Świat wokół nas zmienia się niewyobrażalnie. Nie chodzi o politykę, gospodarkę, ani o to, co się dzieje z naszym środowiskiem naturalnym, zanieczyszczeniami, ociepleniem itp. To są zjawiska i procesy, które w większości przypadków możemy jedynie obserwować, czasami bez większej nadziei na jakiekolwiek efekty podejmowanych wysiłków przy próbach dokonywania zmian, niwelacji zagrożeń oraz skuteczności  naszego wysiłku w tworzeniu lepszych standardów. Jesteśmy w większości tylko biernymi świadkami dynamicznie powstającej historii, ewolucji technicznej, naukowej, socjalnej. Czas płynie, zaś te wszystkie zmiany nas zaskakują, czasami cieszą, czasem też przerażają.

Najbardziej przerażają mnie zmiany kulturowe, te najbliższe nam i naszym bliskim. Te, na które mamy wpływ, ale wolimy od nich uciekać, bo tak jest wygodniej…
Najlepsze lata mojego życia poświęciłem wychowaniu młodzieży akademickiej, krzewiąc kulturę studencką oraz kulturę wychowania młodzieży przez sport i rekreację. Ta pierwsza była wynikiem mojego czynnego uczestnictwa w życiu klubowym podczas studiów, zwłaszcza w dziedzinie organizacji imprez studenckich i osobistego w nich uczestnictwa w uczelnianych dniach kultury, w międzyuczelnianych i ogólnopolskich spotkaniach artystycznych, w festiwalach piosenki studenckiej, w turniejach poetyckich, kabaretach, zespołach muzycznych itp.
Po studiach także przez wiele lat brałem udział w wychowaniu i kształceniu studentów jako pracownik dydaktyczny w Zakładzie Sportów Zimowych AWF Wrocław oraz jako kierownik wyszkolenia sportowego uczelnianego klubu wyczynowego AZS AWF Wrocław. Te niemal dwadzieścia lat pracy z młodzieżą zaowocowało ogromną rzeszą osób wciągniętych przeze mnie do subkultury sportowej, przede wszystkim zaś narciarskiej oraz w nieco skromniejszym stopniu związanej ze sportami wodnymi. I tym bliskim mi dwóm dziedzinom rekreacji, pragnę zadedykować niniejsze uwagi.

Popularyzując narciarstwo i ucząc studentów metodyki i techniki pozwalającej na swobodne poruszanie się po stokach i trasach biegowych, opieraliśmy się przede wszystkim na wyjaśnieniu relacji między uczestnikami tych zajęć a środowiskiem zewnętrznym oraz między współćwiczącymi, a także całą resztą „użytkowników” gór. „Wdrażanie „dekalogu narciarskiego”, stanowiącego spis najważniejszych zasad i reguł współdzielenia się radością z uprawiania narciarstwa, zachowania się w górach, w schroniskach, wespół z bogatą i różnorodną ofertą rozwijającego się przemysłu sprzętowo-odzieżowego, rozwijająca się  infrastruktura i technologia, pozwalały na budowanie mozolnie tego, z czego dumni byli niemal wszyscy narciarze, zarówno zawodnicy, jak i amatorzy. Byliśmy wszyscy świadkami i uczestnikami, ale i również beneficjentami rozwoju specyficznego kierunku kultury, dostępnej tylko tej systematycznie rosnącej grupie – narciarzom, elitarnej w każdym calu, mając powód do dumy z tej niezwykłej odrębności. Kultura ta przekazywana była przez rodziców, przyjaciół, znajomych, często podawana młodzieży szkolnej i studentom. Przyjmowana chętnie, jako niezwykła atrakcja dająca odskocznię od szarości socjalistycznego realu, przez coraz to nowych adeptów, czyniła ich lepszymi. Dbały o to liczne kluby i stowarzyszenia, popularyzowali ją instruktorzy i trenerzy oraz liczni społecznicy. Przyjemnie było w tym świecie egzystować, ale do czasu…
Paradoksalne jest dziś to, że popularyzując narciarstwo, doczekaliśmy się w końcu jego powszechnej dostępności, co – z wielką przykrością to zauważam – powoduje  powolny regres bądź niemal całkowity zanik jego subkultury!

