Rejs w Brandenburgii – 2018

Pomysł zorganizowania pływania poza krajem narodził się po ubiegłorocznym, czerwcowym rejsie po Mazurach. Nie wszystko nam się tam podobało, a zdecydowanie najmniej kultura korzystania z kanałów, śluz i przystani tzw. „bezpatentowców”, którzy bardzo skutecznie obrzydzili nam nasze tygodniowe wakacje. Relację z tego rejsu udostępniłem w ubiegłorocznej relacji (niżej).

Wybór padł na najbliższą nam Brandenburgię (ok. 450 km od W-wia) w terminie jeszcze przedwakacyjnym (16-23 czerwca). Skorzystaliśmy z usług bardzo rzetelnej firmy „Charter Navigator” z Krakowa, która udostępniła nam barkę NICOLS 1170, oczekującą na nas w miejscowości Neuruppin, w bazie „Yachcharter Neuruppin”.


Dotarliśmy tam w sobotę, ok. 15:00, przywitani serdecznie przez jej właściciela Franka, przedstawiciela firmy Nicols. Dość sprawnie przeszliśmy przez proces przejęcia okrętu, poznając zasady jego obsługi i pobytu w marinie, zostawiając na jutrzejszy poranek sam instruktaż manewrowy, wpisany jako obligatoryjny punkt w programie czarteru. Frank okazał niezłym dowcipnisiem, adorując prześmiesznie nasze żony, co skutkowało bardzo częstymi jego wizytami na pokładzie „już naszej” barki, zaś na koniec wieczoru udostępnił nam telewizor, umożliwiając obejrzenie kolejnego mundialowego meczu.

Niedzielny, bardzo pogodny poranek, rozpoczął się wspólnym śniadaniem, oczywiście w towarzystwie naszego gospodarza, po czym udaliśmy się na krótką rundę w pobliżu przystani, aby przećwiczyć pod jego komendami podstawowe manewry, poznając sterowność jednostki.
Tuż po dziewiątej, już tylko w gronie ścisłej 8 osobowej załogi rozpoczęliśmy pierwszy etap naszego rejsu w kierunku Oranienburga, mając w głowach i sercach duży entuzjazm i ciekawość trasy znajdującej się przed nami. Już na samym początku rozgrzewka na jeziorze Ruppiner See, dystans ok. 10 km, do pierwszej śluzy Altfreisack. Treningi odbyte w latach poprzednich na wodach Odry i jej licznych śluzach pomiędzy Opolem a Brzegiem Dolnym, przyniosły dobry efekt.

Śluza poszła gładko, ruszyliśmy więc dalej, mając przed sobą małe jeziorko Buetz See, potem malowniczy kanał Buetzrhin.

Dalej rezerwat przyrody z bardzo bogatą roślinnością wodną na jeziorku Kremmer See i wejście w wąski, piękny kanał Ruppiner Kanal, prowadzący do kolejnych dwóch śluz: Hohenbruch i Tiergarten. Tę drugą opuściliśmy tuż po 15, wpływając na wody kanału Oranienburger Kanal z ostatnią w tym dniu śluzą Pinnower na jego końcu, aby po kilkunastu minutach znaleźć się na głównej drodze wodnej pomiędzy Berlinem a Szczecinem, zabytkowym już kanałem Odra – Havel wybudowanym w latach 1908-1913. Po przepłynięciu krótkiego odcinka, skierowaliśmy się w lewo na rzekę Havel, doprowadzającą nas do centrum Oranienburga, gdzie znajduje się imponująca nowoczesnością marina Schlosshafen. Dotarliśmy tam o godzinie 17:30, mając za sobą 6,5 godziny pływania (bez czasu oczekiwania i postoju w śluzach), 4 śluzy i 57 kilometrów. Średnia prędkość: 9 km/h, iście spacerowa, dająca przyjemność obserwacji przyrody, ptactwa oraz przepięknych lasów, pól i łąk. Super udany początek rejsu, przy pełnym słońcu, wietrzyku i wspaniałych widokach.

Marina Schlosshafen, położona jest w sąsiedztwie pięknego, zabytkowego pałacu, z ogromnym parkiem. Pałac, który zbudowano w holenderskim stylu w latach 1651-1655, jest początkiem historii miasta Oranienburg.

Teren mariny rozciągnięty jest po dwóch stronach Haveli, połączony szeroką kładką dla pieszych i rowerzystów. Po stronie pałacu jest duży port jachtowy, z wieloma pomostami, zarówno dla większych, jak i mniejszych jednostek.

