Rejs w Brandenburgii – 2018

Pomysł zorganizowania pływania poza krajem narodził się po ubiegłorocznym, czerwcowym rejsie po Mazurach. Nie wszystko nam się tam podobało, a zdecydowanie najmniej kultura korzystania z kanałów, śluz i przystani tzw. „bezpatentowców”, którzy bardzo skutecznie obrzydzili nam nasze tygodniowe wakacje. Relację z tego rejsu udostępniłem w ubiegłorocznej relacji (niżej).

Wybór padł na najbliższą nam Brandenburgię (ok. 450 km od W-wia) w terminie jeszcze przedwakacyjnym (16-23 czerwca). Skorzystaliśmy z usług bardzo rzetelnej firmy „Charter Navigator” z Krakowa, która udostępniła nam barkę NICOLS 1170, oczekującą na nas w miejscowości Neuruppin, w bazie „Yachcharter Neuruppin”.


Dotarliśmy tam w sobotę, ok. 15:00, przywitani serdecznie przez jej właściciela Franka, przedstawiciela firmy Nicols. Dość sprawnie przeszliśmy przez proces przejęcia okrętu, poznając zasady jego obsługi i pobytu w marinie, zostawiając na jutrzejszy poranek sam instruktaż manewrowy, wpisany jako obligatoryjny punkt w programie czarteru. Frank okazał niezłym dowcipnisiem, adorując prześmiesznie nasze żony, co skutkowało bardzo częstymi jego wizytami na pokładzie „już naszej” barki, zaś na koniec wieczoru udostępnił nam telewizor, umożliwiając obejrzenie kolejnego mundialowego meczu.

Niedzielny, bardzo pogodny poranek, rozpoczął się wspólnym śniadaniem, oczywiście w towarzystwie naszego gospodarza, po czym udaliśmy się na krótką rundę w pobliżu przystani, aby przećwiczyć pod jego komendami podstawowe manewry, poznając sterowność jednostki.
Tuż po dziewiątej, już tylko w gronie ścisłej 8 osobowej załogi rozpoczęliśmy pierwszy etap naszego rejsu w kierunku Oranienburga, mając w głowach i sercach duży entuzjazm i ciekawość trasy znajdującej się przed nami. Już na samym początku rozgrzewka na jeziorze Ruppiner See, dystans ok. 10 km, do pierwszej śluzy Altfreisack. Treningi odbyte w latach poprzednich na wodach Odry i jej licznych śluzach pomiędzy Opolem a Brzegiem Dolnym, przyniosły dobry efekt.

Śluza poszła gładko, ruszyliśmy więc dalej, mając przed sobą małe jeziorko Buetz See, potem malowniczy kanał Buetzrhin.

Dalej rezerwat przyrody z bardzo bogatą roślinnością wodną na jeziorku Kremmer See i wejście w wąski, piękny kanał Ruppiner Kanal, prowadzący do kolejnych dwóch śluz: Hohenbruch i Tiergarten. Tę drugą opuściliśmy tuż po 15, wpływając na wody kanału Oranienburger Kanal z ostatnią w tym dniu śluzą Pinnower na jego końcu, aby po kilkunastu minutach znaleźć się na głównej drodze wodnej pomiędzy Berlinem a Szczecinem, zabytkowym już kanałem Odra – Havel wybudowanym w latach 1908-1913. Po przepłynięciu krótkiego odcinka, skierowaliśmy się w lewo na rzekę Havel, doprowadzającą nas do centrum Oranienburga, gdzie znajduje się imponująca nowoczesnością marina Schlosshafen. Dotarliśmy tam o godzinie 17:30, mając za sobą 6,5 godziny pływania (bez czasu oczekiwania i postoju w śluzach), 4 śluzy i 57 kilometrów. Średnia prędkość: 9 km/h, iście spacerowa, dająca przyjemność obserwacji przyrody, ptactwa oraz przepięknych lasów, pól i łąk. Super udany początek rejsu, przy pełnym słońcu, wietrzyku i wspaniałych widokach.

Marina Schlosshafen, położona jest w sąsiedztwie pięknego, zabytkowego pałacu, z ogromnym parkiem. Pałac, który zbudowano w holenderskim stylu w latach 1651-1655, jest początkiem historii miasta Oranienburg.

Teren mariny rozciągnięty jest po dwóch stronach Haveli, połączony szeroką kładką dla pieszych i rowerzystów. Po stronie pałacu jest duży port jachtowy, z wieloma pomostami, zarówno dla większych, jak i mniejszych jednostek.

Na każdym pomoście słupki z prądem, dużo przestrzeni, wzorowy porządek. Po drugiej stronie kładki jest obszerny basen portowy, tzw. serwisowy, gdzie można skorzystać z urządzenia do zrzutu fekaliów oraz zatankować wodę. Obok basenu jest przestronny parking dla kamperów i duży, nowoczesny sanitariat. Wszystko jest dostępne, po uprzednim wykupieniu karty, z zaprogramowanym limitem na prąd, wodę, prysznice i zrzut nieczystości. Obsługa jest zautomatyzowana, odbywa się w zasadzie bez udziału pracowników mariny, jakkolwiek czasami przy ich asyście, zwłaszcza dedykowanej nowoprzybyłym turystom, nieznającym tych nowoczesnych rozwiązań. Sami wspieraliśmy się pomocą bardzo przychylnego Kazacha (pracownika mariny), który pomagał nam opanować automaty wrzutowe, wydające karty z impulsami, pozwalające na uruchomienie prysznica lub włączenia elektryczności na statku.

Drugi dzień rejsu był dla nas równie łaskawy, gdyż umożliwił nam dotarcie do Werbellin See, po przebyciu dystansu 41 km i 3 śluz, co nam zajęło 5 godzin, nie licząc czasu oczekiwania na śluzowanie. Tym razem były to zupełnie inne realia, odbiegające od naszych dotychczasowych doświadczeń. Śluza Lehnitz zatrzymała nas na godzinę, zwracając naszą uwagę na jej spore rozmiary (132,5 m dł., 10,5 m szer.), ogromne wrota poruszające się góra-dół i ponad 5,6 metrową różnicę poziomów.

Na jej otwarcie czekało kilkanaście jednostek – wszyscy zdołali się tam zmieścić, wpływając do niej według kolejności dopływania do awanportu, wspomagając się wzajemnie w imponującym spokoju i kulturze. Dalsza droga po opuszczeniu śluzy odbywała się w zespołowym trybie, gdyż kilkanaście obecnych tam łódek pokonywało ją w podobnym tempie, jedna łódź za drugą. W gęsim szyku pokonaliśmy wspólnie kilkanaście kilometrów, gdyż część opuściła kanał Odra – Havel udając się do Liebenwalde (nad Malzer Kanal), część popłynęła dalej, w kierunku Odry.

Opuszczając kanał Oder-Havel na wysokości Marienwerder, wpłynęliśmy do wąziutkiego kanału Werbellin Kanal, aby po chwili znaleźć się przed pierwszą, samoobsługową śluzą Rosenbeck.

 

To całkowicie nowe doświadczenie, gdyż nigdy wcześniej nie spotkaliśmy się z takim rozwiązaniem. Na szczęście pomocne były widoczne tablice z instrukcją, zawierające konieczne do wykonania czynności. Kolejnym ułatwieniem były umieszczone nad wrotami śluzy tablice świetlne, informujące o obecnie trwających procesach. No i znaki świetlne w postaci zielonych i czerwonych lamp, obecnych we wszystkich rodzajach śluz. Po dość sprawnym przebyciu tej śluzy, po niespełna 3 kilometrach dopłynęliśmy do kolejnej samoobsługowej: Eichhorst.

Te same warunki, podobny układ urządzeń, jeszcze sprawniejszy proces jej przebycia i jesteśmy na wodach „Werbellin See”, jeziora położonego w rezerwacie biosfery UNESCO, z krystalicznie czystą wodą, otoczonego lasami, rozciągającego się na długości 13 km, o głębokości dochodzącej miejscami nawet do 60 m. Ulubione miejsce płetwonurków. Wybraliśmy Marinę Altenhoff, ze względu na jej bardzo wygodne i przestronne keje i dostępne urządzenia sanitarne oraz równie ważne sąsiedztwo, ze słynną w okolicy restauracją rybną, o której słyszeliśmy jeszcze w Neuruppin. Po zacumowaniu i sklarowaniu naszego statku oraz załatwieniu formalności pobytowych z sympatycznym i gościnnym bosmanem mariny (miłośnikiem Wrocławia), udaliśmy się na kolację – oczywiście do wcześniej upatrzonej knajpy. Warto było! Nigdy wcześniej nie jadłem tak smacznego sandacza. Wszyscy byliśmy zaczarowani magią tego miejsca, uprzejmością kelnera oraz kunsztem kucharzy. Spacerując potem uliczkami uroczego Altenhofu, znaleźliśmy piękną i nowo wybudowaną knajpę z okazałym tarasem, gdzie urządzono „strefę kibica” z dwoma wielkimi telewizorami. To zadecydowało o tym, że postanowiliśmy nieco zmodyfikować nasz plan rejsowy, pozostając w porcie na następny dzień, aby tam właśnie obejrzeć porażkę naszych przereklamowanych „gwiazdorów” z Senegalem. Wesoło nie było, ale na szczęście to tylko futbol.


