, niwelacji zagrożeń oraz skuteczności  naszego wysiłku w tworzeniu lepszych standardów. Jesteśmy w większości tylko biernymi świadkami dynamicznie powstającej historii, ewolucji technicznej, naukowej, socjalnej. Czas płynie, zaś te wszystkie zmiany nas zaskakują, czasami cieszą, czasem też przerażają.

Najbardziej przerażają mnie zmiany kulturowe, te najbliższe nam i naszym bliskim. Te, na które mamy wpływ, ale wolimy od nich uciekać, bo tak jest wygodniej…
Najlepsze lata mojego życia poświęciłem wychowaniu młodzieży akademickiej, krzewiąc kulturę studencką oraz kulturę wychowania młodzieży przez sport i rekreację. Ta pierwsza była wynikiem mojego czynnego uczestnictwa w życiu klubowym podczas studiów, zwłaszcza w dziedzinie organizacji imprez studenckich i osobistego w nich uczestnictwa w uczelnianych dniach kultury, w międzyuczelnianych i ogólnopolskich spotkaniach artystycznych, w festiwalach piosenki studenckiej, w turniejach poetyckich, kabaretach, zespołach muzycznych itp.
Po studiach także przez wiele lat brałem udział w wychowaniu i kształceniu studentów jako pracownik dydaktyczny w Zakładzie Sportów Zimowych AWF Wrocław oraz jako kierownik wyszkolenia sportowego uczelnianego klubu wyczynowego AZS AWF Wrocław. Te niemal dwadzieścia lat pracy z młodzieżą zaowocowało ogromną rzeszą osób wciągniętych przeze mnie do subkultury sportowej, przede wszystkim zaś narciarskiej oraz w nieco skromniejszym stopniu związanej ze sportami wodnymi. I tym bliskim mi dwóm dziedzinom rekreacji, pragnę zadedykować niniejsze uwagi.

Popularyzując narciarstwo i ucząc studentów metodyki i techniki pozwalającej na swobodne poruszanie się po stokach i trasach biegowych, opieraliśmy się przede wszystkim na wyjaśnieniu relacji między uczestnikami tych zajęć a środowiskiem zewnętrznym oraz między współćwiczącymi, a także całą resztą „użytkowników” gór. „Wdrażanie „dekalogu narciarskiego”, stanowiącego spis najważniejszych zasad i reguł współdzielenia się radością z uprawiania narciarstwa, zachowania się w górach, w schroniskach, wespół z bogatą i różnorodną ofertą rozwijającego się przemysłu sprzętowo-odzieżowego, rozwijająca się  infrastruktura i technologia, pozwalały na budowanie mozolnie tego, z czego dumni byli niemal wszyscy narciarze, zarówno zawodnicy, jak i amatorzy. Byliśmy wszyscy świadkami i uczestnikami, ale i również beneficjentami rozwoju specyficznego kierunku kultury, dostępnej tylko tej systematycznie rosnącej grupie – narciarzom, elitarnej w każdym calu, mając powód do dumy z tej niezwykłej odrębności. Kultura ta przekazywana była przez rodziców, przyjaciół, znajomych, często podawana młodzieży szkolnej i studentom. Przyjmowana chętnie, jako niezwykła atrakcja dająca odskocznię od szarości socjalistycznego realu, przez coraz to nowych adeptów, czyniła ich lepszymi. Dbały o to liczne kluby i stowarzyszenia, popularyzowali ją instruktorzy i trenerzy oraz liczni społecznicy. Przyjemnie było w tym świecie egzystować, ale do czasu…
Paradoksalne jest dziś to, że popularyzując narciarstwo, doczekaliśmy się w końcu jego powszechnej dostępności, co – z wielką przykrością to zauważam – powoduje  powolny regres bądź niemal całkowity zanik jego subkultury!

Nikt z nas nie przewidział tak okropnego skutku, jakim jest lekceważenie lub utrata wartości spisanych w przywołanym przeze mnie „dekalogu”. Dostępność sprzętu, dziś często bardzo taniego, pochodzącego z hipermarketów lub alternatywnych wypożyczalni, rozwijająca się ciągle sieć obiektów narciarskich w regionach górskich i coraz częściej na nizinach (sztucznie naśnieżane stoki), możliwość korzystania z narciarskich resortów poza krajem, ułatwiły drogę do uprawiania narciarstwa lub tylko „uczestnictwa” w nim w skali masowej, bez obecności liderów, nauczycieli i osób wprowadzających wartości niedawnej i gubionej gdzieś po drodze upowszechniania subkultury narciarskiej. Ubolewania godne i częste są widoki tatusiów lub mam, nierzadko niezbyt trzeźwych i z „petem” w ustach (o zgrozo!), ciągnących za sobą malutkich, kilkuletnich narciarzy, przerażonych trudami nowej, modnej dziś rodzinnej rozrywki. Ordynarne wrzaski, wypełnione przekleństwami na stoku i w kolejce do wyciągu, lub już na krześle wiozącym na górę to dzisiaj standard. Upijanie się, czego skutkiem jest bardzo niebezpieczna i szybka jazda, sprawiająca ogromne zagrożenie dla własnego zdrowia, ale i również dla osób w zasięgu „trajektorii niekontrolowanego lotu”, nieprzestrzeganie podstawowych zasad bezpiecznego używania sprzętu, brak jakichkolwiek zabezpieczeń, nieposzanowanie innych użytkowników, to nagminne grzechy tych pożałowania godnych, współczesnych „rajderów”. O ile już taki ma na swoim łbie kask oraz gogle, zapewniając sobie incognito, tym chętniej pokazuje swoje chamskie i wulgarne ego. Brak elementarnej wiedzy o bezpiecznym poruszaniu się w dół, brak wyobraźni o zagrożeniach, kompletny brak odruchu pomocy osobom jej wymagających, to koszmarna rzeczywistość, pokazująca kroczące schamienie nowobogackiej społeczności narciarskiej. To zadziwiające, ale te uwagi dotyczą wyłącznie naszych rodaków tu, w kraju, jak i poza granicami Polski. Jakoś nie mogę przypomnieć sobie podobnych postaw u Szwajcarów, Niemców, Austriaków, czy nawet najbliższych naszych sąsiadów – Czechów. To Polacy są w tej lidze jedyni i niepowtarzalni. Oczywiście nie wszyscy, to rzecz jasna.  Są i ludzie przyzwoici, szanujący stare obyczaje, zachowujący się zgodnie ze wszelkimi regułami dobrego wychowania. Ale oni nie rzucają się w oczy, oni są cichym i normalnym tłem dla tych nowobogackich łotrów. Nie raz próbowałem się przeciwstawić popisom prostactwa, i tu w naszym kraju, i tam, za granicą. Wyedukowana na głównym nurcie klasyków polskiej współczesnej polityki hołota posługuje się zwrotem „spieprzaj dziadu”. Przeważnie jednak dostaję propozycję nie do odrzucenia, żebym się „nie wpierdalał” w nie swoje sprawy.  Jak nie swoje?! Po tylu latach mozolnej pracy? A czyje, jak nie moje?!

Te same obrazy widoczne są w innej dziedzinie uprawianej od lat w Polsce rekreacji, skupiającej ludzi w środowiskach wodniaków. Tam również krzewiono subkulturę, wyznaczając dziesiątki reguł, bez których trudno byłoby egzystować. Ruch w porcie, udzielanie pierwszeństwa, zasady ratownictwa, przestrzeganie przepisów, etyka żeglarska i motorowodniacka, to niezwykle ważne kanony, tak bardzo charakterystyczne dla subkultury sportów wodnych.
Pamiętam przyjemność wynikającą ze zgodności tych zasad z rzeczywistością, będąc uczestnikiem wielu obozów żeglarskich w latach 1965 – 1990. W roku ubiegłym, po ponad 25 latach przerwy, znalazłem się na Mazurach, korzystając z gościnnej dla wszystkich i pięknej „Ekomariny” w Giżycku. Nowocześniejszy sprzęt, piękne i luksusowe żaglówki i jachty motorowe, starsze oraz super nowoczesne, bardzo eleganckie i wypielęgnowane łódki, a na nich … łobuzeria! Bo jak inaczej można skomentować grupę ośmiu „karków”, wpływających do portu na „pełnym gazie”, w dosłownym sensie oraz w przenośni – wszyscy mocno pijani. Żeby bardziej podkreślić swoje chwackie wejście wystawili charczące głośniki z heavy-metalową muzyką, oczywiście na maksymalnych poziomach głośności. Jacht wyczarterowany na parę dni, zapewne bez konieczności posiadania patentu. Chlewu takiego dawno nie widziałem, wszędzie porozwalane butelki ukazujące spektrum alkoholi dostępnych w mazurskich sklepach. Nie chciałbym być armatorem tej jednostki, to wiem z pewnością. Rozochocone towarzystwo ruszyło „na miacho” dopić się, a może na spotkanie z potencjalnym towarzystwem płci odmiennej. Nie bacząc na sąsiedztwo pływających rodzin z małymi dziećmi, nie krępując się zgorszenia prawdziwych żeglarzy, wrzeszczeli, klęli, śpiewali chamskie przyśpiewki, pokazując dosadnie, gdzie mają wszystkich pozostałych. Kolesie stanowili ekstremum nuworyszowskiej elity wodniackiej, a podobne egzemplarze co rusz wpadały nam w oko. Na trasie ze Sztynortu do Giżycka i w drodze powrotnej widzieliśmy wielu panoszących się „prawdziwków”, których pokłady – zarówno te pod żaglami jak i te poruszane motorem – obstawione były flachami, z hałasem, dzikimi wrzaskami, głośną muzyką. Wymownym przykładem nieposzanowania jakichkolwiek dobrych zwyczajów jest ruch w kanale, przed mostem zwodzonym w Giżycku, tuż po zapaleniu się zielonego światła. Przepychanki, wjeżdżanie przed nosem, często zahaczając położonym masztem o głowy wyprzedzanych wodniaków…. To właśnie jest dzisiejszy obraz nowej „kultury”, dalece odbiegającej od tej, którą przywykliśmy szanować.
Inne widoki, choćby na naszej pięknej Odrze. Port w kanale, kiwające się łódki, kajakarze, na brzegu oraz liczni wędkarze. Cisza i spokój. Nagle zza zakrętu wyłania się szybko płynąca motorówka, kierując się prosto do portu. Przepływa obok, nie zwalniając, śmiech załogantów kwituje zakłopotanie i gniew tych wszystkich, którzy spodziewali się łagodniejszego potraktowania. Ale do kogo żal? Do tego prostaka, którego świadomość nie przekracza poziomu rozkapryszonego sześciolatka? Bogatemu wolno wszystko! Jakie tam zakazy, jakie zwyczaje, po co kultura? Dobra zabawa, ubaw, mocne wrażenia. O to tu chodzi! Szpan, pompowanie własnego ego, pokazywanie, kto tu jest „panem”.