Na każdym pomoście słupki z prądem, dużo przestrzeni, wzorowy porządek. Po drugiej stronie kładki jest obszerny basen portowy, tzw. serwisowy, gdzie można skorzystać z urządzenia do zrzutu fekaliów oraz zatankować wodę. Obok basenu jest przestronny parking dla kamperów i duży, nowoczesny sanitariat. Wszystko jest dostępne, po uprzednim wykupieniu karty, z zaprogramowanym limitem na prąd, wodę, prysznice i zrzut nieczystości. Obsługa jest zautomatyzowana, odbywa się w zasadzie bez udziału pracowników mariny, jakkolwiek czasami przy ich asyście, zwłaszcza dedykowanej nowoprzybyłym turystom, nieznającym tych nowoczesnych rozwiązań. Sami wspieraliśmy się pomocą bardzo przychylnego Kazacha (pracownika mariny), który pomagał nam opanować automaty wrzutowe, wydające karty z impulsami, pozwalające na uruchomienie prysznica lub włączenia elektryczności na statku.

Drugi dzień rejsu był dla nas równie łaskawy, gdyż umożliwił nam dotarcie do Werbellin See, po przebyciu dystansu 41 km i 3 śluz, co nam zajęło 5 godzin, nie licząc czasu oczekiwania na śluzowanie. Tym razem były to zupełnie inne realia, odbiegające od naszych dotychczasowych doświadczeń. Śluza Lehnitz zatrzymała nas na godzinę, zwracając naszą uwagę na jej spore rozmiary (132,5 m dł., 10,5 m szer.), ogromne wrota poruszające się góra-dół i ponad 5,6 metrową różnicę poziomów.

Na jej otwarcie czekało kilkanaście jednostek – wszyscy zdołali się tam zmieścić, wpływając do niej według kolejności dopływania do awanportu, wspomagając się wzajemnie w imponującym spokoju i kulturze. Dalsza droga po opuszczeniu śluzy odbywała się w zespołowym trybie, gdyż kilkanaście obecnych tam łódek pokonywało ją w podobnym tempie, jedna łódź za drugą. W gęsim szyku pokonaliśmy wspólnie kilkanaście kilometrów, gdyż część opuściła kanał Odra – Havel udając się do Liebenwalde (nad Malzer Kanal), część popłynęła dalej, w kierunku Odry.

Opuszczając kanał Oder-Havel na wysokości Marienwerder, wpłynęliśmy do wąziutkiego kanału Werbellin Kanal, aby po chwili znaleźć się przed pierwszą, samoobsługową śluzą Rosenbeck.

 

To całkowicie nowe doświadczenie, gdyż nigdy wcześniej nie spotkaliśmy się z takim rozwiązaniem. Na szczęście pomocne były widoczne tablice z instrukcją, zawierające konieczne do wykonania czynności. Kolejnym ułatwieniem były umieszczone nad wrotami śluzy tablice świetlne, informujące o obecnie trwających procesach. No i znaki świetlne w postaci zielonych i czerwonych lamp, obecnych we wszystkich rodzajach śluz. Po dość sprawnym przebyciu tej śluzy, po niespełna 3 kilometrach dopłynęliśmy do kolejnej samoobsługowej: Eichhorst.

Te same warunki, podobny układ urządzeń, jeszcze sprawniejszy proces jej przebycia i jesteśmy na wodach „Werbellin See”, jeziora położonego w rezerwacie biosfery UNESCO, z krystalicznie czystą wodą, otoczonego lasami, rozciągającego się na długości 13 km, o głębokości dochodzącej miejscami nawet do 60 m. Ulubione miejsce płetwonurków. Wybraliśmy Marinę Altenhoff, ze względu na jej bardzo wygodne i przestronne keje i dostępne urządzenia sanitarne oraz równie ważne sąsiedztwo, ze słynną w okolicy restauracją rybną, o której słyszeliśmy jeszcze w Neuruppin. Po zacumowaniu i sklarowaniu naszego statku oraz załatwieniu formalności pobytowych z sympatycznym i gościnnym bosmanem mariny (miłośnikiem Wrocławia), udaliśmy się na kolację – oczywiście do wcześniej upatrzonej knajpy. Warto było! Nigdy wcześniej nie jadłem tak smacznego sandacza. Wszyscy byliśmy zaczarowani magią tego miejsca, uprzejmością kelnera oraz kunsztem kucharzy. Spacerując potem uliczkami uroczego Altenhofu, znaleźliśmy piękną i nowo wybudowaną knajpę z okazałym tarasem, gdzie urządzono „strefę kibica” z dwoma wielkimi telewizorami. To zadecydowało o tym, że postanowiliśmy nieco zmodyfikować nasz plan rejsowy, pozostając w porcie na następny dzień, aby tam właśnie obejrzeć porażkę naszych przereklamowanych „gwiazdorów” z Senegalem. Wesoło nie było, ale na szczęście to tylko futbol.