Nikt z nas nie przewidział tak okropnego skutku, jakim jest lekceważenie lub utrata wartości spisanych w przywołanym przeze mnie „dekalogu”. Dostępność sprzętu, dziś często bardzo taniego, pochodzącego z hipermarketów lub alternatywnych wypożyczalni, rozwijająca się ciągle sieć obiektów narciarskich w regionach górskich i coraz częściej na nizinach (sztucznie naśnieżane stoki), możliwość korzystania z narciarskich resortów poza krajem, ułatwiły drogę do uprawiania narciarstwa lub tylko „uczestnictwa” w nim w skali masowej, bez obecności liderów, nauczycieli i osób wprowadzających wartości niedawnej i gubionej gdzieś po drodze upowszechniania subkultury narciarskiej. Ubolewania godne i częste są widoki tatusiów lub mam, nierzadko niezbyt trzeźwych i z „petem” w ustach (o zgrozo!), ciągnących za sobą malutkich, kilkuletnich narciarzy, przerażonych trudami nowej, modnej dziś rodzinnej rozrywki. Ordynarne wrzaski, wypełnione przekleństwami na stoku i w kolejce do wyciągu, lub już na krześle wiozącym na górę to dzisiaj standard. Upijanie się, czego skutkiem jest bardzo niebezpieczna i szybka jazda, sprawiająca ogromne zagrożenie dla własnego zdrowia, ale i również dla osób w zasięgu „trajektorii niekontrolowanego lotu”, nieprzestrzeganie podstawowych zasad bezpiecznego używania sprzętu, brak jakichkolwiek zabezpieczeń, nieposzanowanie innych użytkowników, to nagminne grzechy tych pożałowania godnych, współczesnych „rajderów”. O ile już taki ma na swoim łbie kask oraz gogle, zapewniając sobie incognito, tym chętniej pokazuje swoje chamskie i wulgarne ego. Brak elementarnej wiedzy o bezpiecznym poruszaniu się w dół, brak wyobraźni o zagrożeniach, kompletny brak odruchu pomocy osobom jej wymagających, to koszmarna rzeczywistość, pokazująca kroczące schamienie nowobogackiej społeczności narciarskiej. To zadziwiające, ale te uwagi dotyczą wyłącznie naszych rodaków tu, w kraju, jak i poza granicami Polski. Jakoś nie mogę przypomnieć sobie podobnych postaw u Szwajcarów, Niemców, Austriaków, czy nawet najbliższych naszych sąsiadów – Czechów. To Polacy są w tej lidze jedyni i niepowtarzalni. Oczywiście nie wszyscy, to rzecz jasna.  Są i ludzie przyzwoici, szanujący stare obyczaje, zachowujący się zgodnie ze wszelkimi regułami dobrego wychowania. Ale oni nie rzucają się w oczy, oni są cichym i normalnym tłem dla tych nowobogackich łotrów. Nie raz próbowałem się przeciwstawić popisom prostactwa, i tu w naszym kraju, i tam, za granicą. Wyedukowana na głównym nurcie klasyków polskiej współczesnej polityki hołota posługuje się zwrotem „spieprzaj dziadu”. Przeważnie jednak dostaję propozycję nie do odrzucenia, żebym się „nie wpierdalał” w nie swoje sprawy.  Jak nie swoje?! Po tylu latach mozolnej pracy? A czyje, jak nie moje?!

