Wspólne pasje?

WSPÓLNE PASJE

Miło jest dzielić wspólne pasje z … przyjacielem. No dobra, uczciwiej będzie jak od razu się przyznam, że tu chodzi o moją żonę – to z pewnością zabrzmi bardziej wiarygodnie. Z drugiej strony, jak można nie użyć słowa „przyjaciel”, jeśli po 40 wspólnych latach jesteśmy ciągle razem, śpimy, gotujemy, popijamy, sprzątamy, wspólne książki, gazety, znajomi, wakacje  – wszystko razem. Kiedyś mi się wyrwało, nie bez ironii, że mam spieprzone dzieciństwo, bo jak głęboko sięgam pamięcią, zawsze ona była obok. Żadnej intymności!
Ale do rzeczy, bo zmierzam do najnowszej mojej pasji, która dojrzewa z tygodnia na tydzień, czasami wręcz eksploduje, zwłaszcza teraz, gdy do zimy coraz bliżej i już całkiem niedługo trzeba będzie wyciągać łódkę z wody. A zatem wszystko jest już jasne, bo chodzi o nią… łódkę oczywiście, będącą w kłopotliwej – zwłaszcza dla mnie – relacji z moją „drugą połową”. Te dwie przysłowiowe połówki pomarańczy, bedące symbolem naszej nieustającej jednomyślności i spójności, mają obecnie nędzne zastosowanie, przez wzgląd na brak jedności w umiłowaniu pływania naszym „weekendem”. Ani wczoraj na Warcie, ani dzisiaj na Odrze nie jest dobrze, nie mam też wielkich złudzeń, że jutro na Dunaju, Renie czy Rodanie będzie lepiej. Bo zawsze jest jakieś uzasadnienie: nudno, monotonnie, na Warcie mało wody, szorujemy tam po dnie, Odra – przecież niemal wszędzie są te cholerne śluzy, nie dość, że kapiące i brudne, to jeszcze niebezpieczne.
-Co widzisz w tym przyjemnego? Nie ma do kogo gęby otworzyć, brzegi podobne wszędzie, brak przystani, przeważnie brud, śmieci, chamstwo…I to ma być naszą wspólną pasją?
Dwa różne światy, Mars i Wenus, skrajne oceny. Mój entuzjazm spleciony z jej niechęcią. Żadnych szans na oswojenie, a polubienie to … bajka z kosmosu. Istny koszmar! Jak tu żyć, panie premierze? Co zrobić? Jest na to jakiś lek? Terapia? Znikąd mądrych odpowiedzi, więc stosując się do popularnego, wojskowego hasła: „masz głowę i ch… „ zaczynam kombinować sam.

Wyczekałem więc, z pełną powagą i systematyką, najpierw na piękną pogodę. OK, prognozy pokazują, że ma być stabilnie przez kilka najbliższych dni. Teraz czas na wykreowanie miłego nastroju, zwracając delikatnie i nieśmiało uwagę na poukładanie wszystkich zaplanowanych wcześniej spraw. Żadnych zaniedbań, nawet w ogrodzie, gdzie trawa wykoszona, ścieżki „obrobione”, chwasty usunięte, odpady w kompoście. Sobotnie zakupy rozlokowane w lodówkach, gacie i skarpety poukładane w szufladach, wyprasowane koszule na wieszakach, w porządku kolorystycznym, od bieli po te najciemniejsze, od lewa do prawa. Biurko bes zbędnych klamotów, kurz na parapecie starty, perfekcja. Wszystko cacy, do najdrobniejszego detalu. Wietrzyk nie za duży, ciepełko, ale nie upał, odgapiam od kota odpowiednie ułożenie grzbietu, kiedy prosi o miseczkę mleka.
Program w pełni udany, bo moja Olusia w nagrodę proponuje rejs!!! Chwilo trwaj, dla pewności szczypię się w ucho, boli, a więc jest dobrze!
Jadąc do oławskiego portu pilnuję odpowiedniej prędkości, nie przekraczam przepisowej pięćdziesiątki we wioskach, poza nimi najwyżej siedemdziesiąt. Spokojnie, bez najmniejszego ryzyka na wpadkę, najmniejszego spięcia, iskrzenia. Dojeżdżamy wreszcie do łódki, cały czas miło, bogowie czuwają, widocznie są mi przychylni. Oby jak najdłużej.
Wymyśliłem przyjemniutką trasę rejsu, najpierw parę kilometrów w górę leniwie płynącej Odry, prosto do Lipek. Tutaj miły akcent – podpływa do nas znajoma motorówka. To nasz syn ze swoją małżonką. Zaplanowali towarzyszenie nam do pierwszej śluzy, mają być świadkami zakumplowania się mamy z żeglugą! Bardzo miły gest solidarności z ich strony.

odwiedziny Magdy i Maćka

odwiedziny Magdy i Maćka

Milutka i niewymagająca śluza w Lipkach, potem droga do Brzegu, też malownicza, bez jakichkolwiek utrudnień. Dalej kanał prowadzący do śluzy w Brzegu. Spotykamy tam Kapitana Podgórskiego prowadzącego galar z turystami. Machamy sobie przyjaźnie, wymieniamy pozdrowienia.

