Turystyka wodna

Kolejne otwarcie Wrocławia na Odrę – rejs Oława – Wrocław – Oława – 17 lipca 2016 r.

Celem rejsu był rekonesans w zakresie obiektów przy nabrzeżu Odry, udostępnionych Wrocławianom w ostatnim roku.

Pierwszą niespodzianką był niewielki bar usytuowany niedaleko kładki prowadzącej do ZOO. Niewielki pomost, leżaki, bar, cóż więcej trzeba?

plaża pod kładką

Kilkaset metrów dalej, również na prawym brzegu Odry, tuż przy jazie Szczytniki, dużo większy teren rekreacyjny, z bogatszą infrastrukturą. Raj dla dzieci i dorosłych, pragnących odpoczynku nad wodą.

plaża przy ZOO

Płynąc dalej, na prawym brzegu widzimy dość prymitywną przystań policji wodnej, potem widok na cypel oddzielający rzekę od kanału prowadzącego do śluzy Szczytniki,  a dalej imponujące nabrzeże, prowadzące niemal od śluzy Szczytniki do samego Mostu Grunwaldzkiego. Początek to historia żeglugi z zabytkowymi jednostkami żeglugi śródlądowej, potem navrzeże z licznymi pomostami dla wodniaków, miejscami postoju większych jednostek, boiskami do siatkówki i badmintona, miejscami do opalania, ławkami i pięknymi lampami oświetleniowymi. Chyba najbardziej reprezentacyjne miejsce nad Odrą, z dodatkową atrakcją w postaci kolejki gondolowej, stanowiącej powietrzną przeprawę na drugą stronę rzeki.

Przepiękne nabrzeże – Bulwar Dunikowskiego. Zapełniony turystami i lokalsami, wybierającymi ów miejsce do odpoczynku nad piękną Odrą, z widokiem na zabytki Ostrowa Tumskiego.

Wreszcie długie nabrzeże przy UW, z dwoma długimi pomostami. Ciekawostką są zamknięte bramki, prowadzące z pomostów na brzeg. Czyżby to była przeszkoda, utrudniająca wodniakom korzystanie z przystani?

Po ponownym pokonaniu Śluzy Opatowickiej, wpłynęliśmy na kanał Odry, prowadzący do Śluzy Zacisze. W połowie długości, zacumowaliśmy przy bardzo skromnym i zaniedbanym pomoście, będącym prawdopodobnie własnością restauracji “Wratislawia”. Wybraliśmy to miejsce, aby zjeść obiad, choć to, co nam zaserwowano, przypominało bardziej resztki po większej i dawno zakończonej imprezie. Mały wstyd, mandat za niedbałość o popołudniowych, niedzielnych gości.

Wratislawia

Wracając do Oławy, jeszcze w kanale, tuż przed śluzą w Bartoszowicach, widzimy po swojej lewej stronie dwa okazałe, lecz puste pomosty, będące ozdobą i “wartością dodaną” rozrastającego się osiedla Port Olimpia, dość dużej inwestycji deweloperskiej, oferującej nowoczesne mieszkania.

Olipia Port

Wracaliśmy do Oławy kolejne 4 i pół godziny, zawijając do portu przy światłach. Rejs zakończyliśmy o 22:00. To najpóźniejsza godzina zakończenia rejsu w naszej krótkiej żeglugowej historii SKI&ROLL.

 

Zapis rejsu Oława – Ostrów Tumski (Wrocław) – Oława – 30 sierpnia 2015 r.

Rozmawiając z wieloma osobami, które podobnie jak ja, rozpoczynają zbieranie doświadczeń w zakresie organizowania pierwszych swoich rejsów po Odrze, trafiam na przypadki niezbyt  wystarczającej wiedzy lub braku źródeł do opracowania planu dłuższego rejsu, uwzględniającego przeprawę przez śluzy, różnice pomiędzy efektywnością płynięcia w górę rzeki lub w dół, itp. Czasami również zderzam się z przypadkami niepełnej wyobraźni. Z tego powodu, na podstawie naszych pierwszych doświadczeń, pragnę podzielić się metodą, która sprawdziła się już dwukrotnie. Stworzyliśmy ją, pragnę podkreślić – jako absolutni amatorzy i nowicjusze, planując nasze dwa pierwsze rejsy: z Mariny Oława (w której rezydujemy) do Rędzina oraz niedawny rejs do Ostrowa Tumskiego. Podstawą naszego planu była dość precyzyjna mapa drogi wodnej począwszy od Gliwic, poprzez kanał Gliwicki do Kędzierzyna-Koźla, dalej rzekę Odrę do jej odcinka kończącego się w Urazie. Zawarte w niej informacje, wraz z tymi, które dotyczą poszczególnych śluz (m.in. Wikipedia, strony RZGW), uzupełnione prawie dwumiesięczną praktyką żegowania pomiędzy Brzegiem a Ratowicami, pozwoliły nam na opracowanie metody precyzyjnego planowania poszczególnych etapów podróży, z uwzględnieniem prędkości, czasu przepraw śluzowych, ilości potrzebnego paliwa wraz z możliwością określenia przybliżonego preliminarza kosztów planowanego przedsięwzięcia. Te wszystkie parametry zestawiliśmy z możliwościami naszej jednostki, co już dwukrotnie mogliśmy zweryfikować w praktyce.

Mam nadzieję, że zaprezentowana poniżej metoda jest dość czytelna i może posłużyć wszystkim tym, którzy planując swoje pierwsze i dalsze wodne wyprawy, nie ograniczą się do „spontana”, mogącego się okazać dość ryzykowną zabawą (przymusowy postój lub powrót w ciemnościach, brak paliwa, jedzenia lub wody, itp.).