Te same obrazy widoczne są w innej dziedzinie uprawianej od lat w Polsce rekreacji, skupiającej ludzi w środowiskach wodniaków. Tam również krzewiono subkulturę, wyznaczając dziesiątki reguł, bez których trudno byłoby egzystować. Ruch w porcie, udzielanie pierwszeństwa, zasady ratownictwa, przestrzeganie przepisów, etyka żeglarska i motorowodniacka, to niezwykle ważne kanony, tak bardzo charakterystyczne dla subkultury sportów wodnych.
Pamiętam przyjemność wynikającą ze zgodności tych zasad z rzeczywistością, będąc uczestnikiem wielu obozów żeglarskich w latach 1965 – 1990. W roku ubiegłym, po ponad 25 latach przerwy, znalazłem się na Mazurach, korzystając z gościnnej dla wszystkich i pięknej „Ekomariny” w Giżycku. Nowocześniejszy sprzęt, piękne i luksusowe żaglówki i jachty motorowe, starsze oraz super nowoczesne, bardzo eleganckie i wypielęgnowane łódki, a na nich … łobuzeria! Bo jak inaczej można skomentować grupę ośmiu „karków”, wpływających do portu na „pełnym gazie”, w dosłownym sensie oraz w przenośni – wszyscy mocno pijani. Żeby bardziej podkreślić swoje chwackie wejście wystawili charczące głośniki z heavy-metalową muzyką, oczywiście na maksymalnych poziomach głośności. Jacht wyczarterowany na parę dni, zapewne bez konieczności posiadania patentu. Chlewu takiego dawno nie widziałem, wszędzie porozwalane butelki ukazujące spektrum alkoholi dostępnych w mazurskich sklepach. Nie chciałbym być armatorem tej jednostki, to wiem z pewnością. Rozochocone towarzystwo ruszyło „na miacho” dopić się, a może na spotkanie z potencjalnym towarzystwem płci odmiennej. Nie bacząc na sąsiedztwo pływających rodzin z małymi dziećmi, nie krępując się zgorszenia prawdziwych żeglarzy, wrzeszczeli, klęli, śpiewali chamskie przyśpiewki, pokazując dosadnie, gdzie mają wszystkich pozostałych. Kolesie stanowili ekstremum nuworyszowskiej elity wodniackiej, a podobne egzemplarze co rusz wpadały nam w oko. Na trasie ze Sztynortu do Giżycka i w drodze powrotnej widzieliśmy wielu panoszących się „prawdziwków”, których pokłady – zarówno te pod żaglami jak i te poruszane motorem – obstawione były flachami, z hałasem, dzikimi wrzaskami, głośną muzyką. Wymownym przykładem nieposzanowania jakichkolwiek dobrych zwyczajów jest ruch w kanale, przed mostem zwodzonym w Giżycku, tuż po zapaleniu się zielonego światła. Przepychanki, wjeżdżanie przed nosem, często zahaczając położonym masztem o głowy wyprzedzanych wodniaków…. To właśnie jest dzisiejszy obraz nowej „kultury”, dalece odbiegającej od tej, którą przywykliśmy szanować.
Inne widoki, choćby na naszej pięknej Odrze. Port w kanale, kiwające się łódki, kajakarze, na brzegu oraz liczni wędkarze. Cisza i spokój. Nagle zza zakrętu wyłania się szybko płynąca motorówka, kierując się prosto do portu. Przepływa obok, nie zwalniając, śmiech załogantów kwituje zakłopotanie i gniew tych wszystkich, którzy spodziewali się łagodniejszego potraktowania. Ale do kogo żal? Do tego prostaka, którego świadomość nie przekracza poziomu rozkapryszonego sześciolatka? Bogatemu wolno wszystko! Jakie tam zakazy, jakie zwyczaje, po co kultura? Dobra zabawa, ubaw, mocne wrażenia. O to tu chodzi! Szpan, pompowanie własnego ego, pokazywanie, kto tu jest „panem”.

Dwa światy: narciarski i wodniacki, jakże dziś odmienne od tych, które nauczyliśmy się kochać i które z największą pasją pragnęliśmy niegdyś upowszechniać jako nauczyciele, instruktorzy, rodzice i społecznicy. Nie jestem abstynentem, czasami lubię dobrą zabawę, napić się zimnego piwa, zaśpiewać piosenkę. Ale wszystko z poszanowaniem innego człowieka, miejsc w których przebywam oraz właściwego w nich zachowania. Bo – jak mawiał mój Szef, Bronisław Haczkiewicz – „wódkę pije się z głową, a nie z kiełbasą”.