Kap. Podgórski za sterem galara z turystami

Kap. Podgórski za sterem galara z turystami

Optymistycznie, gładziutko, cały czas miodzio. Wrota śluzy otwarte, to zaproszenie dla nas, proszących wcześniej przez telefon o przeprawę w górę Odry.

otwarte wrota Śluzy Brzeg

otwarte wrota Śluzy Brzeg

I tu zaczynają się nieoczekiwane schody. Inicjatorem zmiany sytuacji jest nagle wzmagający się wiatr, niezauważony przeze mnie wcześniej. Wchodzimy do śluzy z małą prędkością, planując podejście do upatrzonego polera, znajdującego się we wnęce ściany śluzy, bez jakiegokolwiek udziału mojej pasażerki, którą mam przekonać, że każda śluza jest miłym spacerkiem, bez najmniejszego wysiłku i niepokoju.
Będąc w optymalnej pozycji, wskakuję na pokład, z zamiarem złapania polera, przełożenia cumy i zatrzymaniu statku w miejscu. Nagły podmuch wiatru powoduje odejście jego dziobu od ściany, co uniemożliwia wykonanie zaplanowanego manewru. Łódka zaczyna się odwracać, nie bardzo wiem teraz co robić. Widząc obrót statku w lewo, wpadam na pomysł aby zawrócić o 180 stopni, więc wszystkie moje działania idą w tym kierunku. W przód, tył, przód, tył, kręcę kołem sterowym, próbując znaleźć najlepszą pozycję w naszej pułapce. Miny obserwujących nas z góry operatorów śluzy nie zdradzają najmniejszej ufności w kunszt szamotającego się między ścianami sternika, pewnie czekali na całkiem inne zakończenie tych manewrów, ale ostatecznie wszystko się powiodło. Długość naszego „weekenda” pozwolił na bezkolizyjny obrót, nie dotykamy żadnej ze ścian, wyprowadzając go ostatecznie poza śluzę.
Niestety, nastrój siadł. Głębiej, niż myślałem. Bo już przy wejściu do śluzy zaczyna się mała histeryjka.
-Wracajmy, wiatr za duży, mam w d… takie pływanie, nie damy rady, rozbijemy się, szkoda łódki…
Moja rycerskość tamuje jakąkolwiek percepcję, współczucie, więc idę w trupa, musimy to przejść, nie ma frajerów!
Wpływamy zatem do śluzy  po raz drugi. Powoli, z wielką uwagą, mając ten sam cel. Niestety! Znowu cholerny podmuch i … ten sam błąd! Odpadamy od ściany, zanim sięgam do tego przeklętego polera. Staram się manewrować łódką, do przodu, w tył, aby tylko podpłynąć do prawej ściany. Wiatr robi swoje, więc angażuję przerażoną Olkę, która ma chwycić bosak i nie dopuścić do walnięcia lewej burty w ścianę śluzy. Horror! W tym czasie staram się zmienić pozycję statku, idę w górę śluzy, wiatr nie odpuszcza, spycha nas w lewą stronę. Przerażenie Olki coraz większe, walczy dzielnie, ale mimika złowieszcza, syk wydobywający się z zaciśniętych ust gasi skutecznie moje nadzieje na akceptację tej formy rekreacji. Walka z żywiołem sprawia, że nasze działania stają się wreszcie skuteczne. Dopływamy wreszcie do prawej ściany, łapię ten cholerny poler, jest mój!
Dalszy ciąg zdarzeń mniej nerwowy. Zapanował względny spokój, widzimy ruch wody wpuszczanej do śluzy, idziemy coraz wyżej, nasz statek przy ścianie, panujemy nad tym, kontrolujemy sytuację w stu procentach. Używam liczby mnogiej, bo resztę czynności już solidarnie dzielimy, bez żadnego przymusu. Ja pilnuję odbijaczy, chronię burty, Ola trzyma koniec cumy, wybiera ją systematycznie, aby bezpiecznie – powtarzając za Perfektem – „trzymać się ściany”. Osiągając już prawie najwyższy poziom wody, wdaję się w miłą rozmowę z jednym ze świadków naszej walki, czując jego ogromną empatię. On też widząc nastrój Olki, próbuje rozładować napiętą sytuację. Cel nie zostaje jednak osiągnięty, złość pomieszana ze stresem i strach o dalszy ciąg bardzo źle rozpoczętego rejsu nie ustępuje. Co my tu kurna robimy?! A miało być przyjemnie!

Reszta naszej wyprawy jest żałosną próbą przywrócenia przyjemnej atmosfery, bez wiekszych szans na sukces końcowy. Pomimo braku kolejnych niespodzianek, płyniemy jeszcze chwilę w górę Odry.

już poza Śluzą Brzeg

już poza Śluzą Brzeg

Ale los nie chce sprzyjać. Wiatr się wzmaga, na wschodzie czarne chmury, obawiam się kolejnego zagrożenia. Jest szansa, że możemy być zaskoczeni przez … burzę. A to z pewnością nie należy do ulubionych zjawisk Olki, jest wręcz odwrotnie, ona nie znosi burz, bojąc się ich panicznie!
Zawracamy po kilkunastu minutach, ponownie znajdując się w pechowej śluzie. Tym razem wpływamy na wysoką wodę, mili panowie z obsługi deklarują pełną solidarność z początkującym i speszonym sternikiem, pomagają obłożenie polera, więc sytuacja staje się całkowicie bezpieczna. Spotykamy tu również niedawno poznanego w Tawernie Kapitańskiej znajomego, krótka wymiana zdań daje cień szansy na rozchmurzenie atmosfery „załogi” naszego statku. Wprawdzie dąs jest ciągle obecny, ale syk coraz cichszy. Słabnie na szczęście.