rejs Oława - Ostrów Tumski

Zaprezentowane w powyższej tabeli dane uwzględniają rzeczywiste parametry rejsu, już po jego realizacji. Weryfikacja wcześniej stworzonego planu nie wykazała znacznych błędów, jednakże uznaliśmy, że największą niewiadomą jest ten fragment planu, który dotyczy przeprawy przez śluzy. Pewnie nie jest to odkrycie Ameryki i może narazić nas na śmieszność w oczach zawodowców, nie mniej zawsze trzeba przewidzieć utrudnienia, aby w porę wylądować w miejscu docelowym. Konkretnym przykładem może być sytuacja w której znaleźliśmy się w opatowickiej śluzie. Rozpoczęcie powrotu z Wrocławia zaplanowaliśmy na godzinę 13:00, w związku z tym próbowaliśmy ustalić śluzowanie w górę na 13:30. Operator śluzy uznał, że jest to raczej niemożliwe i zaproponował nam godzinę 14:30. Jaki był powód tego przesunięcia? Wspólna i zapewne uciążliwa dla operatorów obsada 2 sąsiadujących ze sobą śluz, w Bartoszowicach i Opatowicach. Nie drążyłem tego tematu, czy jest to stała praktyka czy skutek wyjątkowości niedzieli, gdzie obsada śluz jest zredukowana. Moim zdaniem, ruch jednostek rekreacyjnych w niedzielę był bardziej intensywny niż w dni powszednie, bo przecież zawodowców już prawie nie widać, a statki białej floty nie kursują regularnie w górę Odry, w kierunku Oławy. Pływając na Odrze od początku lipca, tylko raz widziałem jednostkę pasażerską “OŁAWA”, co uznałem jako niezwykły wyjątek. Nie szukam tu problemu, ograniczając się jedynie do podania konkretnego przykładu czasowej obsuwy.
Zwrócę uwagę na jeszcze jeden szczegół. Otóż prawie niezauważalne są różnice prędkości pomiędzy jazdą w dół i górę. Być może wynika to z tego, że Odra jest regulowana i nurt nie jest szczególnie wartki. Nasza jednostka wyposażona w 40-konny silnik stacjonarny (Lombardini diesel), przy jeździe w dół, pracując na poziomie 2.200 obrotów utrzymywała średnią prędkość 11 km/h. Zaś w górę rzeki przy podobnych obrotach prędkość była tylko o 1 km/h mniejsza, to tyle co nic, biorąc pod uwagę dość krótkie odcinki pomiędzy śluzami (najdłuższy 12 km pomiędzy Ratowicami a Oławą).

Reasumując pragnę stwierdzić, że nie zadałem sobie absolutnie żadnego trudu, aby zapoznać się z literaturą fachową, z którą zapewne mieli do czynienia słuchacze szkół żeglugowych, ucząc się planowania rejsów. Jednakże moje doświadczenie życiowe, intuicja i wyobraźnia pozwoliły na wypracowanie całkiem przydatnej metody, której stosowanie gorąco polecam.

Marek Stasiak

_______________________________________________________________________________________________

Rewanż?

Cofnijmy się o 29 lat. Do pogodnej niedzieli, w połowie sierpnia 1986 roku. Wpadłem na pomysł, by wraz z moim synkiem, wówczas 6-letnim Maciusiem, udać się na wycieczkę rowerową, której celem było przejechanie 22 mostów w centrum Wrocławia. Wyszykowaliśmy nasze rowery, nowy BMX Maćka oraz mojego wysłużonego „flaminga”, żółtego składaka, dzięki któremu udało mi się rozwiązywać wiele problemów komunikacyjnych, zanim stałem się szczęśliwym posiadaczem pierwszego malucha.
Rozpoczęliśmy od domu, z ulicy Norwida, skąd do południowej części miasta przejechaliśmy najpierw Most Szczytnicki, potem Zwierzyniecki, następnie Most Swojczycki, kierując się dalej wzdłuż kanałów Odry, prosto na Mosty Jagiellońskie. Stamtąd dojechaliśmy do centrum miasta, konsekwentnie zaliczając kolejne cele. Nie śpiesząc się, odpoczywając przy każdej okazji, opróżniając systematycznie smakowite kanapki i napoje przygotowane przez Olę (moją żonę i mamę Maćka), zrealizowaliśmy w 100 procentach nasz projekt, z czego byliśmy obaj bardzo dumni i zarazem mocno zmęczeni, zasypiając niemal na stojąco. Dużo czasu traciliśmy na oglądanie przepływających barek, najwięcej zaś podczas śluzowania, zwłaszcza w Śluzie Zacisze. Cóż tam był za ruch! Podobnie w Śluzie Szczytniki, tyle że z udziałem statków białej floty. Rusałka? Chyba tak nazywał się jeden ze statków, z którym spotkaliśmy się w tym dniu dwa razy, najpierw w kanale Odry na wysokości II LO, potem gdzieś pomiędzy mostami: Grunwaldzkim i Pokoju.

Dziś, po latach doczekałem się rewanżu. Parę dni temu Maciek zaprosił mnie na podobną wycieczkę, tyle że dla odmiany zaplanował pokonanie mostów „od dołu”. Chętnie się na to zgodziłem, gdyż od dawna zamierzałem popływać po Odrze, zwłaszcza w obrębie samego miasta, co jednak w obecnej chwili jest nieco utrudnione wobec trwających prac przy modernizacji niektórych jej odcinków.
Mieliśmy do wyboru dwie jednostki: Weekend 820 – 8-metrowy jacht motorowy z 40-konnym silnikiem stacjonarnym oraz o połowę krótszą łódź motorową Odeon, z benzynowym silnikiem zaburtowym o podobnej mocy. Ponieważ plan przewidywał pokonanie sporego dystansu, pomiędzy Oławą a Rędzinem, wybraliśmy wersję „szybką”, decydując się na Odeona. Plan przewidywał pokonanie 6 śluz, tylko w jedną stronę rzeki i dystansu około 45 km. Powrót miał nastąpić w tym samym dniu, gdyż dystans i ilość śluz podwojone naszym powrotem wymagały dużo większych prędkości, czego nie oferował nam poczciwy, spacerowy Weekend.

fot.1 - Odeon

fot.1 – Odeon

Rozpoczęliśmy o 10 rano, udając się wprost z naszej Mariny Oława do Śluzy Oława II ( 215 km Odry). Sprawna przeprawa przez śluzę otworzyła przed nami przepiękny, 12-kilometrowy odcinek Odry, prowadzący nas wprost do Śluzy Ratowice (228 km). Zgłaszając telefonicznie zamiar jej pokonania, ujrzeliśmy z dala otwarte wrota, mijając z prawej strony okazałe wieże Jazu Ratowice. Opuszczenie naszej motorówki do dolnego poziomu rzeki odbyło się błyskawicznie, cała operacja trwała niespełna 10 minut. Ruszyliśmy w dalszą drogę, mając po lewej stronie wieżę widokową nieopodal Kotowic, by za chwilę znaleźć się w zmodernizowanej Śluzie Janowice (233 km).