Może pomysł byłego ministra Gowina, jeszcze w rządzie PO, uwalniający zawody instruktorskie, był tym właśnie przyzwoleniem na budowanie nowej rzeczywistości, bez udziału nauczycieli, instruktorów, trenerów. Ponieważ nie ma już konieczności zdobywania patentów na rekreacyjne pływanie, nie musimy korzystać z usług szkoleniowców. Któż więc przekaże nam te dobre umiejętności, zachowania, licujące z dawnymi kanonami subkulturowymi, tworzonymi przez wiele lat? Nie wyobrażam sobie, aby wspomniany wcześniej „kark” sięgnął z własnej woli do jakiegokolwiek podręcznika, chcąc dowiedzieć się o poprawnym zachowaniu, właściwym dla wybranej przez siebie dyscypliny, w którą wtargnął właśnie z ubłoconymi buciorami, jak najgorszy intruz.

Zwracajmy więc uwagę tym wszystkim, których zachowanie jest niegodne. Nie tolerujmy chamstwa, prostactwa, brońmy naszego świata, aby ocalić jego urodę dla kolejnych pokoleń. Niech idea Karłowicza, Zaruskiego i nas samych przetrwa, chroniąc subkulturę sportu i rekreacji przed schamieniem, co – jak dziś widać – zaczyna być widocznym dla nas problemem.

Marek Stasiak

Plan naszego rejsu przewidywał udział 3 osób, które podczas dwóch dni miałyby popłynąć z Oławy do Opola i z powrotem. Mieliśmy wystartować we wtorek rano, przechodząc 8 stopni wodnych w górę Odry na dystansie ponad 53 kilometrów. Po noclegu droga powrotna ze śluzowaniem w dół. Łączny dystans to ok. 110 km.

Marinę Oława opuściliśmy zgodnie z planem, tuż po ósmej. Pierwszą i niezbyt dużą śluzę w Lipkach potraktowaliśmy jako naszą rozgrzewkę, gdyż udało się ją przejść w bardzo szybkim czasie, bo w niespełna 10 minut. Radiowe zgłoszenie zamiaru jej przepłynięcia sprawiło, iż wrota śluzy były już otwarte, zanim do niej dotarliśmy. Operatorzy śluzy obiecali, że poinformują obsługę kolejnej o naszej wyprawie do Opola, tak abyśmy nie czekali na przygotowanie wody. I tak się działo na wszystkich śluzach prowadzących do Opola.
Tuż przed Brzegiem okazało się, że jeden z załogantów musi zejść na ląd i szybko wracać do Wrocławia na pomoc swojej kontuzjowanej mamie. Zostaliśmy w zespole dwu osobowym, biorąc na siebie wszystkie rozplanowane obowiązki, zwłaszcza dotyczące prac pokładowych.

Parametry samej trasy w kolejnych etapach pomiędzy stopniami wodnymi zawiera poniższe zestawienie:

I etap: Marina Oława – Śluza Lipki  – (5,5 km) – 8:08 – 8:55 (47 min), czas śluzowania 10 min.
II etap: Śluza Lipki – Śluza Brzeg (via Marina Brzeg) – (14 km) – 9:05 – 10:10 (90 min), czas śluz. 25 min.
III etap: Śluza Brzeg – Śluza Zwanowice – (9 km) – 11:00 – 12:05 (65 min), czas śluz. 15 min.
IV etap: Śluza Zwanowice – Śluza Ujście Nysy – (5 km) – 12:20 – 12:55 (35 min), czas śluz. 13 min.
V etap: Śluza Ujście Nysy – Śluza Zawada – (6 km) – 13:08 – 13:45 (37 min), czas śluz. 10 min.
VI etap: Śluza Zawada – Śluza Chróścice – (7 km) – 13:55 – 14:30 (35 min), czas śluz. 15 min.
VII etap: Śluza Chróścice – Śluza Dobrzeń – (4,5 km) – 14:45 – 15:10 (35 min), czas śluz. 10 min.
VIII etap: Śluza Dobrzeń – Śluza Wróblin – (7 km) – 15:20 – 16:10 (50 min), czas śluz. 10 min.
IX etap: Śluza Wróblin – Klub Kajakowy PAGAJ – (6 km) – 16:20 – 17:10 (50 min)

Podsumowanie:

  • Łączny czas tej części rejsu: 588 min = 9 h 48′,
  • pokonany dystans: 64 km,
  • średnia prędkość: 6,4 km/h.

