Rejs po Mazurach – czerwiec 2017

Po dwóch sezonach spędzonych na wodach Warty i Odry, postanowiłem zmienić klimat mojego pływania, przystając na propozycję jednego z przyjaciół, aby tym razem popływać po jeziorach mazurskich. Pomysł rejsu narodził się jeszcze w sierpniu 2016 roku. Siedzieliśmy wówczas w kilkuosobowym gronie, pod naszą lipą, kontestując zakończony właśnie rejs z Oławy do Ostrowa Tumskiego we Wrocławiu i z powrotem, sącząc schłodzone prosecco. Wyjęliśmy komplet map Mazur i stworzyliśmy pierwszy zarys tygodniowej trasy. Mając na uwadze ośmioosobową załogę, rozpoczęliśmy poszukiwania jachtu motorowego, oferującego wystarczającą ilość miejsc, względną wygodę, niezłe wyposażenie oraz niezbyt wygórowaną cenę. Po tygodniu mieliśmy już pierwszy efekt poszukiwań, znajdując Nautinera 40.3, z trzema kabinami, dwiema łazienkami oraz dodatkową „sypialnią” w mesie.

Już po wstępnej rozmowie z osobą kontaktową podaną na stronie internetowej firmy czarterującej, otrzymałem propozycję umowy wraz ze szczegółowymi danymi wytypowanej przez nas łódki. Pozostało już tylko ustalenie terminu rejsu, dogodnego dla nas wszystkich. Wyznaczyliśmy więc czerwcowy tydzień, z dniem wolnym przypadającym w czwartkowe Boże Ciało, tak, aby ograniczyć skromne w naszym urlopowym budżecie dni wolne od pracy.

Dokonałem rezerwacji naszego okrętu, wpłaciłem pierwszą część zaliczki (50% opłaty),przystępując do sporządzenia szczegółowego projektu harmonogramu rejsu. Pominę szczegóły, ważne jednak były miejsca postoju, możliwości zrzutu nieczystości, tankowania wody, paliwa i dostęp do portowych knajp i sanitariatów. Sporządzony projekt przedstawiłem wszystkim uczestnikom, wybrane porty, dzienne dystanse pomiędzy nimi i czas pływania nie budziły wątpliwości, kosztorys też nie został oprotestowany. W nadziei, że przedsięwzięcie spełni nasze oczekiwania, czekaliśmy cierpliwie na początek czerwca, pełne 7 miesięcy.

Tydzień przed rejsem, ustaliliśmy zaprowiantowanie i podzieliliśmy się odpowiedzialnością za ekwipunek, uzupełniający to, co mieliśmy zastać na okręcie. Wreszcie nadszedł czas wyjazdu. Początek rejsu zaplanowany był na niedzielę (11 czerwca), wówczas mieliśmy przejąć naszą łódkę. Postanowiliśmy wyjechać już w sobotę, mając zamiar dojechać blisko Giżycka, jeszcze przed wieczorem, aby znaleźć nocleg, rezerwując niedzielne przedpołudnie na zakwaterowanie i wyruszenie na północ, w kierunku Węgorzewa. Tu spotkaliśmy się z przychylnością firmy czarterującej nam Nautinera, bo zaproponowano nam sobotni nocleg już na jego pokładzie. Piękny gest, ale i …ostatni. Po nim nastąpiły raczej same rozczarowania. Zapewne gest ten miał celowo załagodzić nasze frustracje i zastrzeżenia, których nagromadziło się wiele, skutecznie redukując wcześniejsze zadowolenie z obiecanego luksusu.
I nie chodzi wcale o naszą potrzebę zapewnienia sobie luksusu, bo każde z nas potrafi się bez tego obejść. To opis tego jachtu zamieszczony na stronie internetowej właściciela przyniósł taką wizję, zaś wyszczególniony precyzyjnie zakres wyposażenia miał być tego pełnym uzasadnieniem. Rozbieżności pomiędzy ofertą a rzeczywistym stanem łódki było wiele, wymienię dla przykładu kilka z nich: miały być dwa stery strumieniowe, był dostępny tylko dziobowy; namiot nad górnym pokładem miał być pełny, zastaliśmy tylko częściowy, osłaniający jego przednią część, w dodatku z pourywanymi zatrzaskami i z cieknącym dachem; miał być tablet z locją, w zamian była stara mapa; oddano nam jacht niemal z wypełnionym po brzegi zbiornikiem na fekalia (88%); 9-tonowy jacht wyposażono w jedną kotwicę, w dodatku z zacinającą się windą; zdemontowana została wycieraczka przedniej osłony sterówki, stawiając nas w dużym dyskomforcie podczas padającego deszczu; brak materaca (sundecku) na przedniej części pokładu; braki w wyposażeniu kuchni, zwłaszcza oferowanej w ofercie mikrofali i ekspresu do kawy. Zastrzeżenia nasze objęły również estetyczną stronę jachtu, poplamione siedziska, brudna wykładzina w kokpicie środkowym.
Oczywiste jest to, że nie musieliśmy zgodzić się na takie braki i mogliśmy nie przyjąć łódki lub zażądać redukcji poniesionego kosztu za oferowany nam „luksus”. Wariant rezygnacji był raczej nie do przyjęcia, gdyż byliśmy przygotowani na rejs w tym konkretnym i „wygospodarowanym” przez nas terminie, odbywając podróż do Giżycka liczącą ponad 500 km. Przekazanie jachtu poprzedziła bardzo lapidarna i pośpieszna prezentacja w wykonaniu pana Ł., pozostawiając nas w pełnej nieświadomości zastanych braków, których część ujawniła się dopiero w trakcie pływania.