fot.2 - Śluza Janowice

fot.2 – Śluza Janowice

Ta z kolei, z nowymi potrójnymi wrotami i gładkimi ścianami, sprawiła wrażenie, że operacja śluzowania była dużo przyjemniejsza i łatwiejsza, niż w dwóch poprzednich obiektach. Dalsza droga wiodła do Bartoszowic., pod kilkoma starymi i żelaznami mostami łączącymi brzegi kanału Odry w okolicach Gajkowa, Kamieńca i Łan. Wreszcie przepłynęliśmy pod nową przeprawą drogową pomiędzy Siechnicą a Wojnowem (obwodnica wschodnia Wrocławia), po czym znaleźliśmy się na rozwidleniu szlaków wodnych: w lewo do Śluzy Opatowice, w prawo zaś do Śluzy Bartoszowice (245 km), będącej naszym kolejnym celem. Tu mały zawód, związany trochę z „powrotem do przeszłości”. Nie najlepiej wyglądające urządzenia śluzy, poniszczone polery w ścianach śluzy i niezbyt szczelne wrota górne diametralnie zmieniły nasz nastrój, zwłaszcza po miłych doświadczeniach sprzed kilkunastu minut. Pomimo tego udało nam się opuścić śluzę bez przykrych niespodzianek, by ponownie znaleźć się na szlaku wodnym, tym razem w okolicach Sępolna, Stadionu Olimpijskiego i Zacisza. W połowie kanału zobaczyliśmy nowo budowane osiedle Olimpia Port, z pięknymi pomostami, niestety przez nikogo nie używanymi. Wcześniej, na prawym brzegu dwie zespolone barki i jakaś większa jednostka przycumowane do brzegu. Wygląda to na przygotowywaną przystań, widoczne są też logotypy wrocławskiego dewelopera – firmy Archicom. Czyżby firma ta tworzyła nowe miejsce dla wodniaków?

fot.3 - nowa przystań Archicomu?

fot.3 – nowa przystań Archicomu?

Przepływamy pod Mostem Chrobrego, mijając popularną spirytusownię i pomost vis a vis restauracji Bractwo Krakusa. Za chwilę kolejne zabudowania przemysłowe i na końcu tego odcinka kanału, na prawym jego brzegu basen dawnej stoczni rzecznej i Śluza Zacisze (5 km kanału nawigacyjno-żeglugowego). Tu też czuć przemijanie czasu, widzimy ściany śluzy przeorane setkami burt barek i pchaczy, podziwianych przez nas w trakcie poprzedniej, rowerowej eskapady. Dzisiaj jesteśmy sami, żadnej kolejki, żadnej konkurencji, żadnych współuczestników pływania, przynajmniej do tego miejsca. Pustka i …my.

Sprawne śluzowanie staje się normą, pomimo niedużych gabarytów naszej jednostki, podatnej na falowanie i wirowanie wody. Opuszczanie łódki odbywa się w spokoju, pilnujemy aby nie oddalać się zbytnio od ścian śluzy, ani też nie obijać się o nie. Asekurujemy się cumą i malutkim bosakiem, to wystarcza do zachowania pełnego bezpieczeństwa. Żadnej większej komplikacji! Po kilkunastu minutach płyniemy dalej, prosto pod Mosty Warszawskie, wiadukt kolejowy i mosty: Trzebnicki i Osobowicki. Na górze tworzące się korki, zaś na dole sielski spokój, liczne ptaki wodne: czaple, łabędzie i wszędzie obecne mewy. Na brzegach plażujący ludzie, wędkarze, spacerowicze. Po lewej stronie świadectwo przemysłu browarniczego, zabudowania magazynów i starych spichlerzy, po prawej stare budynki Karłowic i wysokie domy Różanki. Znamy to wszystko z perspektywy auta, bo w końcu setki razy przemierzamy wrocławskie ulice i mosty, teraz mamy nowe doświadczenie, pierwszy raz widząc tę część miasta, z perspektywy Odry. Ogromne wrażenie i radość z poczucia wolności, jaką nam daje całkiem pusta rzeka.
Kolej na Śluzę Różanka (9 km kanału), niedawno wyremontowaną, ze ścianami wyłożonymi cegłą. Kilka tygodni temu w portalu żeglugi śródlądowej (http://www.zegluga.wroclaw.pl/news.php?readmore=2099)
przeczytałem kilka krytycznych ocen na temat jakości przeprowadzonych tam prac. Zgadzam się z nimi w pełni, tymbardziej widząc niezbyt racjonalne rozmieszczenie polerów we wnękach ścian śluzy. Nie są one rozmieszczone liniowo w układzie pionowym, w związku z czym na mniejszej jednostce pozostaje tylko jeden sposób – trzymanie drabinki podczas zjazdu łódki w dół. Ci, którzy już tam byli wiedzą o co chodzi, nowicjuszy przestrzegam zawczasu. Może inaczej to wygląda na barkach i większych jednostkach. Pamiętać jednak należy, że ze śluz korzystać powinni inni użytkownicy, używając mniejszych, rekreacyjnych jednostek. Wspomnę jeszcze o ścianach śluzy, gdzie brak jest śladów kunsztu murarskiego, cegły ułożone zostały przez badziewiarzy, nierówno, bez zachowania tzw. lica. Widoczne są spękania i ubytki, aż strach pomyśleć, co będzie za 10 lat.
Wypływamy teraz na szerokie wody Odry, mając przed sobą piękny Most Poznański, wcześniej po lewej stronie Port Miejski z wysoką hałdą węgla lub koksu
i liczne dźwigi portowe. Ciekawe, co teraz tam się dzieje wobec tej bardzo odczuwalnej pustki na Odrze? Co tam przeładowują, jakie towary składują?

fot.4 - port miejski

fot.4 – port miejski

Docieramy do Mostu Milenijnego, mijając po prawej stronie Osobowice, na końcu widząc dawny Dom Marynarza, obecnie piękną i nowoczesną drukarnię KEA. Dalej widoczny jest poligon wojskowy z pływającymi jednostkami do rzecznych przepraw oraz szkolących się żołnierzy …uwaga, obu płci! To znak nowych czasów w naszej armii.
Mijamy obszerny i pusty basen stanowiący zimowisko barek, po lewej stronie zatoka z przystanią Fundacji Hobbit (to wiemy z mapy) ze stromymi murowanymi ścianami i w oddali wyłania się Most Rędziński, ze swoimi wysoko uniesionymi białymi „skrzydłami”, niczym Anioł-Stróż strzegący celu naszego rejsu – Śluzę i Jaz Rędziński (261 km). Imponujący widok, sprawiający wielokrotnie większe wrażenie niż z perspektywy samej obwodnicy S8.

fot.5 - cel naszej wyprawy - Most Rędziński

fot.5 – cel naszej wyprawy – Most Rędziński

Docieramy w pobliże remontowanej śluzy po prawej stronie awanportu górnego, na której krzątają się robotnicy. Jest godzina 14, pora opróżnić kolejny plecaczek z kanapkami, również przygotowanymi przez troskliwą mamę Maćka. Jak widać historia się powtarza, z zachowaniem tych samych stereotypów, co przed laty. Czas na zatankowanie zbiornika z paliwem. Niestety z kanistra, bo stacji paliwowych na Odrze brak. Uważamy bardzo, żeby ani jedna kropelka nie dostała się do rzeki.