Dalszy ciąg rejsu upływa w spokoju, śluza Lipki już bez sensacji, wracamy do portu, wiatr coraz mniejszy, chmury zostają w bezpiecznej odległości, nie wieszcząc najmniejszego zagrożenia. Wreszcie koniec, cumujemy statek i idziemy do portowej Tawerny rozładować napięcie. Obecność jej właścicieli przywraca spokój, zwłaszcza poprzez płynną i chłodną zawartość szklanych karafek, które co jakiś czas lądują na stole. Chrupiąc „wolno dojrzewajacą wołowinę” podaną z grilowanymi warzywami, pozbywamy się resztek złych emocji. Udaje nam się nawet wymienić wzajemne przyjazne spojrzenia, z nadzieją zapomnienia o niedawnym stresie. Wyjmuję więc ukrytą broń, pragnąc wykorzystać ostatni nabój – a jest nim moja opowieść o rejsie, nieco podkoloryzowana, z odrobiną zmodyfikowanych ironią i żartem scen. Metoda działa, wszyscy ryczymy ze śmiechu, najgłośniej Olka. To chyba najlepszy epilog nie całkiem udanej próby zaprzyjaźnienia Olki z moją ukochaną żeglugą po odrzańskich śluzach. Dalszy ciąg niewątpliwie nastąpi, bo przecież mam (na razie ja sam, mając nadzieję na wspólnotę) zaplanowane rejsy po Warcie, Noteci, Bugu, Wiśle, Narwi, Pisie i Mazurach. Z drugiej strony Zalew Szczeciński, Kamieński, pas wybrzeża Bałtyku, Zalew Wiślany, Elbląg, Iława, Ostróda. To plan na najbliższe 3-4 lata… Na rejsy po zachodniej granicy Polski przyjdzie jeszcze czas, na razie musimy zdobyć mnóstwo umiejętności, doświadczyć niejednego, na dobre i na złe. Oby z jak najmniejszą dozą złośliwości, nietolerancji i niechęci. I nad tym już od dziś pracuję. Rozpocznę od zaraz, skupiając się nad obserwacją naszej głodnej kotki, jej proszących oczu i wygiętego grzbietu.

Marek Stasiak

Możliwość komentowania Wspólne pasje? została wyłączona

Rejs z Mariny Oława do centrum Wrocławia

Postanowiliśmy zrealizować dawno planowane zamierzenie, polegające na pokonaniu Odrzańskiej Drogi Wodnej z Oławy do Wrocławia. Celem naszego rejsu było opłynięcie Wrocławskiego Węzła Wodnego – Śródmieście. Wyruszyliśmy w ostatnią sierpniową niedzielę, tuż po ósmej rano, na naszym weekendzie 820. Po pokonaniu 4 śluz (Oława, Ratowice, Janowice i Opatów) znaleźliśmy się na wysokości Biskupina, mijając po drodze ZOO (prawa burta),  liczne przystanie (Stanica Harcerska – prawa burta, Rancho, WOPR, Hotel Wodnik – lewa), Politechnikę, dawny AZS (prawa burta), Most Grunwaldzki, Most Pokoju. Do nabrzeża Wyspy Piaskowej dotarliśmy około trzynastej. Ruch jednostek pływających na “miejskim” odcinku Odry, zwłaszcza statków pasażerskich, był w tym dniu dość intensywny, nie przeszkodziło nam to jednak w żadnym stopniu na przepłynięcie zakamarków śródmiejskiej drogi wodnej, zwłaszcza w okolicach Wyspy Słodowej, skąd wąskimi kanałami dopłynęliśmy do Wyspy Młyńskiej, opływając Barkę Tumską, dalej płynąc pod mostami Młyńskim i Tumskim dopłynęliśmy w pobliże przystani białej floty przy Wyspie Piasek. Stąd mijając przebudowywany Bulwar Dunikowskiego i Zatokę Gondoli (widok z prawej burty), oglądając przepiękną panoramę Ostrowa Tumskiego (lewa burta), rozpoczęliśmy nasz powrót do Mariny Oława. Śluza Opatowicka czekała na nas o 14:30, kolejne stały otworem po uprzednim zgłoszeniu radiowym (VHF, kanał 74). Do portu w Oławie dotarliśmy o 18:15. Dokładny opis zawierający wszystkie parametry naszego rejsu zamieszczę wkrótce w drugiej zakładce naszej strony: “fotoreportaże, locje, raporty z rejsów…”. Tymczasem zapraszam do obejrzenia krótkiej filmowej relacji z tego przedsięwzięcia.

Możliwość komentowania Rejs z Mariny Oława do centrum Wrocławia została wyłączona

Marina Brzeg – 1 sierpnia 2015

Mam przyjemność zaprezentować bardzo uroczą “Marinę Brzeg”, w której dzisiaj zagościliśmy na parę chwil. Jest to ważne miejsce na naszej regionalnej mapie żeglugowej, gdyż startując z portu w Oławie, po zaledwie 8 kilometrach płynąc w górę Odry, zbliżamy się do najmniejszej i przez to najłatwiejszej do pokonania śluzy w Lipkach, aby po następnych 8 kilometrach dotrzeć do rozwidlenia dróg wodnych. Na lewo kierujemy się do kanału biegnącego wprost do śluzy w Brzegu, i to jest właściwy tor wodny w górnym kierunku rzeki, wiodący do Opola i dalej do Gliwic. Na prawo zaś, po przepłynięciu kilkuset metrów, dopływamy do królestwa Kapitana Andrzeja Podgórskiego „Apisa” – szefa Mariny Brzeg. I nie tylko, Mariny.

