WODOWANIE WEEKENDA I PIERWSZY REJS 2016

Ważny majowy dzień – nadszedł czas na wodowanie naszego „weekenda”. Dość długo zwlekaliśmy
z tym przedsięwzięciem, głównie zniechęceni kiepską pogodą, zwłaszcza zimnem i brakiem słońca.

Łódka nasza wyjechała z hangaru już trzy tygodnie temu, została dokładnie wymyta, wysprzątana
i przewietrzona. Pozostawienie jej na zewnątrz miało na celu doładowanie akumulatorów bateriami słonecznymi zamontowanymi na dachu nadbudówki, na razie bez użycia prostownika, choć jego brak postanowiliśmy uzupełnić. Został zakupiony i doinstalowany do istniejącego już systemu solarnego, co pozwala nam obecnie na możliwość dodatkowego ładowania naszych baterii, jeśli tylko mamy w zanadrzu gniazdo 230 V. Kolejny, czekający nas zakup to najmniejszy, acz bardzo wydajny agregat prądotwórczy Hondy, którego użycie wzniesie komfort przebywających na pokładzie naszego statku na “najwyższy poziom”. Ciepła woda, światło, mikrowela, ekspres do kawy, itd. Wreszcie możliwość korzystania z komputera i urządzeń biurowych, aby z dala od szarej rzeczywistości móc kontrolować jej funkcjonowanie, jeśli oczywiście będzie to koniecznością.

Wymieniłem wszystkie płyny, podokręcałem po zimowych przestojach to, co trzeba było, wymieniłem kilka zużytych elementów na nowe, zainstalowałem dodatkowe listwy ledowe oświetlenia we wnętrzu statku, na koniec dokleiłem na jego burtach i ścianach nadbudówki nowe elementy grafiki z naszym logo i adresami e-mailowymi. Wszystkie te czynności zostały starannie zaplanowane i w kolejności zrealizowane, bez zbytniego pośpiechu, ale za to dość starannie.

IMAG2330

Fot.1. Zestaw gotowy do drogi wraz z asekuracją

Gotowi do drogi, wyruszyliśmy w sobotnie południe, w dniu 21 maja, wespół z synem Maćkiem i jego żoną Madzią, jadącymi drugim autem. Ich zadaniem była asekuracja w miejscach niezbyt bezpiecznych, tam gdzie wąsko, ruchliwie i nerwowo. Mieliśmy do przejechania odcinek pomiędzy naszym domem położonym w okolicy Twardogóry, a zaprzyjaźnionym portem w Ścinawie, nadodrzańską miejscowością graniczącą z Oławą. Dystans niewielki, bo około 60 kilometrów, prowadzący całkowicie lokalnymi drogami. Po drodze zatankowaliśmy ok. 200 litrów ropy, tak aby starczyło na kilka tygodni pływania.