Droga powrotna musi być ta sama, gdyż osiągnięcie Odry Górnej i śluzy Mieszczańskiej od strony Osobowic jest dziś nierealne. Trwa remont tej części Wrocławskiego Węzła Wodnego, dając już (podobno) w niedalekiej perspektywie dużo więcej możliwości żeglowania. Wtedy będziemy mogli planować dużo bardziej malownicze trasy, wiodące do ścisłego centrum miasta. Wprawdzie jest to dostępne teraz, lecz tylko od strony Opatowic, jednak dziś, kierując się koniecznością powrotu do Oławy, musimy płynąć przetartym już przez nas do południa szlakiem.
Tu czeka nas parę niespodzianek. Pierwsza nieopodal, tuż przed Śluzą Różanka. Widzimy, jak wypływa z niej wrocławska jednostka pasażerska „
ARKA.

fot.6 - Arka za Śluzą Różanka

fot.6 – Arka za Śluzą Różanka

Spotkanie z tym uroczym stateczkiem sprawia nam ogromną radość, przerywając naszą wodniacką samotność. Miły nastrój kończy się jednak po wpłynięciu do śluzy. Okazało się, że niespodziewanie puszczono na nas dość gwałtownie wielką wodę, sprawiając poczucie wpłynięcia wprost pod Niagarę.

fot.7 - kipiel w Różance, prawie Niagara

fot.7 – kipiel w Różance, prawie Niagara

Maciek próbował to tłumaczyć technicznymi przyczynami tkwiącymi w niestandardowym rozwiązaniu górnych wrót śluzy, podnoszonych teraz do góry. Stąd według niego ogromna masa wody szybko wypełniająca komorę śluzy, spowodowała tę kipiel. Ja mam na to inną teorię: młodzi operatorzy rozpoczynający przed chwilą popołudniową zmianę testowali naszą cierpliwość i umiejętności, mając przy tym ogromną frajdę. My się zabawiamy, a oni ciężko pracują – gdzie tu sprawiedliwość? Trzeba to skompensować! Dla jaj. Udaje się, bo mamy pełne portki strachu o łódkę i jej burty, gdyż niezwykle trudno było ją utrzymać w miejscu.
To nie powinno się zdarzyć, a jednak czuliśmy wielkie zagrożenie. Wszyscy pamiętamy – pomimo upływu czasu – tragiczny wypadek w centrum miasta, podczas śluzowania grupy kajakarzy. Czy nikt nie wyciąga wniosków?

Kolejna i ostatnia niespodzianka spotkała nas w dolnym awanporcie Śluzy Bartoszowice, z której wyłonił się bardzo długi zestaw: pchacz i dwie barki załadowane piachem ze zbiornika w Czernicy. Mijanka z tym zestawem była kolejną i ostatnią w tym rejsie okazją do wymiany uprzejmości z zawodowcami.

fot.8 - spotkany zestaw po wyjściu ze Śluzy Bartoszowice

fot.8 – spotkany zestaw po wyjściu ze Śluzy Bartoszowice

To niezwykle rzadka okazja, dowodząca, że Odra jest rzeką w pełni żeglowną, nawet w czasie tej dotkliwej dla wszystkich suszy. Czytamy i słyszymy komunikaty o rekordowo niskich stanach wody w Wiśle, Warcie, na Bugu, w dolnym biegu Odry. Tu zaś sytuacja jest normalna, aż trudno w to uwierzyć.
Do Mariny w Oławie docieramy po godzinie 18, ciesząc się z podjętej decyzji o nie rozszerzaniu zakresu rejsu o śródmieście Wrocławia, co zabrałoby nam kolejne 2-3 godziny, o ile zdecydowalibyśmy się po Śluzie Bartoszowice skręcić w prawo, wprost do Śluzy Opatowice. Wówczas wrócilibyśmy po 21, czyli po 12 godzinach pływania.

Podsumujmy nasz rejs, nawiązując do wycieczki rowerowej, o której wspomniałem na początku mojej relacji. Przepłynęliśmy pod 17 mostami, przechodząc 6 śluz, oczywiście płynąc tylko w jedną stronę. Łącznie przepłynęliśmy 90 kilometrów. Zajęło nam to 10 godzin. Średni czas śluzowania wyniósł 13,5 min., tylko 2 razy czekaliśmy na zielone światło, obserwując opuszczenie śluz przez wspomniane jednostki.
Rewanż mojego syna Maćka okazał się znakomity. Dostarczył mnóstwo emocji i przyjemności. Dał nam wiele informacji przydatnych do planowania kolejnych wodnych podróży. Pokazał w pełnej odsłonie infrastrukturę przebytego odcinka rzeki, jej obiekty i ludzi z jej obsługi. Poza tym jedynym niechlubnym wyjątkiem operatorów Śluzy Różanka (II zmiana!), pozostali to wspaniali, odpowiedzialni pracownicy, podchodzący do swoich obowiązków z pełnym zaangażowaniem. Wszyscy spieszyli z pomocą, zawiadamiając operatorów kolejnych śluz o naszym przybyciu i skrupulatnie rozliczając resztę z otrzymanej zapłaty za śluzowanie,.
Tu jeszcze dodatkowy komentarz: stawka za śluzowanie wynosi obecnie 7,24 zł do godziny 16:00 i 14,48 zł po 16:00. To żywy dowód braku wyobraźni tych, którzy ją ustanowili. Czy nie prościej byłoby zaokrąglić opłatę do pełnych kwot 10 i 15 zł? Za każdym razem, widząc operatora spieszącego w naszym kierunku z puszką pełną drobniaków, mam wrażenie, że ta zabawa „w grosze” ma tylko jeden cel: wypełnienie czasu pracy tych ludzi wobec braku zajęć przy obsłudze niewielkiego albo wręcz zerowego ruchu na szlaku wodnym. Ani my – użytkownicy śluz, ani ich operatorzy nie mamy szans na przygotowanie tylu drobnych, aby zrealizować zapłatę przebywając dłuższy dystans z kilkoma śluzami. W tym przypadku i my i oni musimy mieć puszki wypełnione drobnym bilonem. A może warto wrócić do skarbonek z okresu dziecięcego? Może gdzieś jeszcze są? Wyobrażacie sobie obcokrajowców korzystających z naszych wód: Niemców, Czechów czy Holendrów dających operatorowi skrupulatnie odliczone drobne? Ja nie ogarniam tego tematu bez dreszczy. Panowie z odpowiedniego ministerstwa! Może czas się stuknąć w stwardniałą, biurokratyczną czaszkę i pomyśleć bardziej racjonalnie? Wszak są nowe czasy, czasy otwartości na myślenie!

fot.0 - kibic naszej rzecznej wyprawy

fot.0 – kibic naszej rzecznej wyprawy

PS. Dziękuję Ci Synku za tę podróż!!! Już teraz myślę o moim kolejnym rewanżu, masz może jakieś pomysły? Czas wartko płynie, obyśmy zdążyli!