Kapitan Andrzej Podgórski

Kapitan Andrzej Podgórski przed budynkiem biura Mariny

Kapitan Podgórski jest również „kapitanem wirtualnego statku”, najważniejszego portalu i oficjalnego serwisu polskiej żeglugi śródlądowej: http://www.zegluga.wroclaw.pl. W tym miejscu gorąco polecam tę lekturę, gdyż zawiera ona liczne i bardzo interesujące informacje, artykuły, relacje z rejsów, sprawozdania z ważnych wydarzeń, spotkań, narad, itd. To istna skarbnica wiedzy o żegludze i jej pięknych stronach, ale również o problemach, z jakimi borykają się profesjonaliści, niestety już bardzo nieliczni w naszym kraju, wobec upadającej w ostatnich latach branży. Ci, którzy postanowili kontynuować swój zawód, przenieśli się na wody zagraniczne, najczęściej do Niemiec. Od jesieni ubiegłego roku śledzę niemal codziennie ten portal, traktując jego zawartość jak elementarz w mojej edukacji wodniackiej.

Od dłuższego czasu planowana wizyta w brzeskiej przystani była dla mnie o tyle ważna, że bardzo chciałem poznać Pana Andrzeja, porozmawiać z nim choć przez chwilę, przedstawić się jako adept wchodzący małymi krokami do tej wspaniałej społeczności.
I stało się, około 14:30 cumując nasz jacht do pomostu Mariny, udaliśmy się wraz z synem Maćkiem na spotkanie z jej Szefem. Na nasze szczęście był obecny w swojej przystani, więc nastąpił długo oczekiwany uścisk jego prawicy i miła, choć bardzo krótka rozmowa. Niestety, poza przyjemnymi tematami, potwierdziła zewsząd płynące do nas informacje, że żegluga w Polsce umiera, rzeki pustoszeją, urządzenia wodne zarastają krzakami i że mało kto dba o poprawę infrastruktury. Jedyne i warte podkreślenia są fakty rosnącej ilości przystani dla wodniaków, którzy poprzez rekreacyjne pływanie ożywiają nieco polskie rzeki. Przykładem takiego lokalnego działania jest urocza i bardzo kameralna Marina Brzeg, która powstała 7-8 lat temu, niedaleko centrum miasta i jego przepięknych zabytków. Niestety, nie są one zauważalne od strony rzeki, gdyż gęsto zadrzewione jej brzegi stanowią skuteczną barierę – a szkoda. Szczęśliwie widać tylko (bądź aż…) wierzchołki wież kościelnych i sam szczyt zamkowego dachu, co nieco uwiarygadnia fakt ich bliskiego sąsiedztwa. Gdyby tak wykarczować dziko rosnące drzewa i krzaki, odsłaniając wodnym turystom to, co piękne? Warto byłoby zgłosić taki wniosek włodarzom Brzegu, sugerując jednocześnie bardziej holistyczne podejście do promocji tego pięknego miasta.

Pomost Mariny Brzeg i nasz mały stateczek

Pomost Mariny Brzeg i nasz mały stateczek po lewej stronie

Po krótkiej wizycie w Marinie Brzeg i spotkaniu z jej Kapitanem, popłynęliśmy w dół rzeki, aby po chwili dokonując zwrotu na prawo, wejść do kanału prowadzącego do śluzy Brzeg. Gdzieś w połowie trasy, po prawej stronie naszego jachtu zobaczyliśmy zabudownia starego portu. Wysokie hale magazynowe, zarośnięty basen portowy – pustka, rdza, chaszcze, głęboka cisza.

stery i pusty port w Brzegu - widok z kanału

stery i pusty port w Brzegu - widok z kanału

W pobliżu zerwany most, nigdy nie odbudowany. Przygnębiające wrażenie, kolejny ślad ruiny pozostajacej po latach świetności, niestety dawno temu, w poprzednim stuleciu.

zerwany most

zerwany most

Na pokonanie kolejnego stopnia wodnego nie starczyło nam czasu, zawróciliśmy kilkadziesiąt metrów przed śluzą, oglądając z oddali kolejne zabudowania i instalacje, sąsiadujące ze śluzą, równie krzyczące swoją pustką, zdezelowaniem i zapomnieniem. Nie są to przyjemne widoki, a najgorsze jest to, że tak często rzucają się w oczy, niestety w wielu miejscach naszego kraju, niemal wszędzie.

Wracajmy jednak do naszego rejsu, aby na koniec poprawić atmosferę niniejszej relacji. Sobotnie popołudnie, słońce, lekki wiaterek. Po obu stronach leniwie płynącej rzeki widzimy wędkarzy i ich rodziny. Pikniki połączone ze śledzeniem spławików i drgających szczytówek. Grill, czasami wymiana zdań przedzielonych łykiem piwa, najczęściej o „braku brania”. Nie dziwimy się, wszak wczoraj wieczorem była pełnia księżyca. Pozdrawiamy siebie wzajemnie, jest miło. Dwukrotnie spotykamy jedną z galer Mariny Oława, z pasażerami na pokładzie.

galar z Mariny Oława - miłe spotkanie przy śluzie Lipki

galar z Mariny Oława - miłe spotkanie przy śluzie Lipki

Dobra pogoda, piękne pejzaże, ptaki wodne, sarny schodzące do wodopoju – oto uroki obcowania z wodą, wielka przyjemność, działająca jak narkotyk. Kolejne przejście śluzy Lipki, która po uprzednim zgłoszeniu telefonicznym zaprasza rozwartymi wrotami. Miła pani, najpierw pomagająca umieścić naszą cumę na polerze, potem wręczająca kwit za śluzowanie, w kwocie 7,24 zł.

dostawa kolejnego kwitu z śluzowanie

dostawa kolejnego kwitu za śluzowanie

I powrót do naszej Mariny. Tam czekający obiad w Tawernie Kapitańskiej, jak zwykle pyszny, tym razem Kotlet Bosmana. Arcydzieło Ani Strażyńskiej, o czym jeszcze z pewnością nie raz napiszę.