Wracając do jeziora – spokój, cisza, mili, uśmiechnięci sąsiedzi. Nic ująć, nic dodać. Polecam!

W środowy poranek wyruszamy w drogę powrotną do Oranienburga, startując koło 10-tej. Teraz już na „luziku”, obeznani z drogą i śluzami. Tym razem nie udaje nam się znaleźć miejsca w głównym basenie portu Schlosshafen, wpływamy więc do przeciwległego portu serwisowego, uzyskawszy wcześniej zgodę obecnego tam – na nasze szczęście – serwisanta. Teraz już jesteśmy ekspertami od automatyki portowo-sanitarnej, pomagamy innym, zwłaszcza nowoprzybyłym kamperowcom. Mili i uśmiechnięci Niemcy i Szwajcarzy, chętni do wymiany przyjaznych gestów i pozdrowień. Niedaleko parę sklepów, gdzie uzupełniamy zapasy żywności i płynnej masy rozrywkowej. Kolacja, miła pogawędka, kielich i „paciorek”, w końcu zasłużony odpoczynek. Tak kończy się kolejny, bardzo udany dzień, w miłej aurze pogodowej. Piszę o tym, gdyż wieczorem docierają do nas pierwsze ostrzeżenia na temat jutrzejszej, czwartkowej pogody – ma być burzowa!

Z Oranienburga wypływamy o 10, mając przed sobą 57 km do macierzystej przystani naszej barki w Neuruppin. Po przejściu śluzy Pinnower poczuliśmy pierwsze oznaki burzowych podmuchów i ujrzeliśmy siniejące przed nami niebo, co pokrywało się z prognozami zwiastującymi definitywną zmianę pogody. Na szczęście mieliśmy przed sobą widzianą wcześniej, ale też zaznaczoną na mapie wygodną przystań miejską. Miejsce sąsiadujące z pałacowymi ogrodami, w odległości ok 500 metrów od Scholsshafen, skąd wystartowaliśmy 2 godziny wcześniej, przebywając zaledwie 13 km. Zrobiliśmy trasę przypominającą agrafkę, stąd znalezienie się niemal w tym samym miejscu. Ledwie się przywiązaliśmy do kei, solidnie dmuchnęło i po chwili potoki wody z liśćmi z pobliskich drzew spadły na naszą łajbę. Nawałnica trwała kilkadziesiąt minut, o dalszym pływaniu nikt z nas nie chciał już myśleć, tym bardziej, że jedna z załogantek ogłosiła swoje urodziny. To był argument do rozpoczęcia uroczystości, wcześniej oczywiście przygotowanej przez załogę w ścisłej tajemnicy przed naszą Jubilatką.

Kolejny dzień był ostatnim przeznaczonym na pływanie, ze względu na konieczność oddania statku nazajutrz o 9 rano. Ruszyliśmy więc w trasę już przed 8, niepokojąc się o skutki nawałnicy, zwłaszcza w wąskich kanałach, obsadzonych wysokimi drzewami. No i nie pomyliliśmy się, gdyż tuż za pierwszą śluzą Tiergarten zauważyliśmy w oddali leżące drzewo w poprzek kanału. Cudem udało nam się je ominąć, dlatego też z niepokojem wypatrywaliśmy kolejnych przeszkód. Na drugiej śluzie Hohenbruch dowiedzieliśmy się o spustoszeniu, jakie zrobił wczorajszy huragan na szosach i pobliskiej autostradzie. Śluzowy nieomal nie stracił swojego auta pod upadającym obok jego domu drzewem.
Mieliśmy jednak szczęście, gdyż dalszy odcinek trasy wolny był od pływających przeszkód. Po 44 km i niemal 6 godzinach pływania dotarliśmy do „naszego” Yachtcharter Neuruppin, kończąc szczęśliwie rejs, ku wielkiej uciesze i chyba uldze Franka, że nic złego nam się nie wydarzyło.
I tu spotkał nas miły akcent. Frank zakomunikował nam, że jutro nie musimy się śpieszyć z pakowaniem i zdawaniem łódki, gdyż kolejni użytkownicy naszego okrętu będą dopiero za kilka dni. A zatem luz! Pomimo niezbyt pięknej pogody, postanowiliśmy pożegnać się z miejscem i gospodarzem przy grillu, korzystając z bardzo przyzwoitej infrastruktury portu do organizacji biesiad. Nie będę rozwijał szczegółów naszej pożegnalnej imprezy, aby nie demoralizować ewentualnych młodych czytelników mojej relacji. Było smacznie, śmiesznie, rozrywkowo, ale zapewniam, że grzecznie!

Łódkę zdaliśmy przed południem, regulując również nasze należności za sprzątanie, paliwo i parking naszych 2 aut. Tuż po dwunastej rozpoczęliśmy naszą drogę powrotną do domu.
Łącznie przepłynęliśmy 196 km, co zajęło nam 24 godziny samego pływania. 14 śluz pokonaliśmy w 7,5 godziny, czyli średnio ok. 35 min na 1 śluzę. Dokładniejszy opis trasy i czasów pokonywania każdego z etapów zawiera poniższa tabela.

Podsumowanie:

  1. Trasa godna polecenia, niezbyt obciążająca czasowo, piękne widoki, bliskość przyrody, spokój, cisza, nieduży ruch, co prawdopodobnie tłumaczy termin przedwakacyjny. Zastanawiający niewielki ruch „zawodowców”, na kanale Odra – Havel widzieliśmy tylko 3 polskie zestawy towarowych barek i 2 niemieckie.
  2. Pływaliśmy w otoczeniu Niemców, głównie w seniorskiej grupie wiekowej. Czasami nawet czuliśmy się młodzieżą (!), obserwując manewry podczas śluzowania, których wykonawczyniami były w większości panie w podeszłym wieku, przytrzymujące łodzie do ścian śluzy, podczas gdy ich partnerzy siedzieli przy sterach, nie mając siły lub wystarczającej sprawności do pomagania.
  3. Kultura pływania – wydaje się, że ci ludzie mają to w genach. Żadnych pośpiesznych manewrów, niepokoju, nerwów, wszystko w oparciu o ogromną życzliwość, często wzajemną pomoc. To zupełnie inny klimat niż na jeziorach mazurskich lub odrzańskich szlakach, zwłaszcza blisko przystani, gdzie nie raz obserwowałem zakazane przecież przepisami popisy pseudo-sportowców na szybkich motorówkach.
  4. Porządek w marinach i innych miejscach przeznaczonych do cumowania. Toalety i prysznice dostępne w tych miejscach, mimo samoobsługowego trybu czyste, zadbane, pachnące. Wszystko to, oparte na wysokiej kulturze użytkowników, świadomości oraz dbałości o powierzone mienie. Brzegi rzek i kanałów wolne od zanieczyszczeń, wykoszone zielsko, brak wszechobecnych w naszych rzekach odpadów z plastiku, szkła.
  5. Koszt rejsu – czarter z kosztami paliwa, pościelą w 4 kajutach i gazem zasilającym kuchenkę oraz lodówkę podczas płynięcia i postoju bez prądu 230 V, łącznie z parkingiem dla 2 aut – ok. 300 Euro na 1 osobę, czyli w granicach 1.200 zł.
    Porównując ten koszt do kosztów poniesionych w roku ubiegłym na Mazurach, doszliśmy do wniosku, że to dużo korzystniejszy wariant. Bo wówczas dostaliśmy łódź z uboższym wyposażeniem, uszkodzonym sterem strumieniowym, bez wycieraczki przedniej szyby, z zacinającą się windą kotwiczną, z niekompletnym bimini, brudnymi zasłonkami, tapicerką i dywanikami. W dodatku z niemal pełnym zbiornikiem fekaliów i pustym bakiem.
    W tym przypadku łódka była wymuskana, kompletna, wyposażona w gaz (2 pełne, duże butle), pełny zbiornik wody i pełny bak paliwa. Dzięki dobrej infrastrukturze w miejscach cumowania udało nam się przywieźć prawie pusty zbiornik na nieczystości.
  6. Nietrudno zauważyć, że relacja niniejsza skupia uwagę piszącego na merytorycznych aspektach samego pływania. Śladowo wspominam o załodze, a ta jest dominującą wartością całego przedsięwzięcia. Bo parafrazując utarty slogan „nieważne jest na czym się pływa, ważne z kim!”. To dla przemiłej naszej kompanii, „starych” przyjaciół, zorganizowaliśmy już 2 rejsy (planując kolejne), aby wspólnie cieszyć się – przede wszystkim – byciem ze sobą, ale i pływaniem. Już dwa razy spędziliśmy tygodniowe okresy na łódce, w żadnym nie było jakikolwiek konfliktów, choćby drobnych nieporozumień. Wszystko to zawdzięczamy wspólnym celom, dobremu przygotowaniu do rejsu, zarówno pod względem logistycznym, jak i wspólnej realizacji naszych potrzeb. Jest to możliwe, ale pod pewnymi warunkami, które powinny być wzięte pod uwagę przez wszystkich tych, którzy planują rejsy grupowe, w których koniecznością jest spędzenie 24 godzin w gronie kilku osób, spoza rodzinnego kręgu, na niewielkiej przestrzeni, pozbawionej wygód dostępnych tylko w warunkach domowych. Poniżej pozwolę sobie zamieścić kilka sugestii, aby uniknąć kłopotliwych sytuacji i niepokojów:
    • „Zabierzmy ze sobą” tylko wycinek niezbędnych naszych domowych sprzętów i gadżetów i odzieży pamiętając, że ograniczona przestrzeń łódki i jej wyposażenie odbiegają diametralnie od naszej codzienności, nigdy też nie będziemy mieli szans na pełny, domowy komfort.
    • Pamiętajmy o tym, że jesteśmy tylko częścią załogi, która oczekuje pełnej współpracy i „kompatybilności”. Nie narzucajmy wszystkim pozostałym osobom naszej odmienności, nie zamykajmy się w skorupie swoich przyzwyczajeń, zachowań i natręctw.
    • Wspólnota podczas rejsu polega na zespołowym realizowaniu zadań – posiłki, manewry, sprzątanie, klarowanie sprzętu, ewentualne zakupy, załatwianie formalności w marinach, itd. Staranność o aktywne uczestnictwo w tym programie zadań powinna wynikać z potrzeby i inicjatywy każdego uczestnika. Ich brak prowadzi do chaosu lub konieczności wydawania poleceń przez lidera, co nie zawsze sprzyja zachowaniu poprawnej atmosfery.
    • Pamiętać też musimy o zaplanowanym, dobowym harmonogramie rejsu. O ile w planie mamy wspólne posiłki, czas rozpoczęcia kolejnego etapu rejsu, czasami musimy zrezygnować ze swojego, indywidualnego trybu potrzeb, aby nie zakłócić przebiegu zaplanowanych działań. Pewnie dobrym przykładem będzie zbyt wczesne wstawanie lub przedłużające się spanie. W pierwszym przypadku oznacza to zbyteczną pobudkę dla wszystkich, w drugim czekanie na śpiocha. Podobnie z opuszczeniem łódki podczas dnia, wycieczki, zakupów, itp. Liczmy się z ustaleniami, nie przeciągajmy naszych indywidualnych potrzeb, aby nie komplikować zadań pozostałym.

