Rejs przyjaźni i niebiańska uczta – 11 lipca

Warto być na tym świecie, aby od czasu do czasu spotkać się w gronie ludzi, z którymi łączy nas:  przyjaźń trwająca od dziesiątek lat, wspólne wspomnienia z lat młodzieńczych, dorastania dzieci, pierwszych sukcesów zawodowych, radość z narodzin wnuków, pożegnania z odchodzącymi i wreszcie …zbliżające się emerytury. Zabiegamy o te spotkania, choć przeciwności jest zawsze wiele.

Sobota, 11 lipca była dniem, kiedy spotkaliśmy się w gronie takich właśnie przyjaciół, w Marinie Oława, z zamiarem spędzenia wspólnych chwil na naszym statku, wyznaczając sobie za cel dotarcie do Mariny w Brzegu.

Marina w Brzegu, nasz dzisiejszy cel rejsu

Marina w Brzegu, nasz dzisiejszy cel rejsu

Zarówno Gosia z Adamem, jak i Dzidka z Andrzejem byli już naszymi gośćmi na Warcie, gdzie wspólnie – pomimo niskiego stanu wody – udało nam się dotrzeć do Pyzdr, przy okazji bawiąc na szantach zorganizowanych w Marinie Pod Czarnym Bocianem, innym razem spłynąć w okolice Solca.

sympatyczny port w Pyzdrach

sympatyczny port w Pyzdrach

Ograniczony „niską wodą” zakres żeglugi na Warcie sprawił niedosyt, dlatego wizja spędzenia czasu na rzece dużo większej, niż piękna Warta zaostrzyła ich oczekiwania.

Rejs nasz rozpoczęliśmy tuż po południu, przy akompaniamencie przyjemnego wiaterku i słońca, które towarzyszyły nam do samego wieczora. Płynąc w kierunku śluzy LIPKI nie spotkaliśmy żadnej pływającej jednostki, widząc gdzie nie gdzie tylko wędkarzy, ich namioty i parasole przeciwsłoneczne. Po krótkim telefonie do obsługi śluzy z prośbą o jej przygotowanie, leniwie płynęliśmy w górę rzeki obserwując liczne ptactwo, najwięcej czapli.

niemal stała załoga jachtu jeszcze na Warcie

niemal stała załoga jachtu jeszcze na Warcie

Po przebyciu 8 km, wpłynęliśmy do przygotowanej dla nas śluzy, poddając się idącej w górę wodzie, chroniąc odbijaczami burty jachtu przed metalowymi ścianami. Po krótkiej i miłej rozmowie z jej operatorami, wymieniając wzajemne uwagi o zastoju żeglugowym i kompletnej pustce na wodzie, nawet podczas weekendowych dni, uiszczając opłatę (7,20 zł), opuściliśmy śluzę, kontynuując rejs w górę Odry.
Tutaj miłe zaskoczenie. Spotykamy wreszcie kilku kajakarzy, płynących w obu kierunkach tego odcinka rzeki, prawdopodobnie startując z Mariny Brzeg. Są też inne jednostki, w tym bardzo oryginalnie zadaszona łódź, na pozór przypominająca chatę wiejską, jak później dowiedzieliśmy się replika małego galara rzecznego, będąca atrakcją Mariny Brzeg.

oryginał na wodzie

oryginał na wodzie

Na 4 km od Brzegu spotkaliśmy parę kajakarzy, bardzo zmęczonych podróżą powrotną z Mariny Oława, do której wybrali się tego samego dnia, skąd powrót w górę rzeki okazał się bardzo forsowny. Podając im hol, podciągnęliśmy ich w kierunku Brzegu, dopływając do tamtejszej Mariny, oczywiście zachowując niewielką prędkość, zważając głównie na ich komfort i bezpieczeństwo.

nasz pełen wdzięczności "hol"

nasz pełen wdzięczności "hol"

Nie cumując do kei Mariny, po pożegnaniu z załogą kajaka, zawróciliśmy z myślą o drodze powrotnej, tak, aby mieć czas na drugi set naszego programu – zaplanowaną biesiadę u Ani w Tawernie Kapitańskiej.

Do portu dopłynęliśmy po 2 kolejnych godzinach leniwego pływania, starając się jak najbardziej wydłużyć czas pobytu na wodzie. Nasza podróż licząca ok. 32 km trwała łącznie 4 godziny, włącznie z 2-stronnym pokonaniem przyjaznej dla nas śluzy Lipki.
Około godziny 18:00, z pustymi żołądkami,  zajęliśmy miejsca przy stole pod parasolem, na tarasie Mariny, oczekując kulinarnych propozycji szefowej Tawerny, Pani Ani Strażyńskiej.
Ja wiem, że pobudzeni licznymi programami kulinarnymi w wykonaniu m.in. Gessler, Makłowicza, Oliviera i Sowy stajemy się wybitnymi znawcami, miłośnikami bądź krytykami wszystkich kuchni świata.  Ja takich ambicji nigdy nie miałem, zaś po pierwszych daniach, które dotarły na nasz stół, odczułem potrzebę podzielenia się tą zbiorową rozkoszą ze wszystkimi, którzy dotrą do niniejszej relacji.
Jadałem w wielu wspaniałych kuchniach, uważając włoską za najlepszą. Od dziś kuchnia Ani zajmuje pozycję bezwzględnego lidera, nie tylko zresztą w mojej klasyfikacji. Tak sądzą wszystkie osoby, z którymi miałem przyjemność zakosztować tawernianych kulinariów. Nie będę opisywać szczegółów, bo byłoby to jednoznaczne z uprzedzeniem czytelnika o epilogu czytanego dzieła. Zostawiam ten zaszczyt do osobistej oceny konsumentów, którzy nie powinni żałować czasu ani paliwa na dotarcie do Tawerny, nawet z odległych miejsc.

nasza kolacja "mnia mniam"

nasza kolacja "mnia mniam"

Aniu i Tomku, każdy kolejny nasz pobyt u Was, ale też w naszym obecnym porcie, jest dla nas i naszych przyjaciół wydarzeniem godnym głębokiej pamięci, za co Wam zawsze będziemy bardzo wdzięczni.

Marek Stasiak

Comments are closed.