w drodze

Fot. 2. W drodze do Mariny Oława

Po dotarciu na miejsce okazało się, że w samej Marinie Oława nie będziemy mogli skorzystać z tamtejszego slipu, gdyż trafiliśmy akurat na znacznie obniżony poziom wody. Postanowiliśmy zatem skorzystać z dzikiego slipu oddalonego od Mariny około jednego kilometra w górę Odry, na lewym jej brzegu. Już raz korzystaliśmy z tego miejsca ubiegłej jesieni, wyciągając nasz okręt na przyczepę, z bardzo udanym skutkiem. Dojazd do rzeki jest kłopotliwy ze względu na niewyobrażalne nierówności drogi gruntowej, już po zjeździe z drogi asfaltowej. Nasza jednostka ważąca 2 tony, na prawie tonowej przyczepie kiwała się w różne strony, niczym fregata na bardzo wzburzonej wodzie. Metr po metrze, z minimalną prędkością, pilnując właściwego toru jazdy, dowiozłem nasz bagaż do niewielkiej zatoczki, żeby po chwili ustawić przyczepę tyłem do rzeki, gotową do zjazdu w dół. Trzeba było jeszcze tylko uwolnić łódź z przyczepy, odpinając dwa pasy. Tu nastąpił bardzo miły akcent wodniackiej solidarności, gdyż usłyszeliśmy warkot silnika, po chwili widząc mknącą ku nam motorówkę Tomka Strażyńskiego, szefa Mariny, w asyście czterech swoich kolegów, gotowych do udzielenia nam pomocy. Dziękując za miłe deklaracje, zaproponowałem abyśmy mogli z Maćkiem przeprowadzić tę operację we dwójkę, aby przećwiczyć to na wypadek konieczności samodzielnego działania w przyszłości. Początkowo szło nieoczekiwanie gładko, Maciek wskoczył na pokład, włączył prąd, przygotowując silnik do uruchomienia. Ja zaś powoli zjeżdżałem przyczepą do wody, zanurzając jej koła w toni. Widząc, że rufa jest już swobodna, odczepiłem ostatni już pas spinający dziób statku z przyczepą, dając synowi sygnał gotowości do odpalenia motoru. Po jego starcie i próbie zepchnięcia dziobu i całkowitego uwolnienia łódki, okazało się, że końcówka dziobu utknęła na ostatniej rolce kilowej przyczepy, a właściwie jej metalowej, niestety solidnie odkształconej obudowie. Widocznie jej uszkodzenie nastąpiło podczas zeszłorocznego wciągania statku na przyczepę i uszło naszej uwadze. Tu sam nie dałem rady, więc poprosiłem Tomka i jednego z jego kumpli, aby pomogli mi uwolnić statek. Już pierwsza próba się powiodła, a Maciek dokończył dzieła dając „całą wstecz”, po czym wykręcił triumfalną rundę i skierował się w dół Odry, płynąc do swojego miejsca przeznaczenia. Podziękowałem kolegom za asystę, reszcie za miłe deklaracje, kibicowanie i fachowe podpowiedzi, przygotowałem przyczepę do odjazdu, pozwijałem pasy i również udałem się do Mariny. Teraz nastąpił czas doposażenia naszego jachtu w niezbędne klamoty przywiezione z hangaru: koła ratunkowe, bosaki, pozostałe cumy, naczynia, ręczniki, ścierki i środki czystości. Wszystko to poprzenosiłem z auta do łódki, umieszczając je na swoich miejscach. Nie zapomniałem o narzędziach i częściach zapasowych, których niespodziewany brak może nagle skomplikować lub nawet przerwać pływanie (m.in. pasek klinowy, wirnik pompy wodnej, itp.). Konieczne też było zatankowanie wody do zbiornika mieszczącego się w części dziobowej, co pozwoliło na wyrównanie obciążenia łódki, kompensując pełny bak z paliwem ciążący na rufie. Kończąc ten etap przygotowań, postanowiłem wypełnić ostatni już zaplanowany krok – uruchomiłem silnik i wczołgałem się do jego komory pod tylnym pokładem. To, co zobaczyłem wprawiło mnie w osłupienie. Komora była niemal całkowicie zalana! Po chwili zobaczyłem silny strumień wody walący wprost z zaworu odprowadzającego wodę chłodzącą silnik do zęzy. Wyskoczyłem na zewnątrz i wyłączyłem motor. Dopiero teraz zrozumiałem, co się stało. Nie zamknąłem tego cholernego zaworu, którym wypuściłem wodę z silnika tuż przed zimą, aby zapobiec jej zamarznięciu. Zapomniałem o tym na amen. Na dodatek pompa zenzowa ustawiona była w trybie „manual”, wobec czego woda gromadziła się w miarę upływającego czasu pracy silnika. Na szczęście Maciek przepłynął niewielki dystans dzielący nasz dziki slip z portem, a mogło być znacznie gorzej, gdybyśmy nie zaglądając do silnika zdecydowali się popłynąć w pierwszy rejs nieco dalej. Z pewnością doprowadzilibyśmy do podtopienia naszego statku, o ile nie gorzej! Wstyd się przyznać, ale popełniłem szkolny błąd, godny tylko nowicjusza. Błąd głęboko już od teraz zapisany w pamięci. Po zdiagnozowaniu przyczyny, przełączyłem pompę na tryb „automat” i dzięki niej pozbyłem się dość szybko wodnego balastu, z oczywistym postanowieniem, że w przyszłości trzeba wykonać wszystkie (!!!) odwrotne czynności do tych, które zabezpieczają statek przed mrozami. Tego dnia na pływanie nie starczyło już czasu, więc „pożeglowałem” z przyczepą w drogę powrotną do domu.