Moje sugestie powinny być osnową do przeprowadzenia rachunku sumienia po każdym odbytym rejsie. Ja swój zrobiłem pisząc powyższe. Już po raz drugi zabrałem ze sobą zbyt wiele ani razu nie wykorzystanych gadżetów i elementów garderoby, pomimo staranności przy ich wstępnej segregacji podczas pakowania. Niepotrzebnie też próbowałem narzucać reszcie mój gust muzyczny, forsując zbiorowe słuchanie jazzu, wiedząc przecież dobrze, że nie jest to bajka pozostałych moich przyjaciół. Pewnie powinienem opisać inne moje zachowania, nieprzystające do grupy, jednak ograniczę się na tych pierwszych, aby nie pogłębiać swojej frustracji i wstydu. Ważne, aby wyciągać wnioski na przyszłość. Myślę, że wszyscy uczestnicy grupowego pływania powinni przeprowadzać podobne analizy, aby do kolejnych rejsów przystępować z czystym kontem, jasnymi i klarownymi intencjami, ograniczonymi potrzebami, przede wszystkim zaś z nastawieniem na tygodniowe (lub dłuższe) przebywanie we wspólnocie. I tego życzę wszystkim wodniakom, niezależnie od miejsca pływania, wielkości okrętu, jego wyposażenia i liczebności załogi.

Możliwość komentowania Rejs w Brandenburgii – 2018 została wyłączona

Zimowe wakacje w St. Jakob im Deferregen (Austria)

Miło podsumować przyjemny pobyt w grupie przyjaciół i znajomych, zwłaszcza w dobrze już znanym miejscu, w którym możemy się czuć jak w domu. St. Jakob im Deferregen, niedaleko Włoch, niewielka miejscowość, która pięć lat temu została odgrodzona od świata lawiną. Byliśmy tam w gronie 6 osób, zmuszeni do przedłużonego pobytu, czekając na uwolnienie jedynej szosy od niewyobrażalnych zwałów śniegu.

Dziś jesteśmy po jubileuszowym, piątym już pobycie, co warto podsumować. Zapraszam zatem na krótką relację, kierując podziękowania wszystkim uczestnikom za radosny wspólny czas, pełen humoru, wrażeń sportowych, rekreacyjnych oraz towarzyskich.

Możliwość komentowania Zimowe wakacje w St. Jakob im Deferregen (Austria) została wyłączona

Wyrwirączki – wspomnienie z Zieleńca, lata siedemdziesiąte.

 

 

Dziś kolej na pewną refleksję, związaną z wyciągami narciarskimi. Czy pamiętamy czasy uprawiania narciarstwa bez korzystania z wyciągów, gdzie jedynym sposobem było podchodzenie pod górę? Czy pamiętamy o pierwszych „wyrwirączkach”? Przywołanie ich użytkowania znajduje się w zakładce „wspomnienia z AWF”.

 

Możliwość komentowania Wyrwirączki – wspomnienie z Zieleńca, lata siedemdziesiąte. została wyłączona

Zakupy sprzętu narciarskiego

Czasami podejmujemy decyzje zakupu po kilkumiesięcznej nawet penetracji ofert, docierających do nas z przeróżnych źródeł. Zakup sprzętu narciarskiego jest dużym wyzwaniem, jeśli bierzemy pod uwagę jego jakość, zastosowanie, aktualny stan oferowanych parametrów, osiągnięcia w najbardziej prestiżowych imprezach sportowych – pucharze świata i igrzyskach olimpijskich. Nie będąc fachowcami, musimy zaufać tym, którzy sprzęt ten sprzedają. Nie zawsze jednak trafiamy na fachowców. O tym pragnę informować w mojej relacji z niedawnej wizyty w BERGSPOPRT (Wrocław, u. Wyścigowa 48).

Możliwość komentowania Zakupy sprzętu narciarskiego została wyłączona

Nowe miejsce do nartowania – Machnice

To już drugi sezon w uroczym miejscu, niedaleko Trzebnicy. Wkoło szarozielone pola, urozmaicone licznymi pagórkami. Najbardziej okazały pokryty śniegiem, na którym szusują narciarze i snowboarderzy. Zapraszam do szczegółów zawartych w zakładce “narciarstwo alpejskie i biegowe“.

 

Możliwość komentowania Nowe miejsce do nartowania – Machnice została wyłączona

Rejs po Mazurach – czerwiec 2017

Po dwóch sezonach spędzonych na wodach Warty i Odry, postanowiłem zmienić klimat mojego pływania, przystając na propozycję jednego z przyjaciół, aby tym razem popływać po jeziorach mazurskich. Pomysł rejsu narodził się jeszcze w sierpniu 2016 roku. Siedzieliśmy wówczas w kilkuosobowym gronie, pod naszą lipą, kontestując zakończony właśnie rejs z Oławy do Ostrowa Tumskiego we Wrocławiu i z powrotem, sącząc schłodzone prosecco. Wyjęliśmy komplet map Mazur i stworzyliśmy pierwszy zarys tygodniowej trasy. Mając na uwadze ośmioosobową załogę, rozpoczęliśmy poszukiwania jachtu motorowego, oferującego wystarczającą ilość miejsc, względną wygodę, niezłe wyposażenie oraz niezbyt wygórowaną cenę. Po tygodniu mieliśmy już pierwszy efekt poszukiwań, znajdując Nautinera 40.3, z trzema kabinami, dwiema łazienkami oraz dodatkową „sypialnią” w mesie.

Już po wstępnej rozmowie z osobą kontaktową podaną na stronie internetowej firmy czarterującej, otrzymałem propozycję umowy wraz ze szczegółowymi danymi wytypowanej przez nas łódki. Pozostało już tylko ustalenie terminu rejsu, dogodnego dla nas wszystkich. Wyznaczyliśmy więc czerwcowy tydzień, z dniem wolnym przypadającym w czwartkowe Boże Ciało, tak, aby ograniczyć skromne w naszym urlopowym budżecie dni wolne od pracy.

Dokonałem rezerwacji naszego okrętu, wpłaciłem pierwszą część zaliczki (50% opłaty),przystępując do sporządzenia szczegółowego projektu harmonogramu rejsu. Pominę szczegóły, ważne jednak były miejsca postoju, możliwości zrzutu nieczystości, tankowania wody, paliwa i dostęp do portowych knajp i sanitariatów. Sporządzony projekt przedstawiłem wszystkim uczestnikom, wybrane porty, dzienne dystanse pomiędzy nimi i czas pływania nie budziły wątpliwości, kosztorys też nie został oprotestowany. W nadziei, że przedsięwzięcie spełni nasze oczekiwania, czekaliśmy cierpliwie na początek czerwca, pełne 7 miesięcy.