Marek Stasiak 25 sierpnia 2015

______________________________________________________________________________________________________

Powrót nad wodę po latach

Najpierw malutkie statki z kory sosnowej, potem kajaki w Parku Norweskim w Cieplicach, jeszcze później jeziora Komorze i Charzykowskie, już na nieco większych jednostkach i bardziej  samodzielnie. W kolejnych latach praca instruktorska z młodzieżą akademicką na akwenie Jeziora Górskiego (żeglarstwo i windsurfing), kolejne rejsy, tyle że już mazurskie i … wreszcie bardzo długa przerwa związana z gruntownie przekonfigurowanym życiem zawodowymi.
Teraz, zbliżając się do wieku emerytalnego, postanowiłem wrócić do pływania, ale już zupełnie innego.

Podczas zupełnie przypadkowego, ubiegłorocznego pobytu na Mazurach, po 37-letniej przerwie w pływaniu, dojrzałem z naszego jachtu wreszcie to, co zawsze było dla mnie obce i nieosiągalne. Zwróciłem uwagę na obecność na wodzie i w przystaniach licznych i często nowoczesnych jednostek poruszanych motorem, bez masztów i żagli, dla odmiany wyposażonych w odrobinę wygody,  zapewniając tym samym dość komfortowe życie na wodzie, w towarzystwie ludzi o podobnych zainteresowaniach.
Wiadome jest to, że życie przynosi nam wiele niespodzianek, przekonujemy się o tym na każdym kroku. I tym razem, jesienią 2014 roku,  moje nowo wyhodowane na Mazurach marzenie o powrocie do pływania zostało nieoczekiwanie „przekute” w  fakt  – bo już w październiku  staliśmy się szczęśliwymi dysponentami jachtu motorowego „Weekend 820”. Jak do tego doszło? W tym miejscu to najmniej ważna rzecz, nie mniej jednak z pewnością jest to temat na dłuższą opowieść.
Fakt posiadania łódki zobowiązał nas, mnie i syna do poważnego zajęcia się zdobyciem kwalifikacji niezbędnych do bezpiecznego, amatorskiego pływania. Przede wszystkim potrzebna była porządna i szybka ścieżka edukacyjna, uzupełniająca wcześniej nabyte doświadczenie żeglarskie, rozszerzająca nasze umiejętności i ukierunkowana na poruszanie się po rzekach, kanałach, jak również uwzględniająca wszelakie manewry w portach rzecznych, odmiennych od tych na jeziorach, z którymi już zdążyliśmy się oswoić wcześniej, również wymagającymi odświeżenia.  Oczywistą dla nas stała się również potrzeba uzyskania uprawnień, przede wszystkim  motorowodnych, ale nie tylko. Założyliśmy, że konieczne będzie uzyskanie certyfikatu operatora radia VHF, planując w przyszłości rejsy po zachodniej stronie naszej granicy.
Intensywne poszukiwanie instytucji szkoleniowych i kompetentnych osób nie było dużym problemem, dość szybko uporaliśmy się z procedurami uzyskiwania stosownych patentów. Równocześnie uruchomiliśmy procedurę przerejestrowania naszego statku. Na koniec pozostała kwestia organizacji transportu lądowego naszej jednostki – w tym obszarze również zaistniała potrzeba zmiany, na początek mojego prawa jazdy, wymagającego uzupełnienia o dodatkową literkę „E” (uprawnienie do holowanie przyczep powyżej 750 kg). Podobnie jak poprzednie, i ten temat został zrealizowany w ekspresowym tempie, bo po niecałych 3 tygodniach zdałem egzamin, uzyskując uprawnienia „B+E”.
Wszystko to zbiegło się w jednym czasie, bo w już na początek grudnia, po niespełna 3 miesiącach od zaistnienia „faktu”, zebraliśmy komplet dokumentów i – co ważne – solidny zakres nowych doświadczeń podbudowanych teorią.
Pozostał nam okres 4 kolejnych miesięcy na przygotowanie jachtu do pływania, mały jego lifting, doposażenie w niezbędny sprzęt, na koniec przygotowanie stałego zimowiska. No i niecierpliwe czekanie na wiosnę, aby wyprowadzić statek z nowo postawionego hangaru, dojechać do portu przeprowadzić pierwsze wodowanie.

Odbyło się to dnia 26 kwietnia 2015 r., w słoneczną niedzielę, w Marinie Pod Czarnym Bocianem, niedaleko Nowego Miasta nad Wartą. Wybór Warty nie był przypadkowy. I to z kilku powodów.

Marina Pod Czarnym Bocianem

Marina Pod Czarnym Bocianem

Gościliśmy tam jeszcze we wrześniu ubiegłego roku, zaproszeni przez właściciela stoczni Eurotech –Jacht w Cielczy, który prezentował nam swój jacht motorowy „Albatros”.
Już podczas tego krótkiego pobytu,  w trakcie którego odbył się rejs na prezentowanym stateczku, zachwyciliśmy się nowo powstałą Mariną, jej pomostami, sanitariatami, wszędzie panującą czystością i wzorcowym porządkiem.  Budynek „Tawerny Czarny Bocian”, jej lśniące czystością pomieszczenia, zadbane ścieżki wokół niej, podjazdy, parking, trawniki i pozostałe urządzenia Mariny – pomosty, slip, dok, dopełniły nasze oczarowanie tym miejscem, powodując przeświadczenie, że warto zacząć naszą nową przygodę właśnie tam, gdzie profesjonalizm jest przeplatany niezwykłą przychylnością i uprzejmością w pełni wykwalifikowanego personelu, potrafiącego zadbać o wygodę i bezpieczeństwo swoich gości. Właściciel Mariny, Zbigniew Sudnik, dołożył wielkich starań, aby ta piękna przystań wraz z jej pełną i kompletną infrastrukturą mogła się stać perłą zdobiącą szlak Wielkiej Pętli Wielkopolskiej. Ta z kolei była następnym, mocnym argumentem przemawiającym za wyborem miejsca naszego motorowodnego debiutu. Gromadzone podczas zimy mapy, przewodniki i locje WPW miały nam posłużyć do realizacji pierwszej dalekiej podróży, naszego pierwszego rejsu, planowanego na przełom lipca i sierpnia. W planie był też dłuższy pobyt nad Jeziorem Gopło i opływanie wszystkich jego ciekawych zakamarków. Tymczasem czekały nas pierwsze krótsze rejsy szkoleniowe, przedtem zaś jednak długo oczekiwane wodowanie.