Dwa światy: narciarski i wodniacki, jakże dziś odmienne od tych, które nauczyliśmy się kochać i które z największą pasją pragnęliśmy niegdyś upowszechniać jako nauczyciele, instruktorzy, rodzice i społecznicy. Nie jestem abstynentem, czasami lubię dobrą zabawę, napić się zimnego piwa, zaśpiewać piosenkę. Ale wszystko z poszanowaniem innego człowieka, miejsc w których przebywam oraz właściwego w nich zachowania. Bo – jak mawiał mój Szef, Bronisław Haczkiewicz – „wódkę pije się z głową, a nie z kiełbasą”.

Może pomysł byłego ministra Gowina, jeszcze w rządzie PO, uwalniający zawody instruktorskie, był tym właśnie przyzwoleniem na budowanie nowej rzeczywistości, bez udziału nauczycieli, instruktorów, trenerów. Ponieważ nie ma już konieczności zdobywania patentów na rekreacyjne pływanie, nie musimy korzystać z usług szkoleniowców. Któż więc przekaże nam te dobre umiejętności, zachowania, licujące z dawnymi kanonami subkulturowymi, tworzonymi przez wiele lat? Nie wyobrażam sobie, aby wspomniany wcześniej „kark” sięgnął z własnej woli do jakiegokolwiek podręcznika, chcąc dowiedzieć się o poprawnym zachowaniu, właściwym dla wybranej przez siebie dyscypliny, w którą wtargnął właśnie z ubłoconymi buciorami, jak najgorszy intruz.

Zwracajmy więc uwagę tym wszystkim, których zachowanie jest niegodne. Nie tolerujmy chamstwa, prostactwa, brońmy naszego świata, aby ocalić jego urodę dla kolejnych pokoleń. Niech idea Karłowicza, Zaruskiego i nas samych przetrwa, chroniąc subkulturę sportu i rekreacji przed schamieniem, co – jak dziś widać – zaczyna być widocznym dla nas problemem.

Marek Stasiak

Możliwość komentowania Gdzie się podziała subkultura? została wyłączona

Rejs Oława – Opole i z powrotem

Plan naszego rejsu przewidywał udział 3 osób, które podczas dwóch dni miałyby popłynąć z Oławy do Opola i z powrotem. Mieliśmy wystartować we wtorek rano, przechodząc 8 stopni wodnych w górę Odry na dystansie ponad 53 kilometrów. Po noclegu droga powrotna ze śluzowaniem w dół. Łączny dystans to ok. 110 km.

Marinę Oława opuściliśmy zgodnie z planem, tuż po ósmej. Pierwszą i niezbyt dużą śluzę w Lipkach potraktowaliśmy jako naszą rozgrzewkę, gdyż udało się ją przejść w bardzo szybkim czasie, bo w niespełna 10 minut. Radiowe zgłoszenie zamiaru jej przepłynięcia sprawiło, iż wrota śluzy były już otwarte, zanim do niej dotarliśmy. Operatorzy śluzy obiecali, że poinformują obsługę kolejnej o naszej wyprawie do Opola, tak abyśmy nie czekali na przygotowanie wody. I tak się działo na wszystkich śluzach prowadzących do Opola.
Tuż przed Brzegiem okazało się, że jeden z załogantów musi zejść na ląd i szybko wracać do Wrocławia na pomoc swojej kontuzjowanej mamie. Zostaliśmy w zespole dwu osobowym, biorąc na siebie wszystkie rozplanowane obowiązki, zwłaszcza dotyczące prac pokładowych.

Parametry samej trasy w kolejnych etapach pomiędzy stopniami wodnymi zawiera poniższe zestawienie:

I etap: Marina Oława – Śluza Lipki  – (5,5 km) – 8:08 – 8:55 (47 min), czas śluzowania 10 min.
II etap: Śluza Lipki – Śluza Brzeg (via Marina Brzeg) – (14 km) – 9:05 – 10:10 (90 min), czas śluz. 25 min.
III etap: Śluza Brzeg – Śluza Zwanowice – (9 km) – 11:00 – 12:05 (65 min), czas śluz. 15 min.
IV etap: Śluza Zwanowice – Śluza Ujście Nysy – (5 km) – 12:20 – 12:55 (35 min), czas śluz. 13 min.
V etap: Śluza Ujście Nysy – Śluza Zawada – (6 km) – 13:08 – 13:45 (37 min), czas śluz. 10 min.
VI etap: Śluza Zawada – Śluza Chróścice – (7 km) – 13:55 – 14:30 (35 min), czas śluz. 15 min.
VII etap: Śluza Chróścice – Śluza Dobrzeń – (4,5 km) – 14:45 – 15:10 (35 min), czas śluz. 10 min.
VIII etap: Śluza Dobrzeń – Śluza Wróblin – (7 km) – 15:20 – 16:10 (50 min), czas śluz. 10 min.
IX etap: Śluza Wróblin – Klub Kajakowy PAGAJ – (6 km) – 16:20 – 17:10 (50 min)

Podsumowanie:

  • Łączny czas tej części rejsu: 588 min = 9 h 48′,
  • pokonany dystans: 64 km,
  • średnia prędkość: 6,4 km/h.

Sądzę, iż powyżej zaprezentowane dane pozwolą na rzetelne przygotowanie się do odbycia podobnego rejsu, zwłaszcza tym, którzy planują swoją pierwszą odrzańską podróż do Opola/

Warto zauważyć, że trasa rejsu jest bardzo urozmaicona. Płyniemy pięknym i malowniczym korytem głównym Odry oraz węższymi od rzeki kanałami prowadzącymi do śluz. Rzeka jest niemal całkowicie pusta. Podczas pierwszej części rejsu spotkaliśmy tylko parę kajakarzy w okolicach Brzegu, jednostkę motorową z Urazu, cumującą przy lewym brzegu w okolicach Zwanowic oraz wędkarza na pontonie w okolicach ujścia Nysy. Poza malutką przystanią Raj na prawym brzegu w okolicach Dobrzenia Małego i organizującą się, bardzo skromną przystanią kajakową na lewym brzegu, tuż nad Zwanowicami, nie zauważyliśmy żadnej prawdziwej mariny, czy nawet porządniejszego miejsca do zacumowania z jakąkolwiek infrastrukturą.

fot.1. Przystań Raj w Dobrzeniu Małym na prawym brzegu – 162 km

fot.2. Rozwijająca się przystań w Kopaniu (koło Zdanowic) - lewy brzeg, 184,5 km

fot.2. Rozwijająca się przystań w Kopaniu (koło Zdanowic) – lewy brzeg, 184,5 km

Ciekawostką było tajemnicze dla nas miejsce, gdzie po obu stronach Odry, ponad śluzą Chróścice, na wysokości 167,5 km widoczne są betonowe keje, ze slipami w środku. Slipy są jednak zabezpieczone szlabanami, co wskazuje na ich całkowite wyłączenie z użytkowania, przynajmniej dla masowej „publiczności”.

fot.3. Betonowa keja w Kątach, prawy i lewy brzeg - 167,5 km

fot.3. Betonowa keja w Kątach, prawy i lewy brzeg – 167,5 km

Ciekawa jest dość rzucająca się w oczy różnorodność śluz. Są śluzy bardzo stare i ugryzione zębem czasu, z widocznymi uszkodzeniami. W 2 śluzach przeprawialiśmy się przy „połowicznie uchylonych” wrotach. Jedna strona była nieczynna, ale na tyle szeroka, że nie sprawiła nam dużego problemu (nasz weekend ma 3 metry szerokości). Są śluzy bardzo wysoko spiętrzające wodę i mocno zabrudzone, ale z największą przyjemnością podziwialiśmy perłę wśród nich – Śluzę Chróścice, czystą i zadbaną, po rzetelnie przeprowadzonej rewitalizacji.

fot.4. Śluza Chruścice, 168,3, km

fot.4. Śluza Chruścice, 168,3, km

Najbardziej dla nas kłopotliwe były częste zmiany burty cumującej w kolejnych śluzach, gdyż pociągały za sobą przerzucanie odbijaczy i cumy „śluzowej” na właściwą stronę. Okazywało się to dopiero podczas wchodzenia do komory śluzy, wówczas gdy obsługa wskazywała nam odpowiedni do cumowania brzeg. W drodze powrotnej było dużo łatwiej, gdyż notatki sporządzone w czasie jazdy w górę pomogły nam bardzoh, eliminując „spontana”.