Sądzę, iż powyżej zaprezentowane dane pozwolą na rzetelne przygotowanie się do odbycia podobnego rejsu, zwłaszcza tym, którzy planują swoją pierwszą odrzańską podróż do Opola/

Warto zauważyć, że trasa rejsu jest bardzo urozmaicona. Płyniemy pięknym i malowniczym korytem głównym Odry oraz węższymi od rzeki kanałami prowadzącymi do śluz. Rzeka jest niemal całkowicie pusta. Podczas pierwszej części rejsu spotkaliśmy tylko parę kajakarzy w okolicach Brzegu, jednostkę motorową z Urazu, cumującą przy lewym brzegu w okolicach Zwanowic oraz wędkarza na pontonie w okolicach ujścia Nysy. Poza malutką przystanią Raj na prawym brzegu w okolicach Dobrzenia Małego i organizującą się, bardzo skromną przystanią kajakową na lewym brzegu, tuż nad Zwanowicami, nie zauważyliśmy żadnej prawdziwej mariny, czy nawet porządniejszego miejsca do zacumowania z jakąkolwiek infrastrukturą.

fot.1. Przystań Raj w Dobrzeniu Małym na prawym brzegu – 162 km

fot.2. Rozwijająca się przystań w Kopaniu (koło Zdanowic) - lewy brzeg, 184,5 km

fot.2. Rozwijająca się przystań w Kopaniu (koło Zdanowic) – lewy brzeg, 184,5 km

Ciekawostką było tajemnicze dla nas miejsce, gdzie po obu stronach Odry, ponad śluzą Chróścice, na wysokości 167,5 km widoczne są betonowe keje, ze slipami w środku. Slipy są jednak zabezpieczone szlabanami, co wskazuje na ich całkowite wyłączenie z użytkowania, przynajmniej dla masowej „publiczności”.

fot.3. Betonowa keja w Kątach, prawy i lewy brzeg - 167,5 km
fot.3. Betonowa keja w Kątach, prawy i lewy brzeg – 167,5 km

Ciekawa jest dość rzucająca się w oczy różnorodność śluz. Są śluzy bardzo stare i ugryzione zębem czasu, z widocznymi uszkodzeniami. W 2 śluzach przeprawialiśmy się przy „połowicznie uchylonych” wrotach. Jedna strona była nieczynna, ale na tyle szeroka, że nie sprawiła nam dużego problemu (nasz weekend ma 3 metry szerokości). Są śluzy bardzo wysoko spiętrzające wodę i mocno zabrudzone, ale z największą przyjemnością podziwialiśmy perłę wśród nich – Śluzę Chróścice, czystą i zadbaną, po rzetelnie przeprowadzonej rewitalizacji.

fot.4. Śluza Chruścice, 168,3, km
fot.4. Śluza Chruścice, 168,3, km

Najbardziej dla nas kłopotliwe były częste zmiany burty cumującej w kolejnych śluzach, gdyż pociągały za sobą przerzucanie odbijaczy i cumy „śluzowej” na właściwą stronę. Okazywało się to dopiero podczas wchodzenia do komory śluzy, wówczas gdy obsługa wskazywała nam odpowiedni do cumowania brzeg. W drodze powrotnej było dużo łatwiej, gdyż notatki sporządzone w czasie jazdy w górę pomogły nam bardzoh, eliminując „spontana”.