Jak już wspomniałem, dotarłem na miejsce wraz z łódką na przyczepie w niedzielny poranek, 26 kwietnia, zdziwiony brakiem jakichkolwiek trudności podczas podróży, pomimo prowadzenia bardzo długiego, bo 16-metrowego zestawu. Co prawda nie była to moja pierwsza jazda z takim ładunkiem, bo przecież wcześniej już przetransportowałem nasz statek ze stoczni w Nowym Tomyślu do domu, w tydzień po otrzymaniu nowego prawa jazdy, co miało miejsce tuż przed Bożym Narodzeniem. Odbyło się to jednak w asyście mojego syna Maćka, którego obecność dodawała mi pewności siebie. Teraz jechałem zupełnie sam. Maciek miał dojechać na miejsce wraz ze swoim przyjacielem Michałem, doświadczonym żeglarzem, mającym nas wesprzeć podczas slipowania i pierwszych chwil już na wodzie.
Spotkaliśmy się na stacji benzynowej, przy wjeździe do Nowego Miasta, gdzie zaplanowałem tankowanie paliwa. Jedna z dziewczyn pracujących na stacji zechciała mi asystować podczas wlewania paliwa do zbiornika łódki i tu miała miejsce dość śmieszna sytuacja.  Do pierwszych stu litrów ropy zachowywała się normalnie, ale kiedy licznik przekroczył liczbę 160, zaczęła się denerwować, pytając głośno, czy to już nie wystarczy i czy na pewno „się nie przeleje”. Po 200 litrach jej niepokój udzielił się mnie, więc na wszelki wypadek zrezygnowałem z dalszego wlewania. Okazało się później, że śmiało mogłem kontynuować, gdyż po włączeniu prądu w łódce i przekroczeniu kluczyka w stacyjce, ujrzałem wskazówkę na liczniku paliwa w pozycji lekko przekraczającej poziom połowy jego pojemności.
Prawdziwe nerwy zaczęły się nieco później, kiedy podjechałem pod slip. Okazało się, że wąski dojazd do niego, ograniczony betonowym fundamentem elektrycznej wyciągarki, stanowił poważne utrudnienie dla manewrów mojego auta, niemałego pick-upa marki Isusu D-Max. Za cholerę nie mogłem utrzymać prostoliniowego toru przyczepy na bardzo wąskiej i stromej pochylni slipu, obawiając się przytarcia o jego ścianę po lewej stronie, jednocześnie narażając się na zjechanie kół przyczepy z prawej strony pochylni, co mogło się skończyć niekontrolowanym zsunięciem się zestawu, nawet przewróceniem na bok. Fundament wyciągarki z prawej strony auta uniemożliwiał jakiekolwiek manewry.

Slip w Marinie, obok basen do wodowania większych jednostek

Slip w Marinie, obok basen do wodowania większych jednostek

Sądzę, że dokonany przez nas wybór akurat slipu do wodowania łódki był naszym błędem, gdyż okazał się jest on zbyt wąski i stromy dla tak dużych jednostek jak nasza. Tym bardziej, że obok slipu jest bardzo obszerny dok, jednak korzystanie z niego wymaga zastosowanie dźwigu, o czym wcześniej nie pomyśleliśmy. Aby nie oddalać terminu wodowania jachtu, skorzystaliśmy z pomocy bardzo doświadczonego właściciela mariny, obecnego na miejscu Zbyszka Sudnika, który całkowicie przejął dowodzenie operacją slipowania, polecając nam odpięcie przyczepy od auta, wczepienie jej do wyciągarki, aby przy jej wspomaganiu opuszczać łódkę w kierunku wody. Dodatkowo wspomagani kolejną liną asekuracyjną zaczepioną do zabetonowanych słupów ogrodzeniowych, w asyście prawie wszystkich obecnych w tym dniu pracowników Mariny, bardzo powoli, zwalniając co chwilę hamulec ręczny i ponownie go zaciągając, metr po metrze, bardzo ostrożnie dojechaliśmy do basenu portowego, zwalniając wreszcie przyczepę, kiedy nasz okręt swobodnie już unosił się na wodzie i kierowany wprawną ręką Michała znalazł się przy zarezerwowanej dla nas kei. Cel został osiągnięty, acz z dużymi emocjami, co pozwoli nam zapamiętać tę inicjację na długo.
Zaraz potem, po przeniesieniu całego wyposażenia z auta na pokład, co dzięki nieskomplikowanemu dojazdowi niemal pod samą keję (kolejny plus dla Mariny!) odbyło się w dość krótkim czasie, mogliśmy rozpocząć nasz dziewiczy rejs.

Marina i jej pomosty

Marina i jej pomosty

Po wyjściu z portu, kierując się w górę rzeki, pokonując wartki jej nurt, przesuwaliśmy się w majestatycznym tempie, obserwując całkiem nowe dla nas krajobrazy. Po dopłynięciu do granic Parku Czeszewsko-Żerkowskiego, zauważyliśmy powalone, całkiem spore drzewa, z ostro zakończonymi pniami, przypominającymi zastrugane ołówki. To efekt pracy bobrów, jak się okazało bardzo rozpanoszonych w tej części rzeki, o czym świadczą dziesiątki leżących wzdłuż jej brzegów martwych drzew. Ciekawe, co na to ekolodzy, hamujący z dziką rozkoszą pożyteczne działania wielu osób, z pewnością mniej rujnujące środowisko, niż to, czego doświadczyliśmy tutaj, przy udziale sympatycznych i wiecznie mokrych futrzaków.

efekt pracy bobrów

efekt pracy bobrów

przygotowanie do ścinki

przygotowanie do ścinki

Po kilkudziesięciu minutach dotarliśmy do Orzechowa, mijając po drodze jedną z kilku w tym rejonie przepraw promowych, łączących Dęno z Orzechowem. Zaraz potem most kolejowy i cudowny wjazd do kolejnego malowniczo zalesionego odcinka Warty wraz z licznymi w tym rejonie meandrami. Odpuszczę sobie opisy, to trzeba po prostu zobaczyć!

Przez cały czas towarzyszyła nam jedna z wielu obecnych tam czapli siwych, która co kilkadziesiąt metrów siadała na brzegu, żeby po chwili ponownie wzbić się w powietrze i latając zakolami nad naszym jachtem prowadzić nas dalej i dalej, niczym zawodowy przewodnik. Trwało to niemal przez cały rejs, najpierw w górę rzeki, po czym zawróciliśmy wraz naszym skrzydlatym pilotem, aby wrócić do Mariny. Może był to jakiś magiczny gest ze strony mieszkańców rzeki, a może zwyczajny przypadek?

Wyjaśnienie tej zagadki było proste. Każdy kolejny nasz rejs odbywał się w towarzystwie wszechobecnego ptactwa, nie tylko czapli. Towarzyszyły nam łabędzie, kaczki, widzieliśmy nawet krążące wysoko nad nami orły bieliki. Widok ten budził zachwyt nasz i naszych gości, którzy podobnie jak my chętnie wracali nad rzekę, aby popływać na naszym uroczym i wygodnym stateczku, chłonąc wszystkie przyjemności związane z pobytem w Marinie Pod Czarnym Bocianem i jej okolicy.