Wracając do jeziora – spokój, cisza, mili, uśmiechnięci sąsiedzi. Nic ująć, nic dodać. Polecam!

W środowy poranek wyruszamy w drogę powrotną do Oranienburga, startując koło 10-tej. Teraz już na „luziku”, obeznani z drogą i śluzami. Tym razem nie udaje nam się znaleźć miejsca w głównym basenie portu Schlosshafen, wpływamy więc do przeciwległego portu serwisowego, uzyskawszy wcześniej zgodę obecnego tam – na nasze szczęście – serwisanta. Teraz już jesteśmy ekspertami od automatyki portowo-sanitarnej, pomagamy innym, zwłaszcza nowoprzybyłym kamperowcom. Mili i uśmiechnięci Niemcy i Szwajcarzy, chętni do wymiany przyjaznych gestów i pozdrowień. Niedaleko parę sklepów, gdzie uzupełniamy zapasy żywności i płynnej masy rozrywkowej. Kolacja, miła pogawędka, kielich i „paciorek”, w końcu zasłużony odpoczynek. Tak kończy się kolejny, bardzo udany dzień, w miłej aurze pogodowej. Piszę o tym, gdyż wieczorem docierają do nas pierwsze ostrzeżenia na temat jutrzejszej, czwartkowej pogody – ma być burzowa!

Z Oranienburga wypływamy o 10, mając przed sobą 57 km do macierzystej przystani naszej barki w Neuruppin. Po przejściu śluzy Pinnower poczuliśmy pierwsze oznaki burzowych podmuchów i ujrzeliśmy siniejące przed nami niebo, co pokrywało się z prognozami zwiastującymi definitywną zmianę pogody. Na szczęście mieliśmy przed sobą widzianą wcześniej, ale też zaznaczoną na mapie wygodną przystań miejską. Miejsce sąsiadujące z pałacowymi ogrodami, w odległości ok 500 metrów od Scholsshafen, skąd wystartowaliśmy 2 godziny wcześniej, przebywając zaledwie 13 km. Zrobiliśmy trasę przypominającą agrafkę, stąd znalezienie się niemal w tym samym miejscu. Ledwie się przywiązaliśmy do kei, solidnie dmuchnęło i po chwili potoki wody z liśćmi z pobliskich drzew spadły na naszą łajbę. Nawałnica trwała kilkadziesiąt minut, o dalszym pływaniu nikt z nas nie chciał już myśleć, tym bardziej, że jedna z załogantek ogłosiła swoje urodziny. To był argument do rozpoczęcia uroczystości, wcześniej oczywiście przygotowanej przez załogę w ścisłej tajemnicy przed naszą Jubilatką.

Kolejny dzień był ostatnim przeznaczonym na pływanie, ze względu na konieczność oddania statku nazajutrz o 9 rano. Ruszyliśmy więc w trasę już przed 8, niepokojąc się o skutki nawałnicy, zwłaszcza w wąskich kanałach, obsadzonych wysokimi drzewami. No i nie pomyliliśmy się, gdyż tuż za pierwszą śluzą Tiergarten zauważyliśmy w oddali leżące drzewo w poprzek kanału. Cudem udało nam się je ominąć, dlatego też z niepokojem wypatrywaliśmy kolejnych przeszkód. Na drugiej śluzie Hohenbruch dowiedzieliśmy się o spustoszeniu, jakie zrobił wczorajszy huragan na szosach i pobliskiej autostradzie. Śluzowy nieomal nie stracił swojego auta pod upadającym obok jego domu drzewem.
Mieliśmy jednak szczęście, gdyż dalszy odcinek trasy wolny był od pływających przeszkód. Po 44 km i niemal 6 godzinach pływania dotarliśmy do „naszego” Yachtcharter Neuruppin, kończąc szczęśliwie rejs, ku wielkiej uciesze i chyba uldze Franka, że nic złego nam się nie wydarzyło.
I tu spotkał nas miły akcent. Frank zakomunikował nam, że jutro nie musimy się śpieszyć z pakowaniem i zdawaniem łódki, gdyż kolejni użytkownicy naszego okrętu będą dopiero za kilka dni. A zatem luz! Pomimo niezbyt pięknej pogody, postanowiliśmy pożegnać się z miejscem i gospodarzem przy grillu, korzystając z bardzo przyzwoitej infrastruktury portu do organizacji biesiad. Nie będę rozwijał szczegółów naszej pożegnalnej imprezy, aby nie demoralizować ewentualnych młodych czytelników mojej relacji. Było smacznie, śmiesznie, rozrywkowo, ale zapewniam, że grzecznie!