Do Opola dotarliśmy przed godziną 17, zastanawiając się nad wyborem miejsca docelowego. Na mapie widoczna jest Marina Opole, o której dowiedziałem się również od właściciela Mariny Oława – Tomka Strażyńskiego. Od niego dostałem numer telefonu do bosmana, jednak okazało się, że był on niewłaściwy. Odebrał zaś jegomość, komunikujący, że z Mariną Opole nie ma nic wspólnego, ale może nam szczerze polecić Przystań Kajakową PAGAJ, sąsiadującą z dolnym awanportem Śluzy Opole. Po chwili wpłynęliśmy do uroczej zatoczki na lewym brzegu Odry, trafiając wprost na gospodarza przystani, Pana Jana Guzka. Pozwolił nam stanąć w najkorzystniejszym dla nas oświetlonym miejscu, oferując również sanitariat z WC i natryskiem, dostęp do wody i prądu. Wszystko za jedyne 20 zł. Wierzymy w to, że dalsza systematyczna praca pozwoli Panu Janowi na podniesienie poziomu tej uroczej przystani i niebawem powstanie tu profesjonalna marina. Trzymam kciuki już od dziś!

fot.5. Przystań PAGAJ w Opolu, lewy brzeg, 150,7 km, tuż za dolnym awanportem Śluzy Opole.
fot.5. Przystań PAGAJ w Opolu, lewy brzeg, 150,7 km, tuż za dolnym awanportem Śluzy Opole.

Po przespanej nocy, w towarzystwie uroczo kumkających żabek, po smacznej kawie i skromnym śniadaniu wyruszyliśmy w drogę powrotną do Oławy, mogąc raz jeszcze przećwiczyć manewry śluzowania, kierując się doświadczeniami dnia poprzedniego. W Marinie Oława zameldowaliśmy się o godzinie 16:05.

Kilka uwag pomocnych przy organizacji rejsu, polegającego na pokonywaniu śluz:

  • Warto mieć specjalne do śluzowych przepraw 2 odbijacze o długości minimum 80 cm i średnicy 30 cm. Ściany śluz są zazwyczaj pokryte rdzawym lub brunatnym nalotem, będącym mieszanką rdzy (jeśli ściany są metalowe), glonów roślin lub ich kompilacją. Użycie naszych standardowych odbijaczy, tych do zabezpieczenia burt przy cumowaniu w porcie i zazwyczaj mniejszych, jest dość ryzykowne, gdyż mogą one zostać wepchnięte do wnęk ściany śluzy i narazić burtę na otarcie i mocne zabrudzenie. Duże odbijacze gwarantują optymalny dystans i – co ważne – po wyjściu ze śluzy mogą zostać zawieszone np. za rufą, po czym ponownie użyte w kolejnej śluzie, bez potrzeby usuwania brudu. Przywrócenie czystości może się więc odbyć po rejsie lub po ostatnim śluzowaniu.
  • Podobnie jak z odbijaczami, powinniśmy przygotować specjalną cumę, o długości minimum 10 metrów, najlepiej czarną. Szczególnie w warunkach śluzowania w górę, gdy musimy użyć mokrego i brudnego polera w ścianie śluzy przy dolnej wodzie, nie ma sensu używać naszych najczęściej czystych i kolorowych cum. Po kilkukrotnym śluzowaniu, środkowa część cumy jest mocno zabrudzona, dlatego też warto posługiwać się specjalnymi rękawicami, chroniąc przed brudem ręce.
  • Miejmy przy sobie drobny bilon. Śluza w godzinach 7:00 – 16:00 kosztuje 7,24 zł, później 14,48 zł. Dużym ułatwieniem dla obsługi śluzy jest precyzyjnie wyliczona kwota, oszczędzi to czas zarówno im jak i nam samym, pozwalając na jej opuszczenie nawet w ciągu 10 minut.