Marek Stasiak

Możliwość komentowania Marina Brzeg – 1 sierpnia 2015 została wyłączona

Rejs przyjaźni i niebiańska uczta – 11 lipca

Warto być na tym świecie, aby od czasu do czasu spotkać się w gronie ludzi, z którymi łączy nas:  przyjaźń trwająca od dziesiątek lat, wspólne wspomnienia z lat młodzieńczych, dorastania dzieci, pierwszych sukcesów zawodowych, radość z narodzin wnuków, pożegnania z odchodzącymi i wreszcie …zbliżające się emerytury. Zabiegamy o te spotkania, choć przeciwności jest zawsze wiele.

Sobota, 11 lipca była dniem, kiedy spotkaliśmy się w gronie takich właśnie przyjaciół, w Marinie Oława, z zamiarem spędzenia wspólnych chwil na naszym statku, wyznaczając sobie za cel dotarcie do Mariny w Brzegu.

Marina w Brzegu, nasz dzisiejszy cel rejsu

Marina w Brzegu, nasz dzisiejszy cel rejsu

Zarówno Gosia z Adamem, jak i Dzidka z Andrzejem byli już naszymi gośćmi na Warcie, gdzie wspólnie – pomimo niskiego stanu wody – udało nam się dotrzeć do Pyzdr, przy okazji bawiąc na szantach zorganizowanych w Marinie Pod Czarnym Bocianem, innym razem spłynąć w okolice Solca.

sympatyczny port w Pyzdrach

sympatyczny port w Pyzdrach

Ograniczony „niską wodą” zakres żeglugi na Warcie sprawił niedosyt, dlatego wizja spędzenia czasu na rzece dużo większej, niż piękna Warta zaostrzyła ich oczekiwania.

Rejs nasz rozpoczęliśmy tuż po południu, przy akompaniamencie przyjemnego wiaterku i słońca, które towarzyszyły nam do samego wieczora. Płynąc w kierunku śluzy LIPKI nie spotkaliśmy żadnej pływającej jednostki, widząc gdzie nie gdzie tylko wędkarzy, ich namioty i parasole przeciwsłoneczne. Po krótkim telefonie do obsługi śluzy z prośbą o jej przygotowanie, leniwie płynęliśmy w górę rzeki obserwując liczne ptactwo, najwięcej czapli.

niemal stała załoga jachtu jeszcze na Warcie

niemal stała załoga jachtu jeszcze na Warcie

Po przebyciu 8 km, wpłynęliśmy do przygotowanej dla nas śluzy, poddając się idącej w górę wodzie, chroniąc odbijaczami burty jachtu przed metalowymi ścianami. Po krótkiej i miłej rozmowie z jej operatorami, wymieniając wzajemne uwagi o zastoju żeglugowym i kompletnej pustce na wodzie, nawet podczas weekendowych dni, uiszczając opłatę (7,20 zł), opuściliśmy śluzę, kontynuując rejs w górę Odry.
Tutaj miłe zaskoczenie. Spotykamy wreszcie kilku kajakarzy, płynących w obu kierunkach tego odcinka rzeki, prawdopodobnie startując z Mariny Brzeg. Są też inne jednostki, w tym bardzo oryginalnie zadaszona łódź, na pozór przypominająca chatę wiejską, jak później dowiedzieliśmy się replika małego galara rzecznego, będąca atrakcją Mariny Brzeg.

oryginał na wodzie

oryginał na wodzie

Na 4 km od Brzegu spotkaliśmy parę kajakarzy, bardzo zmęczonych podróżą powrotną z Mariny Oława, do której wybrali się tego samego dnia, skąd powrót w górę rzeki okazał się bardzo forsowny. Podając im hol, podciągnęliśmy ich w kierunku Brzegu, dopływając do tamtejszej Mariny, oczywiście zachowując niewielką prędkość, zważając głównie na ich komfort i bezpieczeństwo.

nasz pełen wdzięczności "hol"

nasz pełen wdzięczności "hol"

Nie cumując do kei Mariny, po pożegnaniu z załogą kajaka, zawróciliśmy z myślą o drodze powrotnej, tak, aby mieć czas na drugi set naszego programu – zaplanowaną biesiadę u Ani w Tawernie Kapitańskiej.