Łódkę zdaliśmy przed południem, regulując również nasze należności za sprzątanie, paliwo i parking naszych 2 aut. Tuż po dwunastej rozpoczęliśmy naszą drogę powrotną do domu.
Łącznie przepłynęliśmy 196 km, co zajęło nam 24 godziny samego pływania. 14 śluz pokonaliśmy w 7,5 godziny, czyli średnio ok. 35 min na 1 śluzę. Dokładniejszy opis trasy i czasów pokonywania każdego z etapów zawiera poniższa tabela.

Podsumowanie:

  1. Trasa godna polecenia, niezbyt obciążająca czasowo, piękne widoki, bliskość przyrody, spokój, cisza, nieduży ruch, co prawdopodobnie tłumaczy termin przedwakacyjny. Zastanawiający niewielki ruch „zawodowców”, na kanale Odra – Havel widzieliśmy tylko 3 polskie zestawy towarowych barek i 2 niemieckie.
  2. Pływaliśmy w otoczeniu Niemców, głównie w seniorskiej grupie wiekowej. Czasami nawet czuliśmy się młodzieżą (!), obserwując manewry podczas śluzowania, których wykonawczyniami były w większości panie w podeszłym wieku, przytrzymujące łodzie do ścian śluzy, podczas gdy ich partnerzy siedzieli przy sterach, nie mając siły lub wystarczającej sprawności do pomagania.
  3. Kultura pływania – wydaje się, że ci ludzie mają to w genach. Żadnych pośpiesznych manewrów, niepokoju, nerwów, wszystko w oparciu o ogromną życzliwość, często wzajemną pomoc. To zupełnie inny klimat niż na jeziorach mazurskich lub odrzańskich szlakach, zwłaszcza blisko przystani, gdzie nie raz obserwowałem zakazane przecież przepisami popisy pseudo-sportowców na szybkich motorówkach.
  4. Porządek w marinach i innych miejscach przeznaczonych do cumowania. Toalety i prysznice dostępne w tych miejscach, mimo samoobsługowego trybu czyste, zadbane, pachnące. Wszystko to, oparte na wysokiej kulturze użytkowników, świadomości oraz dbałości o powierzone mienie. Brzegi rzek i kanałów wolne od zanieczyszczeń, wykoszone zielsko, brak wszechobecnych w naszych rzekach odpadów z plastiku, szkła.
  5. Koszt rejsu – czarter z kosztami paliwa, pościelą w 4 kajutach i gazem zasilającym kuchenkę oraz lodówkę podczas płynięcia i postoju bez prądu 230 V, łącznie z parkingiem dla 2 aut – ok. 300 Euro na 1 osobę, czyli w granicach 1.200 zł.
    Porównując ten koszt do kosztów poniesionych w roku ubiegłym na Mazurach, doszliśmy do wniosku, że to dużo korzystniejszy wariant. Bo wówczas dostaliśmy łódź z uboższym wyposażeniem, uszkodzonym sterem strumieniowym, bez wycieraczki przedniej szyby, z zacinającą się windą kotwiczną, z niekompletnym bimini, brudnymi zasłonkami, tapicerką i dywanikami. W dodatku z niemal pełnym zbiornikiem fekaliów i pustym bakiem.
    W tym przypadku łódka była wymuskana, kompletna, wyposażona w gaz (2 pełne, duże butle), pełny zbiornik wody i pełny bak paliwa. Dzięki dobrej infrastrukturze w miejscach cumowania udało nam się przywieźć prawie pusty zbiornik na nieczystości.
  6. Nietrudno zauważyć, że relacja niniejsza skupia uwagę piszącego na merytorycznych aspektach samego pływania. Śladowo wspominam o załodze, a ta jest dominującą wartością całego przedsięwzięcia. Bo parafrazując utarty slogan „nieważne jest na czym się pływa, ważne z kim!”. To dla przemiłej naszej kompanii, „starych” przyjaciół, zorganizowaliśmy już 2 rejsy (planując kolejne), aby wspólnie cieszyć się – przede wszystkim – byciem ze sobą, ale i pływaniem. Już dwa razy spędziliśmy tygodniowe okresy na łódce, w żadnym nie było jakikolwiek konfliktów, choćby drobnych nieporozumień. Wszystko to zawdzięczamy wspólnym celom, dobremu przygotowaniu do rejsu, zarówno pod względem logistycznym, jak i wspólnej realizacji naszych potrzeb. Jest to możliwe, ale pod pewnymi warunkami, które powinny być wzięte pod uwagę przez wszystkich tych, którzy planują rejsy grupowe, w których koniecznością jest spędzenie 24 godzin w gronie kilku osób, spoza rodzinnego kręgu, na niewielkiej przestrzeni, pozbawionej wygód dostępnych tylko w warunkach domowych. Poniżej pozwolę sobie zamieścić kilka sugestii, aby uniknąć kłopotliwych sytuacji i niepokojów:
    • „Zabierzmy ze sobą” tylko wycinek niezbędnych naszych domowych sprzętów i gadżetów i odzieży pamiętając, że ograniczona przestrzeń łódki i jej wyposażenie odbiegają diametralnie od naszej codzienności, nigdy też nie będziemy mieli szans na pełny, domowy komfort.
    • Pamiętajmy o tym, że jesteśmy tylko częścią załogi, która oczekuje pełnej współpracy i „kompatybilności”. Nie narzucajmy wszystkim pozostałym osobom naszej odmienności, nie zamykajmy się w skorupie swoich przyzwyczajeń, zachowań i natręctw.
    • Wspólnota podczas rejsu polega na zespołowym realizowaniu zadań – posiłki, manewry, sprzątanie, klarowanie sprzętu, ewentualne zakupy, załatwianie formalności w marinach, itd. Staranność o aktywne uczestnictwo w tym programie zadań powinna wynikać z potrzeby i inicjatywy każdego uczestnika. Ich brak prowadzi do chaosu lub konieczności wydawania poleceń przez lidera, co nie zawsze sprzyja zachowaniu poprawnej atmosfery.
    • Pamiętać też musimy o zaplanowanym, dobowym harmonogramie rejsu. O ile w planie mamy wspólne posiłki, czas rozpoczęcia kolejnego etapu rejsu, czasami musimy zrezygnować ze swojego, indywidualnego trybu potrzeb, aby nie zakłócić przebiegu zaplanowanych działań. Pewnie dobrym przykładem będzie zbyt wczesne wstawanie lub przedłużające się spanie. W pierwszym przypadku oznacza to zbyteczną pobudkę dla wszystkich, w drugim czekanie na śpiocha. Podobnie z opuszczeniem łódki podczas dnia, wycieczki, zakupów, itp. Liczmy się z ustaleniami, nie przeciągajmy naszych indywidualnych potrzeb, aby nie komplikować zadań pozostałym.