Do Opola dotarliśmy przed godziną 17, zastanawiając się nad wyborem miejsca docelowego. Na mapie widoczna jest Marina Opole, o której dowiedziałem się również od właściciela Mariny Oława – Tomka Strażyńskiego. Od niego dostałem numer telefonu do bosmana, jednak okazało się, że był on niewłaściwy. Odebrał zaś jegomość, komunikujący, że z Mariną Opole nie ma nic wspólnego, ale może nam szczerze polecić Przystań Kajakową PAGAJ, sąsiadującą z dolnym awanportem Śluzy Opole. Po chwili wpłynęliśmy do uroczej zatoczki na lewym brzegu Odry, trafiając wprost na gospodarza przystani, Pana Jana Guzka. Pozwolił nam stanąć w najkorzystniejszym dla nas oświetlonym miejscu, oferując również sanitariat z WC i natryskiem, dostęp do wody i prądu. Wszystko za jedyne 20 zł. Wierzymy w to, że dalsza systematyczna praca pozwoli Panu Janowi na podniesienie poziomu tej uroczej przystani i niebawem powstanie tu profesjonalna marina. Trzymam kciuki już od dziś!

fot.5. Przystań PAGAJ w Opolu, lewy brzeg, 150,7 km, tuż za dolnym awanportem Śluzy Opole.

fot.5. Przystań PAGAJ w Opolu, lewy brzeg, 150,7 km, tuż za dolnym awanportem Śluzy Opole.

Po przespanej nocy, w towarzystwie uroczo kumkających żabek, po smacznej kawie i skromnym śniadaniu wyruszyliśmy w drogę powrotną do Oławy, mogąc raz jeszcze przećwiczyć manewry śluzowania, kierując się doświadczeniami dnia poprzedniego. W Marinie Oława zameldowaliśmy się o godzinie 16:05.

Kilka uwag pomocnych przy organizacji rejsu, polegającego na pokonywaniu śluz:

  • Warto mieć specjalne do śluzowych przepraw 2 odbijacze o długości minimum 80 cm i średnicy 30 cm. Ściany śluz są zazwyczaj pokryte rdzawym lub brunatnym nalotem, będącym mieszanką rdzy (jeśli ściany są metalowe), glonów roślin lub ich kompilacją. Użycie naszych standardowych odbijaczy, tych do zabezpieczenia burt przy cumowaniu w porcie i zazwyczaj mniejszych, jest dość ryzykowne, gdyż mogą one zostać wepchnięte do wnęk ściany śluzy i narazić burtę na otarcie i mocne zabrudzenie. Duże odbijacze gwarantują optymalny dystans i – co ważne – po wyjściu ze śluzy mogą zostać zawieszone np. za rufą, po czym ponownie użyte w kolejnej śluzie, bez potrzeby usuwania brudu. Przywrócenie czystości może się więc odbyć po rejsie lub po ostatnim śluzowaniu.
  • Podobnie jak z odbijaczami, powinniśmy przygotować specjalną cumę, o długości minimum 10 metrów, najlepiej czarną. Szczególnie w warunkach śluzowania w górę, gdy musimy użyć mokrego i brudnego polera w ścianie śluzy przy dolnej wodzie, nie ma sensu używać naszych najczęściej czystych i kolorowych cum. Po kilkukrotnym śluzowaniu, środkowa część cumy jest mocno zabrudzona, dlatego też warto posługiwać się specjalnymi rękawicami, chroniąc przed brudem ręce.
  • Miejmy przy sobie drobny bilon. Śluza w godzinach 7:00 – 16:00 kosztuje 7,24 zł, później 14,48 zł. Dużym ułatwieniem dla obsługi śluzy jest precyzyjnie wyliczona kwota, oszczędzi to czas zarówno im jak i nam samym, pozwalając na jej opuszczenie nawet w ciągu 10 minut.

Jako ciekawostkę przedstawiam efekt papierowej roboty, jaka powstaje podczas przepraw śluzowych. Operatorzy są zobowiązani do wypisywania kwitów, w naszym przypadku zebrana została kolekcja 16 egzemplarzy, której część pochodzącą z pierwszego etapu podróży poniżej przedstawiam.

fot.6. kolekcja kwitów za śluzowanie

fot.6. kolekcja kwitów za śluzowanie

Na koniec niniejszej relacji proponuję obejrzenie naszego krótkiego filmu z odbytego rejsu:

Marek Stasiak

 

 

 

 

 

 

 

Możliwość komentowania Rejs Oława – Opole i z powrotem została wyłączona

Odrzańska Odyseja

W niedzielę 12 czerwca, płynąc z Oławy w górę Odry, w kierunku śluzy w Brzegu, w dolnym odcinku kanału prowadzącego do jej wrót, mijaliśmy się z przedwojenną i niedawno zrewitalizowaną barką „Irena”, na której pokładzie zaaranżowano Muzeum Odry, popularyzujące minione – niestety – lata świetności żeglugi odrzańskiej. Autorem i wykonawcą przedsięwzięcia jest Forum Otwartego Muzeum Techniki, które dzięki wspomaganiu Ministerstwa Kultury, nadodrzańskich gmin i licznych instytucji zorganizowało rejs „Odrzańska Odyseja”, pokazując niezwykle interesującą wystawę w wielu miejscowościach pomiędzy Wrocławiem i Kędzierzynem. Niedzielny etap rejsu zakończył się w Brzegu, imponująco prezentujący się zestaw zacumowany został przy nabrzeżu Odry, pomiędzy Mariną Brzeg a mostem drogowym.

DSC_7273

Mijanka nasza została uwieczniona na krótkim filmiku, do którego obejrzenia zapraszam.

 

Możliwość komentowania Odrzańska Odyseja została wyłączona

WODOWANIE WEEKENDA I PIERWSZY REJS 2016

Ważny majowy dzień – nadszedł czas na wodowanie naszego „weekenda”. Dość długo zwlekaliśmy
z tym przedsięwzięciem, głównie zniechęceni kiepską pogodą, zwłaszcza zimnem i brakiem słońca.

Łódka nasza wyjechała z hangaru już trzy tygodnie temu, została dokładnie wymyta, wysprzątana
i przewietrzona. Pozostawienie jej na zewnątrz miało na celu doładowanie akumulatorów bateriami słonecznymi zamontowanymi na dachu nadbudówki, na razie bez użycia prostownika, choć jego brak postanowiliśmy uzupełnić. Został zakupiony i doinstalowany do istniejącego już systemu solarnego, co pozwala nam obecnie na możliwość dodatkowego ładowania naszych baterii, jeśli tylko mamy w zanadrzu gniazdo 230 V. Kolejny, czekający nas zakup to najmniejszy, acz bardzo wydajny agregat prądotwórczy Hondy, którego użycie wzniesie komfort przebywających na pokładzie naszego statku na „najwyższy poziom”. Ciepła woda, światło, mikrowela, ekspres do kawy, itd. Wreszcie możliwość korzystania z komputera i urządzeń biurowych, aby z dala od szarej rzeczywistości móc kontrolować jej funkcjonowanie, jeśli oczywiście będzie to koniecznością.

Wymieniłem wszystkie płyny, podokręcałem po zimowych przestojach to, co trzeba było, wymieniłem kilka zużytych elementów na nowe, zainstalowałem dodatkowe listwy ledowe oświetlenia we wnętrzu statku, na koniec dokleiłem na jego burtach i ścianach nadbudówki nowe elementy grafiki z naszym logo i adresami e-mailowymi. Wszystkie te czynności zostały starannie zaplanowane i w kolejności zrealizowane, bez zbytniego pośpiechu, ale za to dość starannie.