Do portu dopłynęliśmy po 2 kolejnych godzinach leniwego pływania, starając się jak najbardziej wydłużyć czas pobytu na wodzie. Nasza podróż licząca ok. 32 km trwała łącznie 4 godziny, włącznie z 2-stronnym pokonaniem przyjaznej dla nas śluzy Lipki.
Około godziny 18:00, z pustymi żołądkami,  zajęliśmy miejsca przy stole pod parasolem, na tarasie Mariny, oczekując kulinarnych propozycji szefowej Tawerny, Pani Ani Strażyńskiej.
Ja wiem, że pobudzeni licznymi programami kulinarnymi w wykonaniu m.in. Gessler, Makłowicza, Oliviera i Sowy stajemy się wybitnymi znawcami, miłośnikami bądź krytykami wszystkich kuchni świata.  Ja takich ambicji nigdy nie miałem, zaś po pierwszych daniach, które dotarły na nasz stół, odczułem potrzebę podzielenia się tą zbiorową rozkoszą ze wszystkimi, którzy dotrą do niniejszej relacji.
Jadałem w wielu wspaniałych kuchniach, uważając włoską za najlepszą. Od dziś kuchnia Ani zajmuje pozycję bezwzględnego lidera, nie tylko zresztą w mojej klasyfikacji. Tak sądzą wszystkie osoby, z którymi miałem przyjemność zakosztować tawernianych kulinariów. Nie będę opisywać szczegółów, bo byłoby to jednoznaczne z uprzedzeniem czytelnika o epilogu czytanego dzieła. Zostawiam ten zaszczyt do osobistej oceny konsumentów, którzy nie powinni żałować czasu ani paliwa na dotarcie do Tawerny, nawet z odległych miejsc.

nasza kolacja "mnia mniam"

nasza kolacja "mnia mniam"

Aniu i Tomku, każdy kolejny nasz pobyt u Was, ale też w naszym obecnym porcie, jest dla nas i naszych przyjaciół wydarzeniem godnym głębokiej pamięci, za co Wam zawsze będziemy bardzo wdzięczni.

Marek Stasiak

Możliwość komentowania Rejs przyjaźni i niebiańska uczta – 11 lipca została wyłączona

Marina Oława – nasza kolejna przystań z bajki

Jak już pisałem wcześniej, po pożegnaniu się z Mariną Pod Czarnym Bocianem, zostawieniu tam pięknych wspomnień po udanych i wesołych rejsach, z niedosytem pokonania WPW i dopłynięcia do Wisły, a może nawet do Gdańska, wróciliśmy myślami do bliższej naszemu domowi Odry, wybierając Marinę Oławę, o której nie mieliśmy zbyt wiele informacji. Decyzja o jej wyborze zapadła błyskawicznie, już podczas pierwszej naszej krótkiej wizyty, po bardzo rzeczowej rozmowie z jej właścicielami  – Anią i Tomkiem. Szczere zaproszenie, prezentacja miejsca i jego lokalnej specyfiki, bardzo miła atmosfera Tawerny Kapitańskiej, będącej integralną częścią Mariny, uśmiechnięci wkoło ludzie, epatujący pasją i zainteresowaniem naszymi potrzebami – to wszystko sprawiło, że „wróciliśmy do gry”, znajdując nasze nowe miejsce, nie tylko dla jachtu, ale i dla nas, przede wszystkim zaś dla naszych przyjaciół i gości.
I tak w sobotę, 4 lipca „zestaw podróżny”, czyli nasze auto ciężarowe ISUZU wraz cenną zawartością na przyczepie dojechał do Mariny, i po krótkiej chwili zwodowaliśmy nasz statek do Odry.

"zestaw transportowy" w nowym miejscu przeznaczenia

"zestaw transportowy" w nowym miejscu przeznaczenia

Tu też przywitał nas niski stan wody i bez pomocy kajakarzy międzynarodowego „PLOCH-TEAMU” ciężko byłoby nam zrealizować cel.  W tym miejscu ukłony do Pana Marka i jego zawodników.

Już po slipowaniu...

Już po slipowaniu...

Pływanie po Odrze, zwłaszcza w tej opolsko-dolnośląskiej części rzeki wiąże się z koniecznością pokonywania stopni wodnych, o ile założymy sobie realizację rejsów na nieco dłuższych dystansach. Radzenie sobie ze śluzami stało się dla nas kompletnie nową umiejętnością i zarazem dużym wyzwaniem. Licząc się z tym faktem, poprosiłem Tomka o pomoc w pierwszym dla mnie, „inicjacyjnym” przejściu śluzy, a jego wybór padł na najbliższą – Oława II (215 km), niedaleko naszej Mariny.

Tomek, właściciel Mariny i ..."mój trener od śluz"

Tomek, właściciel Mariny i ..."mój trener od śluz"

Dzięki dydaktycznym zdolnościom mojego nowego nauczyciela, operacja została zrealizowana bezboleśnie, nie ucierpiał jacht i żadna z jego burt, ja też nie poddałem się stresowi i próbowałem panować nad naszymi manewrami. Wspomnę, że w śluzie tej różnica poziomów wynosi ok. 4,5 m., co robi wrażenie dopiero po wypuszczeniu wody z komory i jej otwarciu.  Warto również dodać, że miła asysta 2-osobowej obsługi śluzy sprawiła redukcję stresu do minimum.

otwarte wrota śluzy i przepustka w dół Odry

otwarte wrota śluzy i przepustka w dół Odry

Zachęcony powodzeniem, w asyście 2 moich kolejnych załogantów – Marka i Michała, przystąpiliśmy do manewrów śluzowych w kolejnym rejsie, tym razem obierając za cel Brzeg Oławski, po drodze zaś najmniejszą na szlaku odrzańskim Śluzę Lipki (207 km). Tu zadanie było dużo łatwiejsze, bo też różnica poziomów była dużo mniejsza, niż podczas debiutu (1,4 m). Przejazd w obie strony bardzo udany i przyjemny, satysfakcja ogromna. Tutaj również zwróciliśmy uwagę na niezwykłą przychylność panów z jej obsługi, których podejście do obowiązków z „uśmiechem i życzliwością” wymalowaną na twarzach sprawiło nam ogromne frajdę.