Tydzień przed rejsem, ustaliliśmy zaprowiantowanie i podzieliliśmy się odpowiedzialnością za ekwipunek, uzupełniający to, co mieliśmy zastać na okręcie. Wreszcie nadszedł czas wyjazdu. Początek rejsu zaplanowany był na niedzielę (11 czerwca), wówczas mieliśmy przejąć naszą łódkę. Postanowiliśmy wyjechać już w sobotę, mając zamiar dojechać blisko Giżycka, jeszcze przed wieczorem, aby znaleźć nocleg, rezerwując niedzielne przedpołudnie na zakwaterowanie i wyruszenie na północ, w kierunku Węgorzewa. Tu spotkaliśmy się z przychylnością firmy czarterującej nam Nautinera, bo zaproponowano nam sobotni nocleg już na jego pokładzie. Piękny gest, ale i …ostatni. Po nim nastąpiły raczej same rozczarowania. Zapewne gest ten miał celowo załagodzić nasze frustracje i zastrzeżenia, których nagromadziło się wiele, skutecznie redukując wcześniejsze zadowolenie z obiecanego luksusu.
I nie chodzi wcale o naszą potrzebę zapewnienia sobie luksusu, bo każde z nas potrafi się bez tego obejść. To opis tego jachtu zamieszczony na stronie internetowej właściciela przyniósł taką wizję, zaś wyszczególniony precyzyjnie zakres wyposażenia miał być tego pełnym uzasadnieniem. Rozbieżności pomiędzy ofertą a rzeczywistym stanem łódki było wiele, wymienię dla przykładu kilka z nich: miały być dwa stery strumieniowe, był dostępny tylko dziobowy; namiot nad górnym pokładem miał być pełny, zastaliśmy tylko częściowy, osłaniający jego przednią część, w dodatku z pourywanymi zatrzaskami i z cieknącym dachem; miał być tablet z locją, w zamian była stara mapa; oddano nam jacht niemal z wypełnionym po brzegi zbiornikiem na fekalia (88%); 9-tonowy jacht wyposażono w jedną kotwicę, w dodatku z zacinającą się windą; zdemontowana została wycieraczka przedniej osłony sterówki, stawiając nas w dużym dyskomforcie podczas padającego deszczu; brak materaca (sundecku) na przedniej części pokładu; braki w wyposażeniu kuchni, zwłaszcza oferowanej w ofercie mikrofali i ekspresu do kawy. Zastrzeżenia nasze objęły również estetyczną stronę jachtu, poplamione siedziska, brudna wykładzina w kokpicie środkowym.
Oczywiste jest to, że nie musieliśmy zgodzić się na takie braki i mogliśmy nie przyjąć łódki lub zażądać redukcji poniesionego kosztu za oferowany nam „luksus”. Wariant rezygnacji był raczej nie do przyjęcia, gdyż byliśmy przygotowani na rejs w tym konkretnym i „wygospodarowanym” przez nas terminie, odbywając podróż do Giżycka liczącą ponad 500 km. Przekazanie jachtu poprzedziła bardzo lapidarna i pośpieszna prezentacja w wykonaniu pana Ł., pozostawiając nas w pełnej nieświadomości zastanych braków, których część ujawniła się dopiero w trakcie pływania.

Rozczarowanie nasze złagodziła z ogromnym wdziękiem miła pani bosman D., która z wielką starannością spełniała nasze prośby, okazując nam bardzo dużą przychylność i profesjonalizm. Jej szef, właściciel (lub tylko zarządzający czarterem naszej jednostki – nie znam struktury organizacyjnej tej firmy), będąc na miejscu, nawet nie wykazał chęci, aby się z nami pożegnać w ostatnim dniu naszego pobytu. Zapewne wyczuł naszą frustrację i schował głowę w przysłowiowy piasek. A właściwie nie tylko głowę, wręcz całego siebie, topiąc przy okazji nasze przyszłe relacje z tą firmą. To typowe dla “krętaczy”, bo taką zyskał ksywę, pomimo przyjaznego gestu opisanego na wstępie. Ale tym właśnie gestem nas okpił i z tego powodu usunął nas z grona stałych klientów. Jednogłośnie orzekliśmy, że do tej firmy już nigdy nie wrócimy, przestrzegając innych przed niegodnymi metodami oszukiwania klientów!

Rejs był piękny i urozmaicony. Aura dostarczyła nam dodatkowych wrażeń, przeplatając ulewne deszcze ze słońcem. Przebyliśmy 260 km, w podziale na 7 dni, byliśmy w Węgorzewie, Giżycku, Rynie, Mikołajkach, Rucianem-Nidą, pokonując 19 jezior, 7 kanałów, znajdując czas na miłe postoje w zacisznych szuwarach i wędkowanie. Nie dotarliśmy jedynie do Piszu i Jeziora Roś, ze względu na zbyt wysoki stan mazurskich wód i – jak sądzę – niewystarczającego prześwitu pod mostem drogowym na kanale Jeglińskim w stosunku do pokaźnej wysokości naszego Nautinera. Reszta planu została zrealizowana bez żadnego uszczerbku, przynosząc mnóstwo wrażeń i przyjemności, pomimo…

Jeszcze jedna sprawa, której nie sposób pominąć, nawiązując do mojego ubiegłorocznego komentarza o kulturze na wodzie. Jak wspomniałem, rejs odbywał się w tygodniu z wolnym czwartkiem, więc mogliśmy się spodziewać tłumów. I tak się stało. Z jednej strony to wspaniałe, że ludzie chcą spędzać wolny czas nad wodą lub na niej, korzystając z ogromnej liczby dostępnego w wypożyczalniach sprzętu do pływania. Z drugiej strony widoczny jest dystans dzielący większość użytkowników żaglówek i motorówek z przepisami wodnymi oraz z podstawowymi zasadami współżycia na wodzie i w portach, przystaniach oraz w marinach.
Przykładem niemiłych sytuacji mogło być wejście do śluzy Guzianki, do której większość wodniaków starała się wpłynąć pomimo kolejności zbliżania się do jej awanportu. Byliśmy uczestnikami sytuacji, gdzie na raz próbowało wpłynąć 18 jednostek, dużych i mniejszych, nie przestrzegając jakichkolwiek zasad obowiązujących tam od zawsze.

Kolejne sceny mrożące krew w żyłach odbywały się w kanałach łączących Jezioro Niegocin z Tałtami. Przekraczana prędkość i tworzenie fal, wyprzedzanie w niewłaściwych miejscach, nawet potrójne, zmuszające tych z naprzeciwka do ostrego hamowania.


To nie wszystko. Małe dzieci na pokładzie, bawiące się w berka. Bez kapoków, bez właściwej asekuracji rodziców zajętych w tym czasie opróżnianiem kieliszków. Zastanawiający a może szokujący nawet był widok psa w kapoku na pokładzie tej samej jednostki. Czy nie jest to czasem odwrócona hierarchia, czy tylko skrajna głupota „dorosłych”?

Być może uwolnienie od wymaganych wcześniej patentów motorowodniackich przyniosło korzyść licznym wypożyczalniom. Ale to tylko jedna strona medalu. Z przykrością stwierdziliśmy, że kultura na wodzie nie idzie w parze ze zmianami przepisów, demolując wodniackie dobre zwyczaje.
To przykre, zwłaszcza jeśli uczestniczy w tym nasza latorośl, będąc już od podstaw pozbawiona dobrych przykładów. Aż strach pomyśleć, co będzie się działo za 10-15 lat.

Możliwość komentowania Rejs po Mazurach – czerwiec 2017 została wyłączona

Gdzie się podziała subkultura?

Świat wokół nas zmienia się niewyobrażalnie. Nie chodzi o politykę, gospodarkę, ani o to, co się dzieje z naszym środowiskiem naturalnym, zanieczyszczeniami, ociepleniem itp. To są zjawiska i procesy, które w większości przypadków możemy jedynie obserwować, czasami bez większej nadziei na jakiekolwiek efekty podejmowanych wysiłków przy próbach dokonywania zmian, niwelacji zagrożeń oraz skuteczności  naszego wysiłku w tworzeniu lepszych standardów. Jesteśmy w większości tylko biernymi świadkami dynamicznie powstającej historii, ewolucji technicznej, naukowej, socjalnej. Czas płynie, zaś te wszystkie zmiany nas zaskakują, czasami cieszą, czasem też przerażają.

Najbardziej przerażają mnie zmiany kulturowe, te najbliższe nam i naszym bliskim. Te, na które mamy wpływ, ale wolimy od nich uciekać, bo tak jest wygodniej…
Najlepsze lata mojego życia poświęciłem wychowaniu młodzieży akademickiej, krzewiąc kulturę studencką oraz kulturę wychowania młodzieży przez sport i rekreację. Ta pierwsza była wynikiem mojego czynnego uczestnictwa w życiu klubowym podczas studiów, zwłaszcza w dziedzinie organizacji imprez studenckich i osobistego w nich uczestnictwa w uczelnianych dniach kultury, w międzyuczelnianych i ogólnopolskich spotkaniach artystycznych, w festiwalach piosenki studenckiej, w turniejach poetyckich, kabaretach, zespołach muzycznych itp.
Po studiach także przez wiele lat brałem udział w wychowaniu i kształceniu studentów jako pracownik dydaktyczny w Zakładzie Sportów Zimowych AWF Wrocław oraz jako kierownik wyszkolenia sportowego uczelnianego klubu wyczynowego AZS AWF Wrocław. Te niemal dwadzieścia lat pracy z młodzieżą zaowocowało ogromną rzeszą osób wciągniętych przeze mnie do subkultury sportowej, przede wszystkim zaś narciarskiej oraz w nieco skromniejszym stopniu związanej ze sportami wodnymi. I tym bliskim mi dwóm dziedzinom rekreacji, pragnę zadedykować niniejsze uwagi.