Moje sugestie powinny być osnową do przeprowadzenia rachunku sumienia po każdym odbytym rejsie. Ja swój zrobiłem pisząc powyższe. Już po raz drugi zabrałem ze sobą zbyt wiele ani razu nie wykorzystanych gadżetów i elementów garderoby, pomimo staranności przy ich wstępnej segregacji podczas pakowania. Niepotrzebnie też próbowałem narzucać reszcie mój gust muzyczny, forsując zbiorowe słuchanie jazzu, wiedząc przecież dobrze, że nie jest to bajka pozostałych moich przyjaciół. Pewnie powinienem opisać inne moje zachowania, nieprzystające do grupy, jednak ograniczę się na tych pierwszych, aby nie pogłębiać swojej frustracji i wstydu. Ważne, aby wyciągać wnioski na przyszłość. Myślę, że wszyscy uczestnicy grupowego pływania powinni przeprowadzać podobne analizy, aby do kolejnych rejsów przystępować z czystym kontem, jasnymi i klarownymi intencjami, ograniczonymi potrzebami, przede wszystkim zaś z nastawieniem na tygodniowe (lub dłuższe) przebywanie we wspólnocie. I tego życzę wszystkim wodniakom, niezależnie od miejsca pływania, wielkości okrętu, jego wyposażenia i liczebności załogi.

Comments are closed.