IMAG2330

Fot.1. Zestaw gotowy do drogi wraz z asekuracją

Gotowi do drogi, wyruszyliśmy w sobotnie południe, w dniu 21 maja, wespół z synem Maćkiem i jego żoną Madzią, jadącymi drugim autem. Ich zadaniem była asekuracja w miejscach niezbyt bezpiecznych, tam gdzie wąsko, ruchliwie i nerwowo. Mieliśmy do przejechania odcinek pomiędzy naszym domem położonym w okolicy Twardogóry, a zaprzyjaźnionym portem w Ścinawie, nadodrzańską miejscowością graniczącą z Oławą. Dystans niewielki, bo około 60 kilometrów, prowadzący całkowicie lokalnymi drogami. Po drodze zatankowaliśmy ok. 200 litrów ropy, tak aby starczyło na kilka tygodni pływania.

w drodze

Fot. 2. W drodze do Mariny Oława

Po dotarciu na miejsce okazało się, że w samej Marinie Oława nie będziemy mogli skorzystać z tamtejszego slipu, gdyż trafiliśmy akurat na znacznie obniżony poziom wody. Postanowiliśmy zatem skorzystać z dzikiego slipu oddalonego od Mariny około jednego kilometra w górę Odry, na lewym jej brzegu. Już raz korzystaliśmy z tego miejsca ubiegłej jesieni, wyciągając nasz okręt na przyczepę, z bardzo udanym skutkiem. Dojazd do rzeki jest kłopotliwy ze względu na niewyobrażalne nierówności drogi gruntowej, już po zjeździe z drogi asfaltowej. Nasza jednostka ważąca 2 tony, na prawie tonowej przyczepie kiwała się w różne strony, niczym fregata na bardzo wzburzonej wodzie. Metr po metrze, z minimalną prędkością, pilnując właściwego toru jazdy, dowiozłem nasz bagaż do niewielkiej zatoczki, żeby po chwili ustawić przyczepę tyłem do rzeki, gotową do zjazdu w dół. Trzeba było jeszcze tylko uwolnić łódź z przyczepy, odpinając dwa pasy. Tu nastąpił bardzo miły akcent wodniackiej solidarności, gdyż usłyszeliśmy warkot silnika, po chwili widząc mknącą ku nam motorówkę Tomka Strażyńskiego, szefa Mariny, w asyście czterech swoich kolegów, gotowych do udzielenia nam pomocy. Dziękując za miłe deklaracje, zaproponowałem abyśmy mogli z Maćkiem przeprowadzić tę operację we dwójkę, aby przećwiczyć to na wypadek konieczności samodzielnego działania w przyszłości. Początkowo szło nieoczekiwanie gładko, Maciek wskoczył na pokład, włączył prąd, przygotowując silnik do uruchomienia. Ja zaś powoli zjeżdżałem przyczepą do wody, zanurzając jej koła w toni. Widząc, że rufa jest już swobodna, odczepiłem ostatni już pas spinający dziób statku z przyczepą, dając synowi sygnał gotowości do odpalenia motoru. Po jego starcie i próbie zepchnięcia dziobu i całkowitego uwolnienia łódki, okazało się, że końcówka dziobu utknęła na ostatniej rolce kilowej przyczepy, a właściwie jej metalowej, niestety solidnie odkształconej obudowie. Widocznie jej uszkodzenie nastąpiło podczas zeszłorocznego wciągania statku na przyczepę i uszło naszej uwadze. Tu sam nie dałem rady, więc poprosiłem Tomka i jednego z jego kumpli, aby pomogli mi uwolnić statek. Już pierwsza próba się powiodła, a Maciek dokończył dzieła dając „całą wstecz”, po czym wykręcił triumfalną rundę i skierował się w dół Odry, płynąc do swojego miejsca przeznaczenia. Podziękowałem kolegom za asystę, reszcie za miłe deklaracje, kibicowanie i fachowe podpowiedzi, przygotowałem przyczepę do odjazdu, pozwijałem pasy i również udałem się do Mariny. Teraz nastąpił czas doposażenia naszego jachtu w niezbędne klamoty przywiezione z hangaru: koła ratunkowe, bosaki, pozostałe cumy, naczynia, ręczniki, ścierki i środki czystości. Wszystko to poprzenosiłem z auta do łódki, umieszczając je na swoich miejscach. Nie zapomniałem o narzędziach i częściach zapasowych, których niespodziewany brak może nagle skomplikować lub nawet przerwać pływanie (m.in. pasek klinowy, wirnik pompy wodnej, itp.). Konieczne też było zatankowanie wody do zbiornika mieszczącego się w części dziobowej, co pozwoliło na wyrównanie obciążenia łódki, kompensując pełny bak z paliwem ciążący na rufie. Kończąc ten etap przygotowań, postanowiłem wypełnić ostatni już zaplanowany krok – uruchomiłem silnik i wczołgałem się do jego komory pod tylnym pokładem. To, co zobaczyłem wprawiło mnie w osłupienie. Komora była niemal całkowicie zalana! Po chwili zobaczyłem silny strumień wody walący wprost z zaworu odprowadzającego wodę chłodzącą silnik do zęzy. Wyskoczyłem na zewnątrz i wyłączyłem motor. Dopiero teraz zrozumiałem, co się stało. Nie zamknąłem tego cholernego zaworu, którym wypuściłem wodę z silnika tuż przed zimą, aby zapobiec jej zamarznięciu. Zapomniałem o tym na amen. Na dodatek pompa zenzowa ustawiona była w trybie „manual”, wobec czego woda gromadziła się w miarę upływającego czasu pracy silnika. Na szczęście Maciek przepłynął niewielki dystans dzielący nasz dziki slip z portem, a mogło być znacznie gorzej, gdybyśmy nie zaglądając do silnika zdecydowali się popłynąć w pierwszy rejs nieco dalej. Z pewnością doprowadzilibyśmy do podtopienia naszego statku, o ile nie gorzej! Wstyd się przyznać, ale popełniłem szkolny błąd, godny tylko nowicjusza. Błąd głęboko już od teraz zapisany w pamięci. Po zdiagnozowaniu przyczyny, przełączyłem pompę na tryb „automat” i dzięki niej pozbyłem się dość szybko wodnego balastu, z oczywistym postanowieniem, że w przyszłości trzeba wykonać wszystkie (!!!) odwrotne czynności do tych, które zabezpieczają statek przed mrozami. Tego dnia na pływanie nie starczyło już czasu, więc „pożeglowałem” z przyczepą w drogę powrotną do domu.

Z niecierpliwością doczekałem się niedzielnego poranka, kiedy wraz z Olką wyruszyliśmy do Mariny na spotkanie z grupą przyjaciół, którym zaproponowaliśmy inauguracyjny rejs w nowym sezonie 2016. Czekając na ich przyjazd poszliśmy przywitać się z gospodarzami Mariny i zarazem Tawerny Kapitańskiej – Anią i Tomkiem. Oboje bardzo zapracowani, znaleźli czas na krótką prezentację zmian przeprowadzonych w tym miłym miejscu. Dużo korzystniej wygląda obecnie Tawerna, mając zmodernizowane tarasy po obu stronach wejścia. Piękna, nowa drewniana podłoga, przeźroczysty dach leżący na elegancko wystruganych krokwiach, wiszące pod dachem donice z poziomkami i pomidorami, nowe, wygodne krzesła przy stolikach, piękne obrusy. Wszystko w bardzo dobrym guście.

IMAG2341

Fot.3. Tawerna Kapitańska z nowymi tarasami

Tuż przy parkingu, po lewej stronie Tawerny powstaje dodatkowa letnia kuchnia z barem. Już niedługo rozpocznie się serwowanie dań i napojów z tego miejsca. W planie jest też nowy sanitariat dedykowany użytkownikom Mariny: prysznic i WC. To ważne miejsce, szczególnie dla osób które zatrzymały się w Oławie, odbywając swój dłuższy rejs po Odrzańskiej Drodze Wodnej. Cały obiekt jest już monitorowany, wraz z pomostami i cumującymi przy nich jednostkach. To dodatkowe zabezpieczenie wspomagające ochronę portu. W kuchni Tawerny również zauważalne zmiany, przede wszystkim wzbogacone menu. Nowe kreacje Ani robią wrażenie, ale nie będę się o nich rozpisywać, pozostawiając niżej fotkę z jednym z zamówionym przez nas daniem – smakowitym i świeżutkim tatarem, przyozdobionym dodatkami podanymi na ostrygowych muszlach. Przepięknie wyglądająca kompozycja smaku i estetyki.

IMAG2331

Fot. 4. To trzeba po prostu spróbować!

Po wstępnej degustacji kilku innych propozycji kulinarnych i małym kufelku czeskiego Kozela, wypłynęliśmy
z naszego portu w bardzo dobrych humorach, aby nacieszyć się płynącą leniwie wodą, słonkiem i lekkim wietrzykiem, kierując się na południe w górę rzeki. Za sterami naszego okrętu zasiadł niedawny zdobywca patentu motorowodnego – Adam, manewrując sprawnie pomiędzy brzegami Odry oraz innymi jednostkami, które – podobnie jak nasza – zostały niedawno zwodowane w Marinie Oława. Na brzegach dziesiątki wędkarzy, co jakiś czas widzimy siedzące lub szybujące nisko nad wodą czaple oraz bacznie obserwujące nas dzikie kaczki. Odra przywitała nas całym swoim urokiem, sprawiając ogromną radość i nadzieję na udany sezon wodniacki.
Zawróciliśmy po godzinie, zbliżając się do śluzy w Lipkach. Stery przejął Andrzej, równie sprawny sternik, który zakończył nasz rejs, przybijając niemal artystycznie do naszego miejsca przy pomoście.
Z tak odpowiedzialną i sprawną załogą aż miło pływać!

IMAG2335

Fot.5. Sternik Adam

Wróciliśmy do Tawerny, aby uczcić premierowy rejs i miłe spotkanie. Popołudnie spędziliśmy
w miłym gronie, przy dźwiękach żywej muzyki w wykonaniu naszego znajomego – Pana Zbyszka, świetnego i utalentowanego muzyka. Jego akordeonowe popisy, świetny głos, dowcipne piosenki i nadzwyczajny humor potrafią rozbawić nawet największego ponuraka. Zbyszek jest obecny  w Marinie niemal zawsze, wpisując się świetnie w wodniacki klimat tego miejsca.