Z niecierpliwością doczekałem się niedzielnego poranka, kiedy wraz z Olką wyruszyliśmy do Mariny na spotkanie z grupą przyjaciół, którym zaproponowaliśmy inauguracyjny rejs w nowym sezonie 2016. Czekając na ich przyjazd poszliśmy przywitać się z gospodarzami Mariny i zarazem Tawerny Kapitańskiej – Anią i Tomkiem. Oboje bardzo zapracowani, znaleźli czas na krótką prezentację zmian przeprowadzonych w tym miłym miejscu. Dużo korzystniej wygląda obecnie Tawerna, mając zmodernizowane tarasy po obu stronach wejścia. Piękna, nowa drewniana podłoga, przeźroczysty dach leżący na elegancko wystruganych krokwiach, wiszące pod dachem donice z poziomkami i pomidorami, nowe, wygodne krzesła przy stolikach, piękne obrusy. Wszystko w bardzo dobrym guście.

IMAG2341

Fot.3. Tawerna Kapitańska z nowymi tarasami

Tuż przy parkingu, po lewej stronie Tawerny powstaje dodatkowa letnia kuchnia z barem. Już niedługo rozpocznie się serwowanie dań i napojów z tego miejsca. W planie jest też nowy sanitariat dedykowany użytkownikom Mariny: prysznic i WC. To ważne miejsce, szczególnie dla osób które zatrzymały się w Oławie, odbywając swój dłuższy rejs po Odrzańskiej Drodze Wodnej. Cały obiekt jest już monitorowany, wraz z pomostami i cumującymi przy nich jednostkach. To dodatkowe zabezpieczenie wspomagające ochronę portu. W kuchni Tawerny również zauważalne zmiany, przede wszystkim wzbogacone menu. Nowe kreacje Ani robią wrażenie, ale nie będę się o nich rozpisywać, pozostawiając niżej fotkę z jednym z zamówionym przez nas daniem – smakowitym i świeżutkim tatarem, przyozdobionym dodatkami podanymi na ostrygowych muszlach. Przepięknie wyglądająca kompozycja smaku i estetyki.

IMAG2331

Fot. 4. To trzeba po prostu spróbować!

Po wstępnej degustacji kilku innych propozycji kulinarnych i małym kufelku czeskiego Kozela, wypłynęliśmy
z naszego portu w bardzo dobrych humorach, aby nacieszyć się płynącą leniwie wodą, słonkiem i lekkim wietrzykiem, kierując się na południe w górę rzeki. Za sterami naszego okrętu zasiadł niedawny zdobywca patentu motorowodnego – Adam, manewrując sprawnie pomiędzy brzegami Odry oraz innymi jednostkami, które – podobnie jak nasza – zostały niedawno zwodowane w Marinie Oława. Na brzegach dziesiątki wędkarzy, co jakiś czas widzimy siedzące lub szybujące nisko nad wodą czaple oraz bacznie obserwujące nas dzikie kaczki. Odra przywitała nas całym swoim urokiem, sprawiając ogromną radość i nadzieję na udany sezon wodniacki.
Zawróciliśmy po godzinie, zbliżając się do śluzy w Lipkach. Stery przejął Andrzej, równie sprawny sternik, który zakończył nasz rejs, przybijając niemal artystycznie do naszego miejsca przy pomoście.
Z tak odpowiedzialną i sprawną załogą aż miło pływać!

IMAG2335

Fot.5. Sternik Adam

Wróciliśmy do Tawerny, aby uczcić premierowy rejs i miłe spotkanie. Popołudnie spędziliśmy
w miłym gronie, przy dźwiękach żywej muzyki w wykonaniu naszego znajomego – Pana Zbyszka, świetnego i utalentowanego muzyka. Jego akordeonowe popisy, świetny głos, dowcipne piosenki i nadzwyczajny humor potrafią rozbawić nawet największego ponuraka. Zbyszek jest obecny  w Marinie niemal zawsze, wpisując się świetnie w wodniacki klimat tego miejsca.

Zbyszek

Fot.5. Muzyka i śpiew – Zbyszek w akcji.

Z przykrością odnotowaliśmy upływ czasu zmuszający nas do rozstania. Jutro poniedziałek, normalny dzień, praca i codzienne obowiązki. Pożegnaliśmy się, życząc sobie udanego tygodnia i w miarę możliwości szybkiego powrotu na rzekę, aby choć na parę godzin poczuć się wakacyjnie, odpocząć godnie po całotygodniowym trudzie, nacieszyć się bliskością natury, spokojem i niezwykle malowniczymi pejzażami.

Comments are closed.