Jako ciekawostkę przedstawiam efekt papierowej roboty, jaka powstaje podczas przepraw śluzowych. Operatorzy są zobowiązani do wypisywania kwitów, w naszym przypadku zebrana została kolekcja 16 egzemplarzy, której część pochodzącą z pierwszego etapu podróży poniżej przedstawiam.

fot.6. kolekcja kwitów za śluzowanie
fot.6. kolekcja kwitów za śluzowanie

Na koniec niniejszej relacji proponuję obejrzenie naszego krótkiego filmu z odbytego rejsu:

Marek Stasiak

 

 

 

 

 

 

 

W niedzielę 12 czerwca, płynąc z Oławy w górę Odry, w kierunku śluzy w Brzegu, w dolnym odcinku kanału prowadzącego do jej wrót, mijaliśmy się z przedwojenną i niedawno zrewitalizowaną barką „Irena”, na której pokładzie zaaranżowano Muzeum Odry, popularyzujące minione – niestety – lata świetności żeglugi odrzańskiej. Autorem i wykonawcą przedsięwzięcia jest Forum Otwartego Muzeum Techniki, które dzięki wspomaganiu Ministerstwa Kultury, nadodrzańskich gmin i licznych instytucji zorganizowało rejs „Odrzańska Odyseja”, pokazując niezwykle interesującą wystawę w wielu miejscowościach pomiędzy Wrocławiem i Kędzierzynem. Niedzielny etap rejsu zakończył się w Brzegu, imponująco prezentujący się zestaw zacumowany został przy nabrzeżu Odry, pomiędzy Mariną Brzeg a mostem drogowym.

DSC_7273

Mijanka nasza została uwieczniona na krótkim filmiku, do którego obejrzenia zapraszam.

 

Ważny majowy dzień – nadszedł czas na wodowanie naszego „weekenda”. Dość długo zwlekaliśmy
z tym przedsięwzięciem, głównie zniechęceni kiepską pogodą, zwłaszcza zimnem i brakiem słońca.

Łódka nasza wyjechała z hangaru już trzy tygodnie temu, została dokładnie wymyta, wysprzątana
i przewietrzona. Pozostawienie jej na zewnątrz miało na celu doładowanie akumulatorów bateriami słonecznymi zamontowanymi na dachu nadbudówki, na razie bez użycia prostownika, choć jego brak postanowiliśmy uzupełnić. Został zakupiony i doinstalowany do istniejącego już systemu solarnego, co pozwala nam obecnie na możliwość dodatkowego ładowania naszych baterii, jeśli tylko mamy w zanadrzu gniazdo 230 V. Kolejny, czekający nas zakup to najmniejszy, acz bardzo wydajny agregat prądotwórczy Hondy, którego użycie wzniesie komfort przebywających na pokładzie naszego statku na “najwyższy poziom”. Ciepła woda, światło, mikrowela, ekspres do kawy, itd. Wreszcie możliwość korzystania z komputera i urządzeń biurowych, aby z dala od szarej rzeczywistości móc kontrolować jej funkcjonowanie, jeśli oczywiście będzie to koniecznością.

Wymieniłem wszystkie płyny, podokręcałem po zimowych przestojach to, co trzeba było, wymieniłem kilka zużytych elementów na nowe, zainstalowałem dodatkowe listwy ledowe oświetlenia we wnętrzu statku, na koniec dokleiłem na jego burtach i ścianach nadbudówki nowe elementy grafiki z naszym logo i adresami e-mailowymi. Wszystkie te czynności zostały starannie zaplanowane i w kolejności zrealizowane, bez zbytniego pośpiechu, ale za to dość starannie.

IMAG2330

Fot.1. Zestaw gotowy do drogi wraz z asekuracją

Gotowi do drogi, wyruszyliśmy w sobotnie południe, w dniu 21 maja, wespół z synem Maćkiem i jego żoną Madzią, jadącymi drugim autem. Ich zadaniem była asekuracja w miejscach niezbyt bezpiecznych, tam gdzie wąsko, ruchliwie i nerwowo. Mieliśmy do przejechania odcinek pomiędzy naszym domem położonym w okolicy Twardogóry, a zaprzyjaźnionym portem w Ścinawie, nadodrzańską miejscowością graniczącą z Oławą. Dystans niewielki, bo około 60 kilometrów, prowadzący całkowicie lokalnymi drogami. Po