Niestety, wszystko co dobre szybko się kończy – jak powiedział jeden z moich kolegów… dla urozmaicenia. Dająca się we znaki wszechobecna susza powodowała systematycznie zmniejszający się poziom wody w Warcie, która wobec braku zasilania wodą ze zbiornika Jeziorsko, stawała się z dnia na dzień coraz płytsza. Ryzyko wejścia na coraz to nowe mielizny i inne przeszkody wodne rosło wprost proporcjonalnie do malejącej przyjemności pływania. No bo trudno byłoby pogodzić się z uszkodzeniem statku, na samym początku naszej przygody, zanim wyruszymy na głębsze i dalsze wody. Próbowaliśmy przeczekać ten stan, ograniczając się do kilku kilometrowych odcinków sprawdzonej już przecież wcześniej rzeki. Niemal każde dalsze pływanie kończyło się otarciem o dno, bądź jakieś zatopione konary, nawet wówczas, kiedy z wielką uwagą śledziliśmy wodę, wystrzegając się przeszkód. Nie pomagały też ostrzeżenia bardziej doświadczonych wodniaków, którzy dopływając do Mariny dzielili się z nami wszelkimi informacjami o warunkach na rzece. Dominowała jedna, zasadnicza: płytko, za płytko, tak się nie da, z każdym dniem coraz płycej!
Zacząłem się rozglądać w poszukiwaniu innych możliwości, aby nie marnować czasu na czekanie na wyższą wodę tu, na Warcie. Czas płynął dużo szybciej niż woda w okolicach naszej Mariny, nadchodził lipiec, wyznaczając już prawie połowę sezonu, w czasie którego udało nam się zrealizować zaledwie 8 rejsów, ograniczonych pomiędzy miejscowościami Pyzdry a Śremem. Postanowiłem zdecydować się na radykalną zmianę i rozpocząłem intensywny rekonesans, tym razem rzeki Odry, oglądając znane mi przystanie na jej obu brzegach, pytając tam o warunki, ceny, bezpieczeństwo, itd. Było tu dużo lepiej, choć niskie poziomy wody również się zdarzały, stanowiąc jednak dużo mniejsze ryzyko, niż w naszym dotychczasowym miejscu.
Wreszcie w kolejną i przedostatnią niedzielę czerwca, znaleźliśmy się z żoną w Oławie, ściślej w Ścinawie Polskiej, chcąc zobaczyć tamtejszą „Marinę Oława”, o której usłyszeliśmy będąc wcześniej w Urazie, jednak bez żadnych poważniejszych rekomendacji. To, co tam zobaczyłem przeszło moje oczekiwania, zaś spotkanie z Tomkiem Strażyńskim, szefem Mariny, skłoniło mnie do powzięcia natychmiastowej decyzji o przeniesieniu się tu, gdzie klimat i aura tego miejsca przypomina …Mazury. Po krótkiej rozmowie i otrzymaniu zaproszenia do dłuższego pobytu, omówiliśmy wszystkie szczegóły i warunki rezydentury, określając nawet przewidywaną datę naszego przyjazdu.
Pozostało już tylko umówienie się ze Zbyszkiem Sudnikiem na wyjęcie łódki z Warty, do czego już kierowani naszym wcześniejszym doświadczeniem postanowiliśmy zaangażować dźwig. Szczęście mi sprzyjało, gdyż w kolejnym dniu po mojej telefonicznej z nim rozmowie otrzymałem informację, że w czwartek 2 lipca ktoś ma wodować swój dużo większy od naszego jacht, w związku z tym zamówiony do tej operacji dźwig będzie również do mojej dyspozycji. W Marinie pojawiłem się z wraz z przyczepą już w środowy wieczór. Spakowałem ruchome przedmioty do auta, sklarowałem resztę sprzętu, przygotowując łódź do lądowej przeprawy i na koniec, późnym już wieczorem przywitałem przy kei kilku wodniaków, którzy przypłynęli do Mariny, odbywając swój rejs po WPW. Ich opowieści o codziennej i kilkukrotnej walce z mieliznami, brodzeniu po pas, czasem po kolana w wodzie, upewniły mnie w słuszności podjętej decyzji co do jutrzejszej ewakuacji.

Kolejny dzień przywitał nas blaskiem wstającego słońca, kiedy to usłyszałem cichy warkot oddalającego się house-boat’a z poznanymi wczoraj podróżnikami, którzy pomimo niskiej wody kontynuowali swój rejs, nie zważając na bardzo prawdopodobne haczenie o kolejne płycizny. Myślę, że byliby bardziej zdystansowani do tego ryzyka, gdyby dysponowali własnym statkiem, nie zaś czarterowym. Może się mylę, ale to jest sytuacja żywo przypominająca liczne anegdoty o korzystaniu ze służbowych samochodów, zwłaszcza do pokonania wysokich krawężników.
Dźwig przyjechał około 10 rano i zanim ustalono szczegóły wodowania przybyłego do Mariny statku, ustaliłem z jego operatorem wyciągnięcie naszego, jeszcze przed tą główną operacją. Trwało to niespełna pół godziny i dzięki 4-osobowej ekipie szefa Mariny, przemieściliśmy łódkę z wody na przyczepę, korzystając z 2 solidnych pasów. I tym razem nie obyło się bez emocji. Widok wiszącej kilka metrów nad wodą, potem nad lądem, długiej bo 8 i pół metrowej i ważącej 2 tony łodzi robi wrażenie, tym bardziej po świeżej lekturze z YouTube’a, gdzie zajrzałem poprzedniego wieczoru, chcąc przygotować się mentalnie do tej skomplikowanej i niezbyt bezpiecznej operacji. Widząc filmiki z upadającymi, całkiem solidnymi jachtami, z dużej wyskokości, raz na keję, w innym przypadku do wody, trudno było utrzymać nerwy na wodzy, nawet upewniwszy się, że parametry dźwigu i jego stan techniczny nie powinny budzić jakichkolwiek obaw. Ale udało się to bez najmniejszych komplikacji, po czym łódź została przymocowana do przyczepy i spięty już zestaw gotowy był do jazdy.

jacht na pasach ponad basenem

jacht na pasach ponad basenem

gotowi do drogi

gotowi do drogi

Po otarciu przysłowiowych łez, pożegnaniu się z ludźmi i bardzo przyjemnym miejscem naszej pierwszej rezydentury, udałem się w drogę do domu, co było epilogiem pierwszego etapu naszej wodniackiej przygody, niefortunnie przerwanej niekorzystnymi warunkami do realizacji zaplanowanej przez nas żeglugi.