Popularyzując narciarstwo i ucząc studentów metodyki i techniki pozwalającej na swobodne poruszanie się po stokach i trasach biegowych, opieraliśmy się przede wszystkim na wyjaśnieniu relacji między uczestnikami tych zajęć a środowiskiem zewnętrznym oraz między współćwiczącymi, a także całą resztą „użytkowników” gór. „Wdrażanie „dekalogu narciarskiego”, stanowiącego spis najważniejszych zasad i reguł współdzielenia się radością z uprawiania narciarstwa, zachowania się w górach, w schroniskach, wespół z bogatą i różnorodną ofertą rozwijającego się przemysłu sprzętowo-odzieżowego, rozwijająca się  infrastruktura i technologia, pozwalały na budowanie mozolnie tego, z czego dumni byli niemal wszyscy narciarze, zarówno zawodnicy, jak i amatorzy. Byliśmy wszyscy świadkami i uczestnikami, ale i również beneficjentami rozwoju specyficznego kierunku kultury, dostępnej tylko tej systematycznie rosnącej grupie – narciarzom, elitarnej w każdym calu, mając powód do dumy z tej niezwykłej odrębności. Kultura ta przekazywana była przez rodziców, przyjaciół, znajomych, często podawana młodzieży szkolnej i studentom. Przyjmowana chętnie, jako niezwykła atrakcja dająca odskocznię od szarości socjalistycznego realu, przez coraz to nowych adeptów, czyniła ich lepszymi. Dbały o to liczne kluby i stowarzyszenia, popularyzowali ją instruktorzy i trenerzy oraz liczni społecznicy. Przyjemnie było w tym świecie egzystować, ale do czasu…
Paradoksalne jest dziś to, że popularyzując narciarstwo, doczekaliśmy się w końcu jego powszechnej dostępności, co – z wielką przykrością to zauważam – powoduje  powolny regres bądź niemal całkowity zanik jego subkultury!

Nikt z nas nie przewidział tak okropnego skutku, jakim jest lekceważenie lub utrata wartości spisanych w przywołanym przeze mnie „dekalogu”. Dostępność sprzętu, dziś często bardzo taniego, pochodzącego z hipermarketów lub alternatywnych wypożyczalni, rozwijająca się ciągle sieć obiektów narciarskich w regionach górskich i coraz częściej na nizinach (sztucznie naśnieżane stoki), możliwość korzystania z narciarskich resortów poza krajem, ułatwiły drogę do uprawiania narciarstwa lub tylko „uczestnictwa” w nim w skali masowej, bez obecności liderów, nauczycieli i osób wprowadzających wartości niedawnej i gubionej gdzieś po drodze upowszechniania subkultury narciarskiej. Ubolewania godne i częste są widoki tatusiów lub mam, nierzadko niezbyt trzeźwych i z „petem” w ustach (o zgrozo!), ciągnących za sobą malutkich, kilkuletnich narciarzy, przerażonych trudami nowej, modnej dziś rodzinnej rozrywki. Ordynarne wrzaski, wypełnione przekleństwami na stoku i w kolejce do wyciągu, lub już na krześle wiozącym na górę to dzisiaj standard. Upijanie się, czego skutkiem jest bardzo niebezpieczna i szybka jazda, sprawiająca ogromne zagrożenie dla własnego zdrowia, ale i również dla osób w zasięgu „trajektorii niekontrolowanego lotu”, nieprzestrzeganie podstawowych zasad bezpiecznego używania sprzętu, brak jakichkolwiek zabezpieczeń, nieposzanowanie innych użytkowników, to nagminne grzechy tych pożałowania godnych, współczesnych „rajderów”. O ile już taki ma na swoim łbie kask oraz gogle, zapewniając sobie incognito, tym chętniej pokazuje swoje chamskie i wulgarne ego. Brak elementarnej wiedzy o bezpiecznym poruszaniu się w dół, brak wyobraźni o zagrożeniach, kompletny brak odruchu pomocy osobom jej wymagających, to koszmarna rzeczywistość, pokazująca kroczące schamienie nowobogackiej społeczności narciarskiej. To zadziwiające, ale te uwagi dotyczą wyłącznie naszych rodaków tu, w kraju, jak i poza granicami Polski. Jakoś nie mogę przypomnieć sobie podobnych postaw u Szwajcarów, Niemców, Austriaków, czy nawet najbliższych naszych sąsiadów – Czechów. To Polacy są w tej lidze jedyni i niepowtarzalni. Oczywiście nie wszyscy, to rzecz jasna.  Są i ludzie przyzwoici, szanujący stare obyczaje, zachowujący się zgodnie ze wszelkimi regułami dobrego wychowania. Ale oni nie rzucają się w oczy, oni są cichym i normalnym tłem dla tych nowobogackich łotrów. Nie raz próbowałem się przeciwstawić popisom prostactwa, i tu w naszym kraju, i tam, za granicą. Wyedukowana na głównym nurcie klasyków polskiej współczesnej polityki hołota posługuje się zwrotem „spieprzaj dziadu”. Przeważnie jednak dostaję propozycję nie do odrzucenia, żebym się „nie wpierdalał” w nie swoje sprawy.  Jak nie swoje?! Po tylu latach mozolnej pracy? A czyje, jak nie moje?!

Te same obrazy widoczne są w innej dziedzinie uprawianej od lat w Polsce rekreacji, skupiającej ludzi w środowiskach wodniaków. Tam również krzewiono subkulturę, wyznaczając dziesiątki reguł, bez których trudno byłoby egzystować. Ruch w porcie, udzielanie pierwszeństwa, zasady ratownictwa, przestrzeganie przepisów, etyka żeglarska i motorowodniacka, to niezwykle ważne kanony, tak bardzo charakterystyczne dla subkultury sportów wodnych.
Pamiętam przyjemność wynikającą ze zgodności tych zasad z rzeczywistością, będąc uczestnikiem wielu obozów żeglarskich w latach 1965 – 1990. W roku ubiegłym, po ponad 25 latach przerwy, znalazłem się na Mazurach, korzystając z gościnnej dla wszystkich i pięknej „Ekomariny” w Giżycku. Nowocześniejszy sprzęt, piękne i luksusowe żaglówki i jachty motorowe, starsze oraz super nowoczesne, bardzo eleganckie i wypielęgnowane łódki, a na nich … łobuzeria! Bo jak inaczej można skomentować grupę ośmiu „karków”, wpływających do portu na „pełnym gazie”, w dosłownym sensie oraz w przenośni – wszyscy mocno pijani. Żeby bardziej podkreślić swoje chwackie wejście wystawili charczące głośniki z heavy-metalową muzyką, oczywiście na maksymalnych poziomach głośności. Jacht wyczarterowany na parę dni, zapewne bez konieczności posiadania patentu. Chlewu takiego dawno nie widziałem, wszędzie porozwalane butelki ukazujące spektrum alkoholi dostępnych w mazurskich sklepach. Nie chciałbym być armatorem tej jednostki, to wiem z pewnością. Rozochocone towarzystwo ruszyło „na miacho” dopić się, a może na spotkanie z potencjalnym towarzystwem płci odmiennej. Nie bacząc na sąsiedztwo pływających rodzin z małymi dziećmi, nie krępując się zgorszenia prawdziwych żeglarzy, wrzeszczeli, klęli, śpiewali chamskie przyśpiewki, pokazując dosadnie, gdzie mają wszystkich pozostałych. Kolesie stanowili ekstremum nuworyszowskiej elity wodniackiej, a podobne egzemplarze co rusz wpadały nam w oko. Na trasie ze Sztynortu do Giżycka i w drodze powrotnej widzieliśmy wielu panoszących się „prawdziwków”, których pokłady – zarówno te pod żaglami jak i te poruszane motorem – obstawione były flachami, z hałasem, dzikimi wrzaskami, głośną muzyką. Wymownym przykładem nieposzanowania jakichkolwiek dobrych zwyczajów jest ruch w kanale, przed mostem zwodzonym w Giżycku, tuż po zapaleniu się zielonego światła. Przepychanki, wjeżdżanie przed nosem, często zahaczając położonym masztem o głowy wyprzedzanych wodniaków…. To właśnie jest dzisiejszy obraz nowej „kultury”, dalece odbiegającej od tej, którą przywykliśmy szanować.
Inne widoki, choćby na naszej pięknej Odrze. Port w kanale, kiwające się łódki, kajakarze, na brzegu oraz liczni wędkarze. Cisza i spokój. Nagle zza zakrętu wyłania się szybko płynąca motorówka, kierując się prosto do portu. Przepływa obok, nie zwalniając, śmiech załogantów kwituje zakłopotanie i gniew tych wszystkich, którzy spodziewali się łagodniejszego potraktowania. Ale do kogo żal? Do tego prostaka, którego świadomość nie przekracza poziomu rozkapryszonego sześciolatka? Bogatemu wolno wszystko! Jakie tam zakazy, jakie zwyczaje, po co kultura? Dobra zabawa, ubaw, mocne wrażenia. O to tu chodzi! Szpan, pompowanie własnego ego, pokazywanie, kto tu jest „panem”.