Zbyszek

Fot.5. Muzyka i śpiew – Zbyszek w akcji.

Z przykrością odnotowaliśmy upływ czasu zmuszający nas do rozstania. Jutro poniedziałek, normalny dzień, praca i codzienne obowiązki. Pożegnaliśmy się, życząc sobie udanego tygodnia i w miarę możliwości szybkiego powrotu na rzekę, aby choć na parę godzin poczuć się wakacyjnie, odpocząć godnie po całotygodniowym trudzie, nacieszyć się bliskością natury, spokojem i niezwykle malowniczymi pejzażami.

Możliwość komentowania WODOWANIE WEEKENDA I PIERWSZY REJS 2016 została wyłączona

Inauguracja sezonu 2016 – wizyta w Marinie Pod Czarnym Bocianem

Miło mi zakomunikować, że rozpoczęliśmy już sezon wodniacki 2016! Tym razem, podobnie jak w roku ubiegłym, inauguracja odbyła się na rzece Warcie, w uroczej i gościnnej „Marinie Pod Czarnym Bocianem” nieopodal Nowego Miasta nad Wartą. Dzięki uprzejmości właściciela Mariny, Zbigniewa Sudnika, mieliśmy zaszczyt być jednymi z pierwszych osób, które zostały zaproszone na rejs nowym jachtem motorowym SM – 30 Cruiser Alu, wyprodukowanym niedawno przez „Stocznię Sudnik Motoryachts”.

Jednostka ta prezentowana była na ostatnich warszawskich targach „Wiatr i Woda” (marzec 2016), gromadząc wokół siebie ogromną rzeszę zainteresowanych jej oryginalnym wyglądem (styl retro) i ciekawymi parametrami technicznymi wodniaków, uczestniczących w tej dorocznej i najpopularniejszej krajowej imprezie.

SM_30_Cruiser_Alu

Przyznam, że byłem świadkiem powstawania jachtu, gdyż korzystając z zaproszenia Pana Zbyszka oglądałem go jeszcze przed targami, na etapie finalizacji płaskodennego kadłuba, nadbudówki oraz elementów instalacji. Byłem pod ogromnym wrażeniem, widząc efekty niezwykle precyzyjnej roboty, jaką zaprezentował mi autor projektu i jednocześnie jego wykonawca. Jednostka jest zbudowana głównie z aluminium morskiego, wymagając zastosowanie niezmiernie skomplikowanej i nowoczesnej technologii. Cięcie 6 milimetrowych arkuszy blach aluminiowych, z wykorzystaniem technologii frezowania, łączenie ich z poszyciem poprzez niezwykle precyzyjne spawanie, uzyskiwanie idealnie gładkich i zgodnych z projektem powierzchni i kształtów – to pokaz mistrzowskiego wykonawstwa i gwarancja najwyższej jakości. Dobór materiału podyktowany został kilkoma aspektami z punktu widzenia przyszłych użytkowników: bardzo długa żywotność, brak potrzeb konserwacji, łatwość utrzymania czystości i estetycznego wyglądu i niemal całkowita niezniszczalność podczas użytkowania. Aluminiowy kadłub jachtu jest bardzo trwały i odporny na wszelkie wodne przeszkody i niespodzianki, a komorowa konstrukcja części podwodnej kadłuba, nawet przy częściowym jej uszkodzeniu pozwala na dalszą eksploatację jednostki, bez jakichkolwiek zagrożeń jej zatopienia. Dzięki ostrym krawędziom pomiędzy wysokimi burtami i dnem oraz dodatkowymi 3 skegami w części rufowej, jednostka ta jest niesamowicie stabilna, ponadto wyposażona w 2 stery zsynchronizowane z obracającym się silnikiem, z łatwością utrzymuje stateczność kursową . Co ważne i zarazem niewiarygodne – niemal 2 tonowa jednostka może być poruszana silnikiem zaburtowym wyposażonym w śrubę uciągową o wzmocnionej przekładni o mocy (!) 9 KM. To ostatnie budziło moje wątpliwości, dopóki nie znalazłem się na Warcie, której prędkość nurtu waha się w granicach 5-6 km/h.

DSC_7178

Testowe pływanie odbyło się w ostatnią niedzielę, 8 maja br. Po krótkiej prezentacji najbardziej istotnych walorów jachtu przy jednym z pomostów Mariny, weszliśmy wraz z przyjaciółmi na jego pokład, z którego dotarliśmy do bardzo przestronnej nadbudówki, mieszczącej sterówkę, kambuz, wygodne, 2-metrowe koje do spania oraz rozmaite schowki, szafy ubraniowe i kuchenne. Wszystko wykonane z litego drewna i stali nierdzewnej, w bardzo dobrym guście. Wysokość tego pomieszczenia pozwala na komfortowe w nim przebywanie, nawet bardzo wysokim osobom, bowiem wysokość wnętrza wynosi 2,10 cm.

Wrażenie robi też łazienka mieszcząca oddzielną kabinę prysznicową, toaletę typu morskiego i umywalkę.

SM_30_Cruiser_Alu2[1] DSC_7167

Uwagę zwracają też panoramiczne okna kabiny, wykonane z szyb poliwęglanowych, pozwalające na komfortowe śledzenie otaczającej jacht przestrzeni. SM-30 został uznany przez organizatorów wspomnianych targów w Warszawie jako jednostka „prawdziwie proekologicznej konstrukcji wykonanej w całości z materiałów dających się recyklingować” (za miesięcznikiem Żagle nr 5 – maj 2016)

Inspiracją motywującą producenta do stworzenia tej jednostki była ubiegłoroczna susza, powodująca dramatycznie niski stan wód śródlądowych, utrudniając bądź uniemożliwiając zupełnie żeglugę większości jednostek o zanurzeniu przekraczającym 40 cm, szczególnie na rzekach nieuregulowanych, m.in. Warcie, Wiśle, Noteci. SM-30 Cruiser Alu posiada zanurzenie do 30 cm, przez co z dużą łatwością pokonywać może bardzo płytkie wody, zaś specjalnie ukształtowane dno jachtu całkowicie osłania śrubę, pozwalając bezpiecznie pokonywać bardzo płytkie miejsca i dopływać bezpośrednio do brzegu bez jakiegokolwiek prawdopodobieństwa uszkodzenia silnika. My płynęliśmy w dół i wracaliśmy pod prąd dość wartko płynącej Warty, czasami w odległości 1,5 – 2 metrów od jej brzegu, poruszając się typową dla tego typu jednostek prędkością, w granicach 6-7 km względem lądu. Przypomnę, z silnikiem 9 KM! Co nie oznacza, że producent nie przewidział możliwość zastosowania większych silników. Ostateczne wyposażenie jachtu jest – co oczywiste – podyktowane potrzebą jego nabywcy, który może sobie zamówić zarówno mocniejszy silnik (do 30 KM), jak również inne detale nie figurujące w standardowym wyposażeniu. Szczegóły techniczne i wyposażenie jest dostępne na stronie: www.sudnik-motoryachts.pl. Warto raz jeszcze wrócić do wspomnianej wcześniej, bardzo precyzyjnej zdolności manewrowej, szczególnie w porcie, podczas chwilowych podmuchów dość porywistego wiatru. Sądziliśmy, że wysoka nadbudówka jachtu może być na nie podatna. Myliliśmy się, i to bardzo. Producent zaprezentował nam zgoła odmienną zdolność swojej jednostki, sprawnie nią manewrując, zarówno poruszając się do przodu, jak i w tył. Jacht, pomimo długości 9,5 metrów nie potrzebuje wspomagania sterem strumieniowym – jest on całkowicie zbędnym gadżetem.

DSC_7176

Z całą pewnością mogę zarekomendować testowaną jednostkę jako jacht dedykowany tym, którzy chcą spędzić na wodzie wszystkie swoje wolne chwile, odbyć dłuższe i dalekie rejsy. Komfortowe wnętrze zapewni gościnę kilku osobom (4-5), zaś bogate jego wyposażenie techniczne uprzyjemni i ułatwi każdy, nawet wielotygodniowy rejs, mogący odbywać się w warunkach wiosenno-jesiennych chłodów. Jachty wyprodukowane przez „Stocznię Sudnik Motoryachts” będzie można również wyczarterować już w tym sezonie – wszelkie informacje na stronie: www.cb-charter.pl.

Brak komentarzy

Wspólne pasje?