Michał i Marek w śluzie Lipki

Michał i Marek w śluzie Lipki

Rejs kończyliśmy tuż po malowniczym zachodzie słońca, wpływając do portu już niemal przy światłach.

Na koniec tej relacji słów kilka jeszcze o Tawernie Kapitańskiej, królestwie Ani, gdzie wzięliśmy do ręki kartę dań, chcąc przetrącić „co nieco”, zanim rozpoczniemy nasz popołudniowy rejs. Marek, jako weganin poprosił o stosowną dla jego potrzeb strawę warzywną, Michał zamówił pstrąga, ja zdecydowałem się na roladę drobiową w sosie z kluseczkami. To wszystko popiliśmy zimnym i smacznym czeskim piwem, produkowanym na specjalne zamówienie Tawerny. Niebo w naszych gębach, to stanowczo za mało, aby wyrazić nasz zachwyt nad finezyjnym smakiem każdej z potraw.

Ania w swoim królestwie

Ania w swoim królestwie

Była to zaledwie skromna uwertura do czekających nas kolejnych dań, serwowanych w Tawernie podczas następnych naszych wizyt, co pozwolę sobie opisać w późniejszych raportach. Ale już teraz  namawiam Was wszystkich do odwiedzenia Mariny i Tawerny, gdzie czekają same miłe niespodzianki i jak wszyscy bywalcy twierdzą – niepowtarzalny klimat.

Marek Stasiak

Możliwość komentowania Marina Oława – nasza kolejna przystań z bajki została wyłączona

Nasz pierwszy PORT, pierwszy REJS – 26 kwietnia 2015 r.

To był dzień pełen emocji. Duża jej dawka zaistniała już podczas holowania przyczepy z jachtem. Będąc kierowcą od ponad 40 lat, mając za sobą samodzielne przebycie kilka milionów kilometrów, jednakże mając od niedawno nowe prawo jazdy, uzupełnione o literkę E, poczułem się jak początkujący kierowca. No bo jak inaczej można odebrać podróż 16-metrowym zestawem, ważącym ok. 5,5 t, z szerokością 3 metrów, jeżdżąc do tej pory normalnymi autami osobowymi.

zestaw

Dreszcz emocji przelatywał mi od stóp do czubka siwej głowy, widząc za sobą lub przed moim autem rozpędzonego „tirowca”, z zamiarem wyprzedzania lub szybkiej mijanki. Wprawdzie po pierwszych 100 kilometrach emocje opadły, ale to był dopiero początek…

Celem mojej podróży była Marina Pod Czarnym Bocianem, którą już rok wcześniej zwiedziliśmy
z synem Maćkiem, mając nawet przyjemność odbycia krótkiego rejsu rezydującym tam „Albatrosem”, będąc gośćmi Pana Waldemara, właściciela stoczni Eurotech-Jacht z Cielczy.

port

Marina - przykład porządku i ładu

Przepiękne i ustronne miejsce, niezwykle czyste i uporządkowane urządzenia Mariny, gościnność
i przychylność jej właścicieli oraz pracowników, tworzą niepowtarzalny klimat, będąc ogromną zachętą do czucia się tam jak w domu.
Wodowanie jachtu było bardzo trudne, gdyż postanowiliśmy skorzystać ze slipu, który okazał się zbyt stromy i wąski dla naszej dość dużej jednostki. Jednak mając wsparcie doświadczonego Pana Zbigniewa Sudnika, właściciela Mariny oraz producenta jachtów i houseboatów, posługując się dodatkowymi linami i elektryczną wyciągarką, zwodowaliśmy wreszcie łódź, cumując ją przy perfekcyjnie zbudowanej kei.

slip i dok

keja dla jachtów w Marinie

keja dla jachtów w Marinie

Po krótkim postoju w porcie i przepakowaniu wyposażenia z naszego pickupa, wyruszyliśmy w pierwszy rejs, kierując się
w górę rzeki. Mając wsparcie naszego przyjaciela Michała, doświadczonego wodniaka, dopłynęliśmy do Pyzdr, ciesząc się widokami przepięknej i dzikiej rzeki, wijącej się licznymi meandrami wśród pól i lasów, mijając po drodze liczne ślady działalności bobrów, podziwiając czaple i łabędzie, co kilka kilometrów mijając przeprawy promowe.

jeden z promów

Na rzekę Wartę i nasz jacht wracaliśmy jeszcze kilka razy, odbywając wiele rejsów zarówno w kierunku Pyzdr jak i w dół rzeki, do Śremu. Za każdym razem zachwyceni widokami, ujęci gościnnością gospodarzy Mariny, oczarowani czystością i porządkiem panującym w naszym porcie.

czyste i komfortowe sanitariaty

czyste i komfortowe sanitariaty

Czasami jednak, to co dobre – szybko się kończy (pewnie dla urozmaicenia). Nas dopadły skutki ogromnej suszy, co zemściło się gwałtownym obniżeniu poziomu wody na Warcie, uniemożliwiając niemal całkowicie kontynuację swobodnego pływania. Wizja przepłynięcia Wielkiej Pętli Wielkopolskiej, dotarcie do Wisły i „dalej” oddalała się od nas coraz bardziej, doprowadzając niemal do rozpaczy i ostatecznie do decyzji o ewakuacji łódki i przeniesienia jej na Odrę, z nieco korzystniejszymi warunkami do uprawiania żeglugi. Nastąpiło to w czwartek, 2 czerwca. Tym razem już nie slip, tylko wynajęty dźwig podniósł jacht ze specjalnego doku, przenosząc go na naszą przyczepę, aby umożliwić kolejną, lądową podróż do kolejnego portu przeznaczenia.