Dwa światy: narciarski i wodniacki, jakże dziś odmienne od tych, które nauczyliśmy się kochać i które z największą pasją pragnęliśmy niegdyś upowszechniać jako nauczyciele, instruktorzy, rodzice i społecznicy. Nie jestem abstynentem, czasami lubię dobrą zabawę, napić się zimnego piwa, zaśpiewać piosenkę. Ale wszystko z poszanowaniem innego człowieka, miejsc w których przebywam oraz właściwego w nich zachowania. Bo – jak mawiał mój Szef, Bronisław Haczkiewicz – „wódkę pije się z głową, a nie z kiełbasą”.

Może pomysł byłego ministra Gowina, jeszcze w rządzie PO, uwalniający zawody instruktorskie, był tym właśnie przyzwoleniem na budowanie nowej rzeczywistości, bez udziału nauczycieli, instruktorów, trenerów. Ponieważ nie ma już konieczności zdobywania patentów na rekreacyjne pływanie, nie musimy korzystać z usług szkoleniowców. Któż więc przekaże nam te dobre umiejętności, zachowania, licujące z dawnymi kanonami subkulturowymi, tworzonymi przez wiele lat? Nie wyobrażam sobie, aby wspomniany wcześniej „kark” sięgnął z własnej woli do jakiegokolwiek podręcznika, chcąc dowiedzieć się o poprawnym zachowaniu, właściwym dla wybranej przez siebie dyscypliny, w którą wtargnął właśnie z ubłoconymi buciorami, jak najgorszy intruz.

Zwracajmy więc uwagę tym wszystkim, których zachowanie jest niegodne. Nie tolerujmy chamstwa, prostactwa, brońmy naszego świata, aby ocalić jego urodę dla kolejnych pokoleń. Niech idea Karłowicza, Zaruskiego i nas samych przetrwa, chroniąc subkulturę sportu i rekreacji przed schamieniem, co – jak dziś widać – zaczyna być widocznym dla nas problemem.

Marek Stasiak

Możliwość komentowania Gdzie się podziała subkultura? została wyłączona

Rejs Oława – Opole i z powrotem

Plan naszego rejsu przewidywał udział 3 osób, które podczas dwóch dni miałyby popłynąć z Oławy do Opola i z powrotem. Mieliśmy wystartować we wtorek rano, przechodząc 8 stopni wodnych w górę Odry na dystansie ponad 53 kilometrów. Po noclegu droga powrotna ze śluzowaniem w dół. Łączny dystans to ok. 110 km.

Marinę Oława opuściliśmy zgodnie z planem, tuż po ósmej. Pierwszą i niezbyt dużą śluzę w Lipkach potraktowaliśmy jako naszą rozgrzewkę, gdyż udało się ją przejść w bardzo szybkim czasie, bo w niespełna 10 minut. Radiowe zgłoszenie zamiaru jej przepłynięcia sprawiło, iż wrota śluzy były już otwarte, zanim do niej dotarliśmy. Operatorzy śluzy obiecali, że poinformują obsługę kolejnej o naszej wyprawie do Opola, tak abyśmy nie czekali na przygotowanie wody. I tak się działo na wszystkich śluzach prowadzących do Opola.
Tuż przed Brzegiem okazało się, że jeden z załogantów musi zejść na ląd i szybko wracać do Wrocławia na pomoc swojej kontuzjowanej mamie. Zostaliśmy w zespole dwu osobowym, biorąc na siebie wszystkie rozplanowane obowiązki, zwłaszcza dotyczące prac pokładowych.

Parametry samej trasy w kolejnych etapach pomiędzy stopniami wodnymi zawiera poniższe zestawienie:

I etap: Marina Oława – Śluza Lipki  – (5,5 km) – 8:08 – 8:55 (47 min), czas śluzowania 10 min.
II etap: Śluza Lipki – Śluza Brzeg (via Marina Brzeg) – (14 km) – 9:05 – 10:10 (90 min), czas śluz. 25 min.
III etap: Śluza Brzeg – Śluza Zwanowice – (9 km) – 11:00 – 12:05 (65 min), czas śluz. 15 min.
IV etap: Śluza Zwanowice – Śluza Ujście Nysy – (5 km) – 12:20 – 12:55 (35 min), czas śluz. 13 min.
V etap: Śluza Ujście Nysy – Śluza Zawada – (6 km) – 13:08 – 13:45 (37 min), czas śluz. 10 min.
VI etap: Śluza Zawada – Śluza Chróścice – (7 km) – 13:55 – 14:30 (35 min), czas śluz. 15 min.
VII etap: Śluza Chróścice – Śluza Dobrzeń – (4,5 km) – 14:45 – 15:10 (35 min), czas śluz. 10 min.
VIII etap: Śluza Dobrzeń – Śluza Wróblin – (7 km) – 15:20 – 16:10 (50 min), czas śluz. 10 min.
IX etap: Śluza Wróblin – Klub Kajakowy PAGAJ – (6 km) – 16:20 – 17:10 (50 min)

Podsumowanie:

  • Łączny czas tej części rejsu: 588 min = 9 h 48′,
  • pokonany dystans: 64 km,
  • średnia prędkość: 6,4 km/h.

Sądzę, iż powyżej zaprezentowane dane pozwolą na rzetelne przygotowanie się do odbycia podobnego rejsu, zwłaszcza tym, którzy planują swoją pierwszą odrzańską podróż do Opola/

Warto zauważyć, że trasa rejsu jest bardzo urozmaicona. Płyniemy pięknym i malowniczym korytem głównym Odry oraz węższymi od rzeki kanałami prowadzącymi do śluz. Rzeka jest niemal całkowicie pusta. Podczas pierwszej części rejsu spotkaliśmy tylko parę kajakarzy w okolicach Brzegu, jednostkę motorową z Urazu, cumującą przy lewym brzegu w okolicach Zwanowic oraz wędkarza na pontonie w okolicach ujścia Nysy. Poza malutką przystanią Raj na prawym brzegu w okolicach Dobrzenia Małego i organizującą się, bardzo skromną przystanią kajakową na lewym brzegu, tuż nad Zwanowicami, nie zauważyliśmy żadnej prawdziwej mariny, czy nawet porządniejszego miejsca do zacumowania z jakąkolwiek infrastrukturą.

fot.1. Przystań Raj w Dobrzeniu Małym na prawym brzegu – 162 km

fot.2. Rozwijająca się przystań w Kopaniu (koło Zdanowic) - lewy brzeg, 184,5 km

fot.2. Rozwijająca się przystań w Kopaniu (koło Zdanowic) – lewy brzeg, 184,5 km

Ciekawostką było tajemnicze dla nas miejsce, gdzie po obu stronach Odry, ponad śluzą Chróścice, na wysokości 167,5 km widoczne są betonowe keje, ze slipami w środku. Slipy są jednak zabezpieczone szlabanami, co wskazuje na ich całkowite wyłączenie z użytkowania, przynajmniej dla masowej „publiczności”.

fot.3. Betonowa keja w Kątach, prawy i lewy brzeg - 167,5 km

fot.3. Betonowa keja w Kątach, prawy i lewy brzeg – 167,5 km

Ciekawa jest dość rzucająca się w oczy różnorodność śluz. Są śluzy bardzo stare i ugryzione zębem czasu, z widocznymi uszkodzeniami. W 2 śluzach przeprawialiśmy się przy „połowicznie uchylonych” wrotach. Jedna strona była nieczynna, ale na tyle szeroka, że nie sprawiła nam dużego problemu (nasz weekend ma 3 metry szerokości). Są śluzy bardzo wysoko spiętrzające wodę i mocno zabrudzone, ale z największą przyjemnością podziwialiśmy perłę wśród nich – Śluzę Chróścice, czystą i zadbaną, po rzetelnie przeprowadzonej rewitalizacji.

fot.4. Śluza Chruścice, 168,3, km

fot.4. Śluza Chruścice, 168,3, km

Najbardziej dla nas kłopotliwe były częste zmiany burty cumującej w kolejnych śluzach, gdyż pociągały za sobą przerzucanie odbijaczy i cumy „śluzowej” na właściwą stronę. Okazywało się to dopiero podczas wchodzenia do komory śluzy, wówczas gdy obsługa wskazywała nam odpowiedni do cumowania brzeg. W drodze powrotnej było dużo łatwiej, gdyż notatki sporządzone w czasie jazdy w górę pomogły nam bardzoh, eliminując „spontana”.