WSPÓLNE PASJE

Miło jest dzielić wspólne pasje z … przyjacielem. No dobra, uczciwiej będzie jak od razu się przyznam, że tu chodzi o moją żonę – to z pewnością zabrzmi bardziej wiarygodnie. Z drugiej strony, jak można nie użyć słowa „przyjaciel”, jeśli po 40 wspólnych latach jesteśmy ciągle razem, śpimy, gotujemy, popijamy, sprzątamy, wspólne książki, gazety, znajomi, wakacje  – wszystko razem. Kiedyś mi się wyrwało, nie bez ironii, że mam spieprzone dzieciństwo, bo jak głęboko sięgam pamięcią, zawsze ona była obok. Żadnej intymności!
Ale do rzeczy, bo zmierzam do najnowszej mojej pasji, która dojrzewa z tygodnia na tydzień, czasami wręcz eksploduje, zwłaszcza teraz, gdy do zimy coraz bliżej i już całkiem niedługo trzeba będzie wyciągać łódkę z wody. A zatem wszystko jest już jasne, bo chodzi o nią… łódkę oczywiście, będącą w kłopotliwej – zwłaszcza dla mnie – relacji z moją „drugą połową”. Te dwie przysłowiowe połówki pomarańczy, bedące symbolem naszej nieustającej jednomyślności i spójności, mają obecnie nędzne zastosowanie, przez wzgląd na brak jedności w umiłowaniu pływania naszym „weekendem”. Ani wczoraj na Warcie, ani dzisiaj na Odrze nie jest dobrze, nie mam też wielkich złudzeń, że jutro na Dunaju, Renie czy Rodanie będzie lepiej. Bo zawsze jest jakieś uzasadnienie: nudno, monotonnie, na Warcie mało wody, szorujemy tam po dnie, Odra – przecież niemal wszędzie są te cholerne śluzy, nie dość, że kapiące i brudne, to jeszcze niebezpieczne.
-Co widzisz w tym przyjemnego? Nie ma do kogo gęby otworzyć, brzegi podobne wszędzie, brak przystani, przeważnie brud, śmieci, chamstwo…I to ma być naszą wspólną pasją?
Dwa różne światy, Mars i Wenus, skrajne oceny. Mój entuzjazm spleciony z jej niechęcią. Żadnych szans na oswojenie, a polubienie to … bajka z kosmosu. Istny koszmar! Jak tu żyć, panie premierze? Co zrobić? Jest na to jakiś lek? Terapia? Znikąd mądrych odpowiedzi, więc stosując się do popularnego, wojskowego hasła: „masz głowę i ch… „ zaczynam kombinować sam.

Wyczekałem więc, z pełną powagą i systematyką, najpierw na piękną pogodę. OK, prognozy pokazują, że ma być stabilnie przez kilka najbliższych dni. Teraz czas na wykreowanie miłego nastroju, zwracając delikatnie i nieśmiało uwagę na poukładanie wszystkich zaplanowanych wcześniej spraw. Żadnych zaniedbań, nawet w ogrodzie, gdzie trawa wykoszona, ścieżki „obrobione”, chwasty usunięte, odpady w kompoście. Sobotnie zakupy rozlokowane w lodówkach, gacie i skarpety poukładane w szufladach, wyprasowane koszule na wieszakach, w porządku kolorystycznym, od bieli po te najciemniejsze, od lewa do prawa. Biurko bes zbędnych klamotów, kurz na parapecie starty, perfekcja. Wszystko cacy, do najdrobniejszego detalu. Wietrzyk nie za duży, ciepełko, ale nie upał, odgapiam od kota odpowiednie ułożenie grzbietu, kiedy prosi o miseczkę mleka.
Program w pełni udany, bo moja Olusia w nagrodę proponuje rejs!!! Chwilo trwaj, dla pewności szczypię się w ucho, boli, a więc jest dobrze!
Jadąc do oławskiego portu pilnuję odpowiedniej prędkości, nie przekraczam przepisowej pięćdziesiątki we wioskach, poza nimi najwyżej siedemdziesiąt. Spokojnie, bez najmniejszego ryzyka na wpadkę, najmniejszego spięcia, iskrzenia. Dojeżdżamy wreszcie do łódki, cały czas miło, bogowie czuwają, widocznie są mi przychylni. Oby jak najdłużej.
Wymyśliłem przyjemniutką trasę rejsu, najpierw parę kilometrów w górę leniwie płynącej Odry, prosto do Lipek. Tutaj miły akcent – podpływa do nas znajoma motorówka. To nasz syn ze swoją małżonką. Zaplanowali towarzyszenie nam do pierwszej śluzy, mają być świadkami zakumplowania się mamy z żeglugą! Bardzo miły gest solidarności z ich strony.

odwiedziny Magdy i Maćka

odwiedziny Magdy i Maćka

Milutka i niewymagająca śluza w Lipkach, potem droga do Brzegu, też malownicza, bez jakichkolwiek utrudnień. Dalej kanał prowadzący do śluzy w Brzegu. Spotykamy tam Kapitana Podgórskiego prowadzącego galar z turystami. Machamy sobie przyjaźnie, wymieniamy pozdrowienia.

Kap. Podgórski za sterem galara z turystami

Kap. Podgórski za sterem galara z turystami

Optymistycznie, gładziutko, cały czas miodzio. Wrota śluzy otwarte, to zaproszenie dla nas, proszących wcześniej przez telefon o przeprawę w górę Odry.

otwarte wrota Śluzy Brzeg

otwarte wrota Śluzy Brzeg

I tu zaczynają się nieoczekiwane schody. Inicjatorem zmiany sytuacji jest nagle wzmagający się wiatr, niezauważony przeze mnie wcześniej. Wchodzimy do śluzy z małą prędkością, planując podejście do upatrzonego polera, znajdującego się we wnęce ściany śluzy, bez jakiegokolwiek udziału mojej pasażerki, którą mam przekonać, że każda śluza jest miłym spacerkiem, bez najmniejszego wysiłku i niepokoju.
Będąc w optymalnej pozycji, wskakuję na pokład, z zamiarem złapania polera, przełożenia cumy i zatrzymaniu statku w miejscu. Nagły podmuch wiatru powoduje odejście jego dziobu od ściany, co uniemożliwia wykonanie zaplanowanego manewru. Łódka zaczyna się odwracać, nie bardzo wiem teraz co robić. Widząc obrót statku w lewo, wpadam na pomysł aby zawrócić o 180 stopni, więc wszystkie moje działania idą w tym kierunku. W przód, tył, przód, tył, kręcę kołem sterowym, próbując znaleźć najlepszą pozycję w naszej pułapce. Miny obserwujących nas z góry operatorów śluzy nie zdradzają najmniejszej ufności w kunszt szamotającego się między ścianami sternika, pewnie czekali na całkiem inne zakończenie tych manewrów, ale ostatecznie wszystko się powiodło. Długość naszego „weekenda” pozwolił na bezkolizyjny obrót, nie dotykamy żadnej ze ścian, wyprowadzając go ostatecznie poza śluzę.
Niestety, nastrój siadł. Głębiej, niż myślałem. Bo już przy wejściu do śluzy zaczyna się mała histeryjka.
-Wracajmy, wiatr za duży, mam w d… takie pływanie, nie damy rady, rozbijemy się, szkoda łódki…
Moja rycerskość tamuje jakąkolwiek percepcję, współczucie, więc idę w trupa, musimy to przejść, nie ma frajerów!
Wpływamy zatem do śluzy  po raz drugi. Powoli, z wielką uwagą, mając ten sam cel. Niestety! Znowu cholerny podmuch i … ten sam błąd! Odpadamy od ściany, zanim sięgam do tego przeklętego polera. Staram się manewrować łódką, do przodu, w tył, aby tylko podpłynąć do prawej ściany. Wiatr robi swoje, więc angażuję przerażoną Olkę, która ma chwycić bosak i nie dopuścić do walnięcia lewej burty w ścianę śluzy. Horror! W tym czasie staram się zmienić pozycję statku, idę w górę śluzy, wiatr nie odpuszcza, spycha nas w lewą stronę. Przerażenie Olki coraz większe, walczy dzielnie, ale mimika złowieszcza, syk wydobywający się z zaciśniętych ust gasi skutecznie moje nadzieje na akceptację tej formy rekreacji. Walka z żywiołem sprawia, że nasze działania stają się wreszcie skuteczne. Dopływamy wreszcie do prawej ściany, łapię ten cholerny poler, jest mój!
Dalszy ciąg zdarzeń mniej nerwowy. Zapanował względny spokój, widzimy ruch wody wpuszczanej do śluzy, idziemy coraz wyżej, nasz statek przy ścianie, panujemy nad tym, kontrolujemy sytuację w stu procentach. Używam liczby mnogiej, bo resztę czynności już solidarnie dzielimy, bez żadnego przymusu. Ja pilnuję odbijaczy, chronię burty, Ola trzyma koniec cumy, wybiera ją systematycznie, aby bezpiecznie – powtarzając za Perfektem – „trzymać się ściany”. Osiągając już prawie najwyższy poziom wody, wdaję się w miłą rozmowę z jednym ze świadków naszej walki, czując jego ogromną empatię. On też widząc nastrój Olki, próbuje rozładować napiętą sytuację. Cel nie zostaje jednak osiągnięty, złość pomieszana ze stresem i strach o dalszy ciąg bardzo źle rozpoczętego rejsu nie ustępuje. Co my tu kurna robimy?! A miało być przyjemnie!