W tym miejscu pragnę serdecznie podziękować Zbyszkowi i Jego zespołowi wspaniałych ludzi, za gościnę podczas tych 2 pięknych miesięcy w naszym „drugim domu”, za korzystanie z czystych i pachnących sanitariatów, ze słupków z prądem i wodą, w poczuciu pełnego bezpieczeństwa, dzięki całodobowej ochronie naszego spokoju i mienia. Posiłki w „Tawernie Czarny Bocian” dopełniły naszą satysfakcję, zostawiając tęsknotę za ciekawymi smakami.

Tawerna Czarny Bocian

Tawerna Czarny Bocian

Z pewnością mało jest tak pięknych miejsc, z profesjonalnie przygotowaną infrastrukturą, dlatego kierujemy pod adresem Mariny Pod Czarnym Bocianem najszczersze gratulacje za poziom i standard, niezwykłą kulturę, życzliwość i profesjonalizm.

nasze miejsce w porcie

nasze miejsce w porcie

Jesteśmy przekonani, że każda osoba, która tam zawita, odjedzie z podobnymi wrażeniami, co stanie się zachętą dla innych, do tworzenia podobnych miejsc, a jest ich ciągle jeszcze tak mało…

Marek Stasiak

Możliwość komentowania Nasz pierwszy PORT, pierwszy REJS – 26 kwietnia 2015 r. została wyłączona

Rozpoczęliśmy już nowy sezon nartorolkowy – 2015

Po dość długiej przerwie informujemy o wznowieniu działalności szkoleniowej dla wszystkich osób, które zamierzają poprzez nartorolki przedłużyć sezon zimowy oraz podtrzymać kondycję wypracowaną zimową porą. Warto zmierzyć się z tą – ciągle mało popularną – dyscypliną sportową, tym bardziej, że wokół nas przybywa miejsc do tej formy rekreacji. Powstają coraz to nowe drogi rowerowe, ścieżki rekreacyjne, aleje parkowe, bulwary nadrzeczne oraz drogi rolnicze wzdłuż autostrad lub dróg ekspresowych. Polecamy się, jako firma wypożyczająca sprzęt do nauki, co pozwala na wykonanie pierwszych kroków bez potrzeby inwestycji. Po pierwszych doświadczeniach, kiedy już stwierdzimy, że nartorolki to nasza bajka, możemy przystąpić do zakupów, w czym możemy również pomóc.
A zatem zapraszamy serdecznie do wspólnych ćwiczeń

Możliwość komentowania Rozpoczęliśmy już nowy sezon nartorolkowy – 2015 została wyłączona

Sezon wiosenno-letni 2014 rozpoczęty

W niedzielę 30 marca 2014 rozpoczęliśmy sezon nartorolkowy. Pierwsze zajęcia odbyły się na drodze asfaltowej łączącej Twardogórę z Dąbrową. Rozpoczęliśmy z Agatą i Maćkiem. Tydzień później przeprowadziliśmy zajęcia z Magdą i Grzegorzem, tym razem w Dobroszycach, w przyjaznych warunkach, na terenie obiektu magazynowego Demotransu (parkingi i place manewrowe).
Miniona niedziela (13 kwietnia 2014) okazała się kolejnym i bardzo pracowitym dniem dla SKI&ROLL. Zorganizowaliśmy dla wymienionych wyżej osób drugą turę nauczania podstaw techniki nartorolkowej na terenie Dobroszyc. Celem lekcji było doskonalenie kroku łyżwowego oraz zmian kierunku jazdy. Video-coaching wspierał instruktaż, pozwalając również na uwiecznienie ciekawszych fragmentów lekcji – co pokazujemy na zamieszczonym filmiku (facebook.com/skiandroll).

Możliwość komentowania Sezon wiosenno-letni 2014 rozpoczęty została wyłączona

Lekcja na boisku do koszykówki

Tym razem fotki z lekcji na niewielkim, przydomowym boisku do koszykówki. Podłożem jest sztuczna trawa. Niewielki areał
w zupełności wystarcza do ćwiczeń podstawowych, aby po chwili przenieść się na inne, bardziej wymagające miejsca. Emilka
i Ania stawiają pierwsze, udane kroki. Pewnie będziemy kontynuowali ćwiczenia, żeby wystartować na biegówkach. Wszak niedługo zima!

lekcja na basketlekcja na basket 3lekcja na basket 2

Możliwość komentowania Lekcja na boisku do koszykówki została wyłączona

Druga lekcja Pauliny

Mamy przyjemność zaprezentować film ilustrujący kolejną, drugą już lekcję Pauliny, która postanowiła kontynuować naukę techniki jazdy na nartorolkach pod szyldem SKI&ROLL. Lekcja uwzględnia wszelkie przydatne elementy techniki nartorolkowej do poruszania się w terenie. Hamowanie, podjazdy, zjazdy, wreszcie zmiany kierunku jazdy przestępowaniem. Opanowanie tych umiejętności przyda się podczas kolejnych ćwiczeń, już bez naszej pomocy. Paulina rozpoczyna swój urlop, zabierając ze sobą nartorolki – uznała, że bez nich wakacje będą “stracone”. Jak będzie? Napiszemy o tym we wrześniu. Wcześniej, zaraz po powrocie Pauliny z wakacji, umówiliśmy się na kolejne spotkanie, tym razem na jazdę w terenie, gdzie podsumujemy efekt jej samodzielnych ćwiczeń.

Możliwość komentowania Druga lekcja Pauliny została wyłączona