Rozczarowanie nasze złagodziła z ogromnym wdziękiem miła pani bosman D., która z wielką starannością spełniała nasze prośby, okazując nam bardzo dużą przychylność i profesjonalizm. Jej szef, właściciel (lub tylko zarządzający czarterem naszej jednostki – nie znam struktury organizacyjnej tej firmy), będąc na miejscu, nawet nie wykazał chęci, aby się z nami pożegnać w ostatnim dniu naszego pobytu. Zapewne wyczuł naszą frustrację i schował głowę w przysłowiowy piasek. A właściwie nie tylko głowę, wręcz całego siebie, topiąc przy okazji nasze przyszłe relacje z tą firmą. To typowe dla “krętaczy”, bo taką zyskał ksywę, pomimo przyjaznego gestu opisanego na wstępie. Ale tym właśnie gestem nas okpił i z tego powodu usunął nas z grona stałych klientów. Jednogłośnie orzekliśmy, że do tej firmy już nigdy nie wrócimy, przestrzegając innych przed niegodnymi metodami oszukiwania klientów!

Rejs był piękny i urozmaicony. Aura dostarczyła nam dodatkowych wrażeń, przeplatając ulewne deszcze ze słońcem. Przebyliśmy 260 km, w podziale na 7 dni, byliśmy w Węgorzewie, Giżycku, Rynie, Mikołajkach, Rucianem-Nidą, pokonując 19 jezior, 7 kanałów, znajdując czas na miłe postoje w zacisznych szuwarach i wędkowanie. Nie dotarliśmy jedynie do Piszu i Jeziora Roś, ze względu na zbyt wysoki stan mazurskich wód i – jak sądzę – niewystarczającego prześwitu pod mostem drogowym na kanale Jeglińskim w stosunku do pokaźnej wysokości naszego Nautinera. Reszta planu została zrealizowana bez żadnego uszczerbku, przynosząc mnóstwo wrażeń i przyjemności, pomimo…

Jeszcze jedna sprawa, której nie sposób pominąć, nawiązując do mojego ubiegłorocznego komentarza o kulturze na wodzie. Jak wspomniałem, rejs odbywał się w tygodniu z wolnym czwartkiem, więc mogliśmy się spodziewać tłumów. I tak się stało. Z jednej strony to wspaniałe, że ludzie chcą spędzać wolny czas nad wodą lub na niej, korzystając z ogromnej liczby dostępnego w wypożyczalniach sprzętu do pływania. Z drugiej strony widoczny jest dystans dzielący większość użytkowników żaglówek i motorówek z przepisami wodnymi oraz z podstawowymi zasadami współżycia na wodzie i w portach, przystaniach oraz w marinach.
Przykładem niemiłych sytuacji mogło być wejście do śluzy Guzianki, do której większość wodniaków starała się wpłynąć pomimo kolejności zbliżania się do jej awanportu. Byliśmy uczestnikami sytuacji, gdzie na raz próbowało wpłynąć 18 jednostek, dużych i mniejszych, nie przestrzegając jakichkolwiek zasad obowiązujących tam od zawsze.

Kolejne sceny mrożące krew w żyłach odbywały się w kanałach łączących Jezioro Niegocin z Tałtami. Przekraczana prędkość i tworzenie fal, wyprzedzanie w niewłaściwych miejscach, nawet potrójne, zmuszające tych z naprzeciwka do ostrego hamowania.


To nie wszystko. Małe dzieci na pokładzie, bawiące się w berka. Bez kapoków, bez właściwej asekuracji rodziców zajętych w tym czasie opróżnianiem kieliszków. Zastanawiający a może szokujący nawet był widok psa w kapoku na pokładzie tej samej jednostki. Czy nie jest to czasem odwrócona hierarchia, czy tylko skrajna głupota „dorosłych”?

Być może uwolnienie od wymaganych wcześniej patentów motorowodniackich przyniosło korzyść licznym wypożyczalniom. Ale to tylko jedna strona medalu. Z przykrością stwierdziliśmy, że kultura na wodzie nie idzie w parze ze zmianami przepisów, demolując wodniackie dobre zwyczaje.
To przykre, zwłaszcza jeśli uczestniczy w tym nasza latorośl, będąc już od podstaw pozbawiona dobrych przykładów. Aż strach pomyśleć, co będzie się działo za 10-15 lat.

Comments are closed.