Reszta naszej wyprawy jest żałosną próbą przywrócenia przyjemnej atmosfery, bez wiekszych szans na sukces końcowy. Pomimo braku kolejnych niespodzianek, płyniemy jeszcze chwilę w górę Odry.

już poza Śluzą Brzeg

już poza Śluzą Brzeg

Ale los nie chce sprzyjać. Wiatr się wzmaga, na wschodzie czarne chmury, obawiam się kolejnego zagrożenia. Jest szansa, że możemy być zaskoczeni przez … burzę. A to z pewnością nie należy do ulubionych zjawisk Olki, jest wręcz odwrotnie, ona nie znosi burz, bojąc się ich panicznie!
Zawracamy po kilkunastu minutach, ponownie znajdując się w pechowej śluzie. Tym razem wpływamy na wysoką wodę, mili panowie z obsługi deklarują pełną solidarność z początkującym i speszonym sternikiem, pomagają obłożenie polera, więc sytuacja staje się całkowicie bezpieczna. Spotykamy tu również niedawno poznanego w Tawernie Kapitańskiej znajomego, krótka wymiana zdań daje cień szansy na rozchmurzenie atmosfery „załogi” naszego statku. Wprawdzie dąs jest ciągle obecny, ale syk coraz cichszy. Słabnie na szczęście.

Dalszy ciąg rejsu upływa w spokoju, śluza Lipki już bez sensacji, wracamy do portu, wiatr coraz mniejszy, chmury zostają w bezpiecznej odległości, nie wieszcząc najmniejszego zagrożenia. Wreszcie koniec, cumujemy statek i idziemy do portowej Tawerny rozładować napięcie. Obecność jej właścicieli przywraca spokój, zwłaszcza poprzez płynną i chłodną zawartość szklanych karafek, które co jakiś czas lądują na stole. Chrupiąc „wolno dojrzewajacą wołowinę” podaną z grilowanymi warzywami, pozbywamy się resztek złych emocji. Udaje nam się nawet wymienić wzajemne przyjazne spojrzenia, z nadzieją zapomnienia o niedawnym stresie. Wyjmuję więc ukrytą broń, pragnąc wykorzystać ostatni nabój – a jest nim moja opowieść o rejsie, nieco podkoloryzowana, z odrobiną zmodyfikowanych ironią i żartem scen. Metoda działa, wszyscy ryczymy ze śmiechu, najgłośniej Olka. To chyba najlepszy epilog nie całkiem udanej próby zaprzyjaźnienia Olki z moją ukochaną żeglugą po odrzańskich śluzach. Dalszy ciąg niewątpliwie nastąpi, bo przecież mam (na razie ja sam, mając nadzieję na wspólnotę) zaplanowane rejsy po Warcie, Noteci, Bugu, Wiśle, Narwi, Pisie i Mazurach. Z drugiej strony Zalew Szczeciński, Kamieński, pas wybrzeża Bałtyku, Zalew Wiślany, Elbląg, Iława, Ostróda. To plan na najbliższe 3-4 lata… Na rejsy po zachodniej granicy Polski przyjdzie jeszcze czas, na razie musimy zdobyć mnóstwo umiejętności, doświadczyć niejednego, na dobre i na złe. Oby z jak najmniejszą dozą złośliwości, nietolerancji i niechęci. I nad tym już od dziś pracuję. Rozpocznę od zaraz, skupiając się nad obserwacją naszej głodnej kotki, jej proszących oczu i wygiętego grzbietu.

Marek Stasiak

Możliwość komentowania Wspólne pasje? została wyłączona

Rejs z Mariny Oława do centrum Wrocławia

Postanowiliśmy zrealizować dawno planowane zamierzenie, polegające na pokonaniu Odrzańskiej Drogi Wodnej z Oławy do Wrocławia. Celem naszego rejsu było opłynięcie Wrocławskiego Węzła Wodnego – Śródmieście. Wyruszyliśmy w ostatnią sierpniową niedzielę, tuż po ósmej rano, na naszym weekendzie 820. Po pokonaniu 4 śluz (Oława, Ratowice, Janowice i Opatów) znaleźliśmy się na wysokości Biskupina, mijając po drodze ZOO (prawa burta),  liczne przystanie (Stanica Harcerska – prawa burta, Rancho, WOPR, Hotel Wodnik – lewa), Politechnikę, dawny AZS (prawa burta), Most Grunwaldzki, Most Pokoju. Do nabrzeża Wyspy Piaskowej dotarliśmy około trzynastej. Ruch jednostek pływających na „miejskim” odcinku Odry, zwłaszcza statków pasażerskich, był w tym dniu dość intensywny, nie przeszkodziło nam to jednak w żadnym stopniu na przepłynięcie zakamarków śródmiejskiej drogi wodnej, zwłaszcza w okolicach Wyspy Słodowej, skąd wąskimi kanałami dopłynęliśmy do Wyspy Młyńskiej, opływając Barkę Tumską, dalej płynąc pod mostami Młyńskim i Tumskim dopłynęliśmy w pobliże przystani białej floty przy Wyspie Piasek. Stąd mijając przebudowywany Bulwar Dunikowskiego i Zatokę Gondoli (widok z prawej burty), oglądając przepiękną panoramę Ostrowa Tumskiego (lewa burta), rozpoczęliśmy nasz powrót do Mariny Oława. Śluza Opatowicka czekała na nas o 14:30, kolejne stały otworem po uprzednim zgłoszeniu radiowym (VHF, kanał 74). Do portu w Oławie dotarliśmy o 18:15. Dokładny opis zawierający wszystkie parametry naszego rejsu zamieszczę wkrótce w drugiej zakładce naszej strony: „fotoreportaże, locje, raporty z rejsów…”. Tymczasem zapraszam do obejrzenia krótkiej filmowej relacji z tego przedsięwzięcia.

Możliwość komentowania Rejs z Mariny Oława do centrum Wrocławia została wyłączona

Marina Brzeg – 1 sierpnia 2015

Mam przyjemność zaprezentować bardzo uroczą „Marinę Brzeg”, w której dzisiaj zagościliśmy na parę chwil. Jest to ważne miejsce na naszej regionalnej mapie żeglugowej, gdyż startując z portu w Oławie, po zaledwie 8 kilometrach płynąc w górę Odry, zbliżamy się do najmniejszej i przez to najłatwiejszej do pokonania śluzy w Lipkach, aby po następnych 8 kilometrach dotrzeć do rozwidlenia dróg wodnych. Na lewo kierujemy się do kanału biegnącego wprost do śluzy w Brzegu, i to jest właściwy tor wodny w górnym kierunku rzeki, wiodący do Opola i dalej do Gliwic. Na prawo zaś, po przepłynięciu kilkuset metrów, dopływamy do królestwa Kapitana Andrzeja Podgórskiego „Apisa” – szefa Mariny Brzeg. I nie tylko, Mariny.

Kapitan Andrzej Podgórski

Kapitan Andrzej Podgórski przed budynkiem biura Mariny

Kapitan Podgórski jest również „kapitanem wirtualnego statku”, najważniejszego portalu i oficjalnego serwisu polskiej żeglugi śródlądowej: http://www.zegluga.wroclaw.pl. W tym miejscu gorąco polecam tę lekturę, gdyż zawiera ona liczne i bardzo interesujące informacje, artykuły, relacje z rejsów, sprawozdania z ważnych wydarzeń, spotkań, narad, itd. To istna skarbnica wiedzy o żegludze i jej pięknych stronach, ale również o problemach, z jakimi borykają się profesjonaliści, niestety już bardzo nieliczni w naszym kraju, wobec upadającej w ostatnich latach branży. Ci, którzy postanowili kontynuować swój zawód, przenieśli się na wody zagraniczne, najczęściej do Niemiec. Od jesieni ubiegłego roku śledzę niemal codziennie ten portal, traktując jego zawartość jak elementarz w mojej edukacji wodniackiej.

Od dłuższego czasu planowana wizyta w brzeskiej przystani była dla mnie o tyle ważna, że bardzo chciałem poznać Pana Andrzeja, porozmawiać z nim choć przez chwilę, przedstawić się jako adept wchodzący małymi krokami do tej wspaniałej społeczności.
I stało się, około 14:30 cumując nasz jacht do pomostu Mariny, udaliśmy się wraz z synem Maćkiem na spotkanie z jej Szefem. Na nasze szczęście był obecny w swojej przystani, więc nastąpił długo oczekiwany uścisk jego prawicy i miła, choć bardzo krótka rozmowa. Niestety, poza przyjemnymi tematami, potwierdziła zewsząd płynące do nas informacje, że żegluga w Polsce umiera, rzeki pustoszeją, urządzenia wodne zarastają krzakami i że mało kto dba o poprawę infrastruktury. Jedyne i warte podkreślenia są fakty rosnącej ilości przystani dla wodniaków, którzy poprzez rekreacyjne pływanie ożywiają nieco polskie rzeki. Przykładem takiego lokalnego działania jest urocza i bardzo kameralna Marina Brzeg, która powstała 7-8 lat temu, niedaleko centrum miasta i jego przepięknych zabytków. Niestety, nie są one zauważalne od strony rzeki, gdyż gęsto zadrzewione jej brzegi stanowią skuteczną barierę – a szkoda. Szczęśliwie widać tylko (bądź aż…) wierzchołki wież kościelnych i sam szczyt zamkowego dachu, co nieco uwiarygadnia fakt ich bliskiego sąsiedztwa. Gdyby tak wykarczować dziko rosnące drzewa i krzaki, odsłaniając wodnym turystom to, co piękne? Warto byłoby zgłosić taki wniosek włodarzom Brzegu, sugerując jednocześnie bardziej holistyczne podejście do promocji tego pięknego miasta.