Do Opola dotarliśmy przed godziną 17, zastanawiając się nad wyborem miejsca docelowego. Na mapie widoczna jest Marina Opole, o której dowiedziałem się również od właściciela Mariny Oława – Tomka Strażyńskiego. Od niego dostałem numer telefonu do bosmana, jednak okazało się, że był on niewłaściwy. Odebrał zaś jegomość, komunikujący, że z Mariną Opole nie ma nic wspólnego, ale może nam szczerze polecić Przystań Kajakową PAGAJ, sąsiadującą z dolnym awanportem Śluzy Opole. Po chwili wpłynęliśmy do uroczej zatoczki na lewym brzegu Odry, trafiając wprost na gospodarza przystani, Pana Jana Guzka. Pozwolił nam stanąć w najkorzystniejszym dla nas oświetlonym miejscu, oferując również sanitariat z WC i natryskiem, dostęp do wody i prądu. Wszystko za jedyne 20 zł. Wierzymy w to, że dalsza systematyczna praca pozwoli Panu Janowi na podniesienie poziomu tej uroczej przystani i niebawem powstanie tu profesjonalna marina. Trzymam kciuki już od dziś!

fot.5. Przystań PAGAJ w Opolu, lewy brzeg, 150,7 km, tuż za dolnym awanportem Śluzy Opole.

fot.5. Przystań PAGAJ w Opolu, lewy brzeg, 150,7 km, tuż za dolnym awanportem Śluzy Opole.

Po przespanej nocy, w towarzystwie uroczo kumkających żabek, po smacznej kawie i skromnym śniadaniu wyruszyliśmy w drogę powrotną do Oławy, mogąc raz jeszcze przećwiczyć manewry śluzowania, kierując się doświadczeniami dnia poprzedniego. W Marinie Oława zameldowaliśmy się o godzinie 16:05.

Kilka uwag pomocnych przy organizacji rejsu, polegającego na pokonywaniu śluz:

  • Warto mieć specjalne do śluzowych przepraw 2 odbijacze o długości minimum 80 cm i średnicy 30 cm. Ściany śluz są zazwyczaj pokryte rdzawym lub brunatnym nalotem, będącym mieszanką rdzy (jeśli ściany są metalowe), glonów roślin lub ich kompilacją. Użycie naszych standardowych odbijaczy, tych do zabezpieczenia burt przy cumowaniu w porcie i zazwyczaj mniejszych, jest dość ryzykowne, gdyż mogą one zostać wepchnięte do wnęk ściany śluzy i narazić burtę na otarcie i mocne zabrudzenie. Duże odbijacze gwarantują optymalny dystans i – co ważne – po wyjściu ze śluzy mogą zostać zawieszone np. za rufą, po czym ponownie użyte w kolejnej śluzie, bez potrzeby usuwania brudu. Przywrócenie czystości może się więc odbyć po rejsie lub po ostatnim śluzowaniu.
  • Podobnie jak z odbijaczami, powinniśmy przygotować specjalną cumę, o długości minimum 10 metrów, najlepiej czarną. Szczególnie w warunkach śluzowania w górę, gdy musimy użyć mokrego i brudnego polera w ścianie śluzy przy dolnej wodzie, nie ma sensu używać naszych najczęściej czystych i kolorowych cum. Po kilkukrotnym śluzowaniu, środkowa część cumy jest mocno zabrudzona, dlatego też warto posługiwać się specjalnymi rękawicami, chroniąc przed brudem ręce.
  • Miejmy przy sobie drobny bilon. Śluza w godzinach 7:00 – 16:00 kosztuje 7,24 zł, później 14,48 zł. Dużym ułatwieniem dla obsługi śluzy jest precyzyjnie wyliczona kwota, oszczędzi to czas zarówno im jak i nam samym, pozwalając na jej opuszczenie nawet w ciągu 10 minut.

Jako ciekawostkę przedstawiam efekt papierowej roboty, jaka powstaje podczas przepraw śluzowych. Operatorzy są zobowiązani do wypisywania kwitów, w naszym przypadku zebrana została kolekcja 16 egzemplarzy, której część pochodzącą z pierwszego etapu podróży poniżej przedstawiam.

fot.6. kolekcja kwitów za śluzowanie

fot.6. kolekcja kwitów za śluzowanie

Na koniec niniejszej relacji proponuję obejrzenie naszego krótkiego filmu z odbytego rejsu:

Marek Stasiak

 

 

 

 

 

 

 

Możliwość komentowania Rejs Oława – Opole i z powrotem została wyłączona

Odrzańska Odyseja

W niedzielę 12 czerwca, płynąc z Oławy w górę Odry, w kierunku śluzy w Brzegu, w dolnym odcinku kanału prowadzącego do jej wrót, mijaliśmy się z przedwojenną i niedawno zrewitalizowaną barką „Irena”, na której pokładzie zaaranżowano Muzeum Odry, popularyzujące minione – niestety – lata świetności żeglugi odrzańskiej. Autorem i wykonawcą przedsięwzięcia jest Forum Otwartego Muzeum Techniki, które dzięki wspomaganiu Ministerstwa Kultury, nadodrzańskich gmin i licznych instytucji zorganizowało rejs „Odrzańska Odyseja”, pokazując niezwykle interesującą wystawę w wielu miejscowościach pomiędzy Wrocławiem i Kędzierzynem. Niedzielny etap rejsu zakończył się w Brzegu, imponująco prezentujący się zestaw zacumowany został przy nabrzeżu Odry, pomiędzy Mariną Brzeg a mostem drogowym.

DSC_7273

Mijanka nasza została uwieczniona na krótkim filmiku, do którego obejrzenia zapraszam.

 

Możliwość komentowania Odrzańska Odyseja została wyłączona

WODOWANIE WEEKENDA I PIERWSZY REJS 2016

Ważny majowy dzień – nadszedł czas na wodowanie naszego „weekenda”. Dość długo zwlekaliśmy
z tym przedsięwzięciem, głównie zniechęceni kiepską pogodą, zwłaszcza zimnem i brakiem słońca.

Łódka nasza wyjechała z hangaru już trzy tygodnie temu, została dokładnie wymyta, wysprzątana
i przewietrzona. Pozostawienie jej na zewnątrz miało na celu doładowanie akumulatorów bateriami słonecznymi zamontowanymi na dachu nadbudówki, na razie bez użycia prostownika, choć jego brak postanowiliśmy uzupełnić. Został zakupiony i doinstalowany do istniejącego już systemu solarnego, co pozwala nam obecnie na możliwość dodatkowego ładowania naszych baterii, jeśli tylko mamy w zanadrzu gniazdo 230 V. Kolejny, czekający nas zakup to najmniejszy, acz bardzo wydajny agregat prądotwórczy Hondy, którego użycie wzniesie komfort przebywających na pokładzie naszego statku na “najwyższy poziom”. Ciepła woda, światło, mikrowela, ekspres do kawy, itd. Wreszcie możliwość korzystania z komputera i urządzeń biurowych, aby z dala od szarej rzeczywistości móc kontrolować jej funkcjonowanie, jeśli oczywiście będzie to koniecznością.

Wymieniłem wszystkie płyny, podokręcałem po zimowych przestojach to, co trzeba było, wymieniłem kilka zużytych elementów na nowe, zainstalowałem dodatkowe listwy ledowe oświetlenia we wnętrzu statku, na koniec dokleiłem na jego burtach i ścianach nadbudówki nowe elementy grafiki z naszym logo i adresami e-mailowymi. Wszystkie te czynności zostały starannie zaplanowane i w kolejności zrealizowane, bez zbytniego pośpiechu, ale za to dość starannie.

IMAG2330

Fot.1. Zestaw gotowy do drogi wraz z asekuracją

Gotowi do drogi, wyruszyliśmy w sobotnie południe, w dniu 21 maja, wespół z synem Maćkiem i jego żoną Madzią, jadącymi drugim autem. Ich zadaniem była asekuracja w miejscach niezbyt bezpiecznych, tam gdzie wąsko, ruchliwie i nerwowo. Mieliśmy do przejechania odcinek pomiędzy naszym domem położonym w okolicy Twardogóry, a zaprzyjaźnionym portem w Ścinawie, nadodrzańską miejscowością graniczącą z Oławą. Dystans niewielki, bo około 60 kilometrów, prowadzący całkowicie lokalnymi drogami. Po drodze zatankowaliśmy ok. 200 litrów ropy, tak aby starczyło na kilka tygodni pływania.