Dwa dni później, w sobotę 4 lipca, zjawiliśmy się w sercu Ścinawy, Marinie Oława, przywitani serdecznie przez Anię i Tomka Strażyńskich. Tym razem wszystko odbyło się bardzo pomyślnie. Podjazd do slipu, nieco pewniej wykonany, niż w poprzednim miejscu i dużo łatwiejsze wodowanie. Tu też pomogli nam mili ludzie, zawodnicy trenera Marka Plocha, kajakarze, dla których Marina jest miejscem codziennego treningu. Dzięki ich pomocy, z łatwością zepchnęliśmy nasz statek do wody, po czym powtórzyliśmy operację ponownego umieszczenia wszystkich elementów jego wyposażenia w jego przestronnym wnętrzu. Tym razem działania nasze wspomagane było niemałą już rutyną i po krótkiej chwili zapanował tam porządek i ład.

jacht gotowy do zjazdu po slipie

jacht gotowy do zjazdu po slipie

...i już na swoim miejscu w Marinie Oława

…i już na swoim miejscu w Marinie Oława

Przyszedł czas na rekonesans, tym razem Maciek za sterem, ja w roli pasażera, udaliśmy się w górę Odry, do okolic pierwszej śluzy Lipki, aby ponownie spłynąć do naszego nowego portu, ciesząc się z możliwości i warunków, które tutaj nam zaoferowano.
Magiczne miejsce, Tawerna Kapitańska oddzielona wąską drogą asfaltową od Mariny. Czasami przejeżdża tu auto, częściej ludzie na rowerach, są też liczni spacerowicze i „lokalsi”. Ktoś wiezie łódkę, aby ją slipować tu, na miejscu, bądź kilkaset metrów dalej, na dzikim slipie. Wszyscy mili, uśmiechnięci, pozdrawiają się wzajemnie, żadnej agresji, wręcz przeciwnie, czujemy się jak długo oczekiwani przybysze. Ale to chyba tylko nasze wrażenie, mimo wszystko bardzo dla nas miłe.

Minął już lipiec, pierwszy miesiąc spędzony na Odrze, rzece specyficznej, bo uregulowanej na tym środkowym jej biegu licznymi stopniami wodnymi, które co kilka bądź kilkanaście kilometrów wymagają pokonywania śluz. Do pierwszej z nich i najbliższej wpłynąłem w towarzystwie Tomka Strażyńskiego, którego poprosiłem o pomoc w nieznanej mi wcześniej sztuce śluzowania. Poszło nieźle, zważając, że 4,5 metra to znaczna różnica poziomów wody, robiąca na takim nowicjuszu jak ja niezłe wrażenie. Bez jego udziału z pewnością czułbym się nieswojo, ale przy takiej fachowej asyście było miło i bez większych emocji. Pomocna okazała się również obecność dwóch operatorów Śluzy Oława II, bardzo pogodnych ludzi, których wesołe komentarze znacząco poprawiły moje samopoczucie.

wyjazd ze śluzy Oława II

wyjazd ze śluzy Oława II

Tomek w roli trenera

Tomek w roli trenera

Powrót w górę rzeki był znacznie łatwiejszy, dając mi nadzieję, że samodzielna już przeprawa przez kolejną śluzę przejdzie gładko. I tak się stało nazajutrz, w asyście dwóch moich kolegów Michała i Marka, podeszliśmy do śluzowania, tym razem w Lipkach, otrzymując po fakcie pozytywne oceny od tamtejszych operatorów, którzy nie bardzo chcieli uwierzyć w nasze „śluzowe debiuty”.

śluzowanie w Lipkach

śluzowanie w Lipkach

Powiedzenie „ćwiczenie czyni mistrza” okazało się w tym przypadku głęboko zasadne, w końcu będąc wieloletnim nauczycielem akademickim i trenerem narciarstwa, doświadczałem tego setki razy, teraz na powrót ze sobą, jako uczącym się w roli głównej.
Cóż, podjęta decyzja o przeniesieniu się na Odrę sprawiła, że nasze pływanie stało się niemal codziennością, bo w ciągu tego jednego miesiąca wypływaliśmy dużo więcej godzin i kilometrów, niż tam, na Warcie, będąc z jednej strony, jako Dolnoślązacy – ograniczeni dużo większą odległością od domu, z drugiej zaś opisanymi wcześniej przeciwnościami natury. Tym samym, zwiększając znacząco częstotliwość naszego pływania, udało nam się przyciągnąć na nasz statek dużo liczebniejsze grono gości. Mieliśmy na naszym pokładzie już ponad 30 osób, z rozpiętością od … 3 miesięcy do 80 lat. Tych, którzy pierwszy raz w życiu zakosztowali pływania oraz dosłownych wilków morskich, którzy mają za sobą wiele tysięcy mil morskich. Wszyscy bez wyjątku oczarowani klimatem Mariny, Tawerny, jej właścicielami Anią i Tomkiem,

Kapitan portu w Ścinawie Polskiej

Kapitan portu w Ścinawie Polskiej

Ania w swoim królestwie - Tawernie Kapitańskiej

Ania w swoim królestwie – Tawernie Kapitańskiej

okolicą Oławy, Mariną w Brzegu, czystością wody w Odrze, widocznym tu również ptactwem i niezwykła przychylnością tubylców, wędkarzy i mieszkańców Ścinawy, motorowodniaków i kajakarzy. Wszystkich bez wyjątku.

W tej właśnie aurze pragniemy rozwijać nasze doświadczenia, poznając rzekę w jej górnym biegu, mając zamiar dopłynąć do Opola, i dalej do Gliwic. To tylko kwestia nieodległego czasu. Kusi nas też wyprawa na północ od Oławy, do Wrocławskiego Węzła Wodnego, pomimo trwających tam remontów i ograniczeń. I dalej, do Urazu i Brzegu Dolnego. Pokonanie dłuższego dystansu jeszcze w bieżącym sezonie jest chyba mało realne, braknie nam czasu, zaś kolejnym ograniczeniem może być przejście dalej na północ, poza śluzę w Brzegu Dolnym, gdyż w ostatnim okresie naczytaliśmy się sporo o technicznych trudnościach z jej utrzymaniem. Mamy już wszelkie zebrane informacje, przewodniki i mapy, locje i komunikaty. Wszystko, co pomoże nam w rozumieniu rzeki, urzadzeń, kanałów, mostów i śluz.

Myślimy o takich jak my, którzy zachęceni – tym razem – naszymi własnymi doświadczeniami, rozpoczną swoją wodniacką przygodę, trafiając na relacje z pierwszych dłuższych rejsów, czytając komentarze odnoszące się do portów, marin, tawern, śluz, również ludzi, którzy te miejsca tworzą bądź obsługują.
Zdobywając doświadczenie, umiejętności i poznając tę piękną subkulturę wodniacką, chcemy przyczynić się do jej popularyzacji, zachęcając siebie i innych, podobnych nam jej entuzjastów, do innego sposobu na życie, przynoszącego wypoczynek i relaks, ale również dostarczającego licznych emocji, co wymaga jednocześnie sporego wysiłku i wytrwałości. Jak w codziennym życiu, a jednak inaczej…

fotografia 16

Marek Stasiak

Comments are closed.