Pomost Mariny Brzeg i nasz mały stateczek

Pomost Mariny Brzeg i nasz mały stateczek po lewej stronie

Po krótkiej wizycie w Marinie Brzeg i spotkaniu z jej Kapitanem, popłynęliśmy w dół rzeki, aby po chwili dokonując zwrotu na prawo, wejść do kanału prowadzącego do śluzy Brzeg. Gdzieś w połowie trasy, po prawej stronie naszego jachtu zobaczyliśmy zabudownia starego portu. Wysokie hale magazynowe, zarośnięty basen portowy – pustka, rdza, chaszcze, głęboka cisza.

stery i pusty port w Brzegu - widok z kanału

stery i pusty port w Brzegu - widok z kanału

W pobliżu zerwany most, nigdy nie odbudowany. Przygnębiające wrażenie, kolejny ślad ruiny pozostajacej po latach świetności, niestety dawno temu, w poprzednim stuleciu.

zerwany most

zerwany most

Na pokonanie kolejnego stopnia wodnego nie starczyło nam czasu, zawróciliśmy kilkadziesiąt metrów przed śluzą, oglądając z oddali kolejne zabudowania i instalacje, sąsiadujące ze śluzą, równie krzyczące swoją pustką, zdezelowaniem i zapomnieniem. Nie są to przyjemne widoki, a najgorsze jest to, że tak często rzucają się w oczy, niestety w wielu miejscach naszego kraju, niemal wszędzie.

Wracajmy jednak do naszego rejsu, aby na koniec poprawić atmosferę niniejszej relacji. Sobotnie popołudnie, słońce, lekki wiaterek. Po obu stronach leniwie płynącej rzeki widzimy wędkarzy i ich rodziny. Pikniki połączone ze śledzeniem spławików i drgających szczytówek. Grill, czasami wymiana zdań przedzielonych łykiem piwa, najczęściej o „braku brania”. Nie dziwimy się, wszak wczoraj wieczorem była pełnia księżyca. Pozdrawiamy siebie wzajemnie, jest miło. Dwukrotnie spotykamy jedną z galer Mariny Oława, z pasażerami na pokładzie.

galar z Mariny Oława - miłe spotkanie przy śluzie Lipki

galar z Mariny Oława - miłe spotkanie przy śluzie Lipki

Dobra pogoda, piękne pejzaże, ptaki wodne, sarny schodzące do wodopoju – oto uroki obcowania z wodą, wielka przyjemność, działająca jak narkotyk. Kolejne przejście śluzy Lipki, która po uprzednim zgłoszeniu telefonicznym zaprasza rozwartymi wrotami. Miła pani, najpierw pomagająca umieścić naszą cumę na polerze, potem wręczająca kwit za śluzowanie, w kwocie 7,24 zł.

dostawa kolejnego kwitu z śluzowanie

dostawa kolejnego kwitu za śluzowanie

I powrót do naszej Mariny. Tam czekający obiad w Tawernie Kapitańskiej, jak zwykle pyszny, tym razem Kotlet Bosmana. Arcydzieło Ani Strażyńskiej, o czym jeszcze z pewnością nie raz napiszę.

Marek Stasiak

Możliwość komentowania Marina Brzeg – 1 sierpnia 2015 została wyłączona

Rejs przyjaźni i niebiańska uczta – 11 lipca

Warto być na tym świecie, aby od czasu do czasu spotkać się w gronie ludzi, z którymi łączy nas:  przyjaźń trwająca od dziesiątek lat, wspólne wspomnienia z lat młodzieńczych, dorastania dzieci, pierwszych sukcesów zawodowych, radość z narodzin wnuków, pożegnania z odchodzącymi i wreszcie …zbliżające się emerytury. Zabiegamy o te spotkania, choć przeciwności jest zawsze wiele.

Sobota, 11 lipca była dniem, kiedy spotkaliśmy się w gronie takich właśnie przyjaciół, w Marinie Oława, z zamiarem spędzenia wspólnych chwil na naszym statku, wyznaczając sobie za cel dotarcie do Mariny w Brzegu.

Marina w Brzegu, nasz dzisiejszy cel rejsu

Marina w Brzegu, nasz dzisiejszy cel rejsu

Zarówno Gosia z Adamem, jak i Dzidka z Andrzejem byli już naszymi gośćmi na Warcie, gdzie wspólnie – pomimo niskiego stanu wody – udało nam się dotrzeć do Pyzdr, przy okazji bawiąc na szantach zorganizowanych w Marinie Pod Czarnym Bocianem, innym razem spłynąć w okolice Solca.

sympatyczny port w Pyzdrach

sympatyczny port w Pyzdrach

Ograniczony „niską wodą” zakres żeglugi na Warcie sprawił niedosyt, dlatego wizja spędzenia czasu na rzece dużo większej, niż piękna Warta zaostrzyła ich oczekiwania.

Rejs nasz rozpoczęliśmy tuż po południu, przy akompaniamencie przyjemnego wiaterku i słońca, które towarzyszyły nam do samego wieczora. Płynąc w kierunku śluzy LIPKI nie spotkaliśmy żadnej pływającej jednostki, widząc gdzie nie gdzie tylko wędkarzy, ich namioty i parasole przeciwsłoneczne. Po krótkim telefonie do obsługi śluzy z prośbą o jej przygotowanie, leniwie płynęliśmy w górę rzeki obserwując liczne ptactwo, najwięcej czapli.

niemal stała załoga jachtu jeszcze na Warcie

niemal stała załoga jachtu jeszcze na Warcie

Po przebyciu 8 km, wpłynęliśmy do przygotowanej dla nas śluzy, poddając się idącej w górę wodzie, chroniąc odbijaczami burty jachtu przed metalowymi ścianami. Po krótkiej i miłej rozmowie z jej operatorami, wymieniając wzajemne uwagi o zastoju żeglugowym i kompletnej pustce na wodzie, nawet podczas weekendowych dni, uiszczając opłatę (7,20 zł), opuściliśmy śluzę, kontynuując rejs w górę Odry.
Tutaj miłe zaskoczenie. Spotykamy wreszcie kilku kajakarzy, płynących w obu kierunkach tego odcinka rzeki, prawdopodobnie startując z Mariny Brzeg. Są też inne jednostki, w tym bardzo oryginalnie zadaszona łódź, na pozór przypominająca chatę wiejską, jak później dowiedzieliśmy się replika małego galara rzecznego, będąca atrakcją Mariny Brzeg.

oryginał na wodzie

oryginał na wodzie

Na 4 km od Brzegu spotkaliśmy parę kajakarzy, bardzo zmęczonych podróżą powrotną z Mariny Oława, do której wybrali się tego samego dnia, skąd powrót w górę rzeki okazał się bardzo forsowny. Podając im hol, podciągnęliśmy ich w kierunku Brzegu, dopływając do tamtejszej Mariny, oczywiście zachowując niewielką prędkość, zważając głównie na ich komfort i bezpieczeństwo.

nasz pełen wdzięczności "hol"

nasz pełen wdzięczności "hol"

Nie cumując do kei Mariny, po pożegnaniu z załogą kajaka, zawróciliśmy z myślą o drodze powrotnej, tak, aby mieć czas na drugi set naszego programu – zaplanowaną biesiadę u Ani w Tawernie Kapitańskiej.

Do portu dopłynęliśmy po 2 kolejnych godzinach leniwego pływania, starając się jak najbardziej wydłużyć czas pobytu na wodzie. Nasza podróż licząca ok. 32 km trwała łącznie 4 godziny, włącznie z 2-stronnym pokonaniem przyjaznej dla nas śluzy Lipki.
Około godziny 18:00, z pustymi żołądkami,  zajęliśmy miejsca przy stole pod parasolem, na tarasie Mariny, oczekując kulinarnych propozycji szefowej Tawerny, Pani Ani Strażyńskiej.
Ja wiem, że pobudzeni licznymi programami kulinarnymi w wykonaniu m.in. Gessler, Makłowicza, Oliviera i Sowy stajemy się wybitnymi znawcami, miłośnikami bądź krytykami wszystkich kuchni świata.  Ja takich ambicji nigdy nie miałem, zaś po pierwszych daniach, które dotarły na nasz stół, odczułem potrzebę podzielenia się tą zbiorową rozkoszą ze wszystkimi, którzy dotrą do niniejszej relacji.
Jadałem w wielu wspaniałych kuchniach, uważając włoską za najlepszą. Od dziś kuchnia Ani zajmuje pozycję bezwzględnego lidera, nie tylko zresztą w mojej klasyfikacji. Tak sądzą wszystkie osoby, z którymi miałem przyjemność zakosztować tawernianych kulinariów. Nie będę opisywać szczegółów, bo byłoby to jednoznaczne z uprzedzeniem czytelnika o epilogu czytanego dzieła. Zostawiam ten zaszczyt do osobistej oceny konsumentów, którzy nie powinni żałować czasu ani paliwa na dotarcie do Tawerny, nawet z odległych miejsc.

nasza kolacja "mnia mniam"

nasza kolacja "mnia mniam"

Aniu i Tomku, każdy kolejny nasz pobyt u Was, ale też w naszym obecnym porcie, jest dla nas i naszych przyjaciół wydarzeniem godnym głębokiej pamięci, za co Wam zawsze będziemy bardzo wdzięczni.

Marek Stasiak

Możliwość komentowania Rejs przyjaźni i niebiańska uczta – 11 lipca została wyłączona