w drodze

Fot. 2. W drodze do Mariny Oława

Po dotarciu na miejsce okazało się, że w samej Marinie Oława nie będziemy mogli skorzystać z tamtejszego slipu, gdyż trafiliśmy akurat na znacznie obniżony poziom wody. Postanowiliśmy zatem skorzystać z dzikiego slipu oddalonego od Mariny około jednego kilometra w górę Odry, na lewym jej brzegu. Już raz korzystaliśmy z tego miejsca ubiegłej jesieni, wyciągając nasz okręt na przyczepę, z bardzo udanym skutkiem. Dojazd do rzeki jest kłopotliwy ze względu na niewyobrażalne nierówności drogi gruntowej, już po zjeździe z drogi asfaltowej. Nasza jednostka ważąca 2 tony, na prawie tonowej przyczepie kiwała się w różne strony, niczym fregata na bardzo wzburzonej wodzie. Metr po metrze, z minimalną prędkością, pilnując właściwego toru jazdy, dowiozłem nasz bagaż do niewielkiej zatoczki, żeby po chwili ustawić przyczepę tyłem do rzeki, gotową do zjazdu w dół. Trzeba było jeszcze tylko uwolnić łódź z przyczepy, odpinając dwa pasy. Tu nastąpił bardzo miły akcent wodniackiej solidarności, gdyż usłyszeliśmy warkot silnika, po chwili widząc mknącą ku nam motorówkę Tomka Strażyńskiego, szefa Mariny, w asyście czterech swoich kolegów, gotowych do udzielenia nam pomocy. Dziękując za miłe deklaracje, zaproponowałem abyśmy mogli z Maćkiem przeprowadzić tę operację we dwójkę, aby przećwiczyć to na wypadek konieczności samodzielnego działania w przyszłości. Początkowo szło nieoczekiwanie gładko, Maciek wskoczył na pokład, włączył prąd, przygotowując silnik do uruchomienia. Ja zaś powoli zjeżdżałem przyczepą do wody, zanurzając jej koła w toni. Widząc, że rufa jest już swobodna, odczepiłem ostatni już pas spinający dziób statku z przyczepą, dając synowi sygnał gotowości do odpalenia motoru. Po jego starcie i próbie zepchnięcia dziobu i całkowitego uwolnienia łódki, okazało się, że końcówka dziobu utknęła na ostatniej rolce kilowej przyczepy, a właściwie jej metalowej, niestety solidnie odkształconej obudowie. Widocznie jej uszkodzenie nastąpiło podczas zeszłorocznego wciągania statku na przyczepę i uszło naszej uwadze. Tu sam nie dałem rady, więc poprosiłem Tomka i jednego z jego kumpli, aby pomogli mi uwolnić statek. Już pierwsza próba się powiodła, a Maciek dokończył dzieła dając „całą wstecz”, po czym wykręcił triumfalną rundę i skierował się w dół Odry, płynąc do swojego miejsca przeznaczenia. Podziękowałem kolegom za asystę, reszcie za miłe deklaracje, kibicowanie i fachowe podpowiedzi, przygotowałem przyczepę do odjazdu, pozwijałem pasy i również udałem się do Mariny. Teraz nastąpił czas doposażenia naszego jachtu w niezbędne klamoty przywiezione z hangaru: koła ratunkowe, bosaki, pozostałe cumy, naczynia, ręczniki, ścierki i środki czystości. Wszystko to poprzenosiłem z auta do łódki, umieszczając je na swoich miejscach. Nie zapomniałem o narzędziach i częściach zapasowych, których niespodziewany brak może nagle skomplikować lub nawet przerwać pływanie (m.in. pasek klinowy, wirnik pompy wodnej, itp.). Konieczne też było zatankowanie wody do zbiornika mieszczącego się w części dziobowej, co pozwoliło na wyrównanie obciążenia łódki, kompensując pełny bak z paliwem ciążący na rufie. Kończąc ten etap przygotowań, postanowiłem wypełnić ostatni już zaplanowany krok – uruchomiłem silnik i wczołgałem się do jego komory pod tylnym pokładem. To, co zobaczyłem wprawiło mnie w osłupienie. Komora była niemal całkowicie zalana! Po chwili zobaczyłem silny strumień wody walący wprost z zaworu odprowadzającego wodę chłodzącą silnik do zęzy. Wyskoczyłem na zewnątrz i wyłączyłem motor. Dopiero teraz zrozumiałem, co się stało. Nie zamknąłem tego cholernego zaworu, którym wypuściłem wodę z silnika tuż przed zimą, aby zapobiec jej zamarznięciu. Zapomniałem o tym na amen. Na dodatek pompa zenzowa ustawiona była w trybie „manual”, wobec czego woda gromadziła się w miarę upływającego czasu pracy silnika. Na szczęście Maciek przepłynął niewielki dystans dzielący nasz dziki slip z portem, a mogło być znacznie gorzej, gdybyśmy nie zaglądając do silnika zdecydowali się popłynąć w pierwszy rejs nieco dalej. Z pewnością doprowadzilibyśmy do podtopienia naszego statku, o ile nie gorzej! Wstyd się przyznać, ale popełniłem szkolny błąd, godny tylko nowicjusza. Błąd głęboko już od teraz zapisany w pamięci. Po zdiagnozowaniu przyczyny, przełączyłem pompę na tryb „automat” i dzięki niej pozbyłem się dość szybko wodnego balastu, z oczywistym postanowieniem, że w przyszłości trzeba wykonać wszystkie (!!!) odwrotne czynności do tych, które zabezpieczają statek przed mrozami. Tego dnia na pływanie nie starczyło już czasu, więc „pożeglowałem” z przyczepą w drogę powrotną do domu.

Z niecierpliwością doczekałem się niedzielnego poranka, kiedy wraz z Olką wyruszyliśmy do Mariny na spotkanie z grupą przyjaciół, którym zaproponowaliśmy inauguracyjny rejs w nowym sezonie 2016. Czekając na ich przyjazd poszliśmy przywitać się z gospodarzami Mariny i zarazem Tawerny Kapitańskiej – Anią i Tomkiem. Oboje bardzo zapracowani, znaleźli czas na krótką prezentację zmian przeprowadzonych w tym miłym miejscu. Dużo korzystniej wygląda obecnie Tawerna, mając zmodernizowane tarasy po obu stronach wejścia. Piękna, nowa drewniana podłoga, przeźroczysty dach leżący na elegancko wystruganych krokwiach, wiszące pod dachem donice z poziomkami i pomidorami, nowe, wygodne krzesła przy stolikach, piękne obrusy. Wszystko w bardzo dobrym guście.

IMAG2341

Fot.3. Tawerna Kapitańska z nowymi tarasami

Tuż przy parkingu, po lewej stronie Tawerny powstaje dodatkowa letnia kuchnia z barem. Już niedługo rozpocznie się serwowanie dań i napojów z tego miejsca. W planie jest też nowy sanitariat dedykowany użytkownikom Mariny: prysznic i WC. To ważne miejsce, szczególnie dla osób które zatrzymały się w Oławie, odbywając swój dłuższy rejs po Odrzańskiej Drodze Wodnej. Cały obiekt jest już monitorowany, wraz z pomostami i cumującymi przy nich jednostkach. To dodatkowe zabezpieczenie wspomagające ochronę portu. W kuchni Tawerny również zauważalne zmiany, przede wszystkim wzbogacone menu. Nowe kreacje Ani robią wrażenie, ale nie będę się o nich rozpisywać, pozostawiając niżej fotkę z jednym z zamówionym przez nas daniem – smakowitym i świeżutkim tatarem, przyozdobionym dodatkami podanymi na ostrygowych muszlach. Przepięknie wyglądająca kompozycja smaku i estetyki.

IMAG2331

Fot. 4. To trzeba po prostu spróbować!

Po wstępnej degustacji kilku innych propozycji kulinarnych i małym kufelku czeskiego Kozela, wypłynęliśmy
z naszego portu w bardzo dobrych humorach, aby nacieszyć się płynącą leniwie wodą, słonkiem i lekkim wietrzykiem, kierując się na południe w górę rzeki. Za sterami naszego okrętu zasiadł niedawny zdobywca patentu motorowodnego – Adam, manewrując sprawnie pomiędzy brzegami Odry oraz innymi jednostkami, które – podobnie jak nasza – zostały niedawno zwodowane w Marinie Oława. Na brzegach dziesiątki wędkarzy, co jakiś czas widzimy siedzące lub szybujące nisko nad wodą czaple oraz bacznie obserwujące nas dzikie kaczki. Odra przywitała nas całym swoim urokiem, sprawiając ogromną radość i nadzieję na udany sezon wodniacki.
Zawróciliśmy po godzinie, zbliżając się do śluzy w Lipkach. Stery przejął Andrzej, równie sprawny sternik, który zakończył nasz rejs, przybijając niemal artystycznie do naszego miejsca przy pomoście.
Z tak odpowiedzialną i sprawną załogą aż miło pływać!

IMAG2335

Fot.5. Sternik Adam

Wróciliśmy do Tawerny, aby uczcić premierowy rejs i miłe spotkanie. Popołudnie spędziliśmy
w miłym gronie, przy dźwiękach żywej muzyki w wykonaniu naszego znajomego – Pana Zbyszka, świetnego i utalentowanego muzyka. Jego akordeonowe popisy, świetny głos, dowcipne piosenki i nadzwyczajny humor potrafią rozbawić nawet największego ponuraka. Zbyszek jest obecny  w Marinie niemal zawsze, wpisując się świetnie w wodniacki klimat tego miejsca.

Zbyszek

Fot.5. Muzyka i śpiew – Zbyszek w akcji.

Z przykrością odnotowaliśmy upływ czasu zmuszający nas do rozstania. Jutro poniedziałek, normalny dzień, praca i codzienne obowiązki. Pożegnaliśmy się, życząc sobie udanego tygodnia i w miarę możliwości szybkiego powrotu na rzekę, aby choć na parę godzin poczuć się wakacyjnie, odpocząć godnie po całotygodniowym trudzie, nacieszyć się bliskością natury, spokojem i niezwykle malowniczymi pejzażami.

Możliwość komentowania WODOWANIE WEEKENDA I PIERWSZY REJS 2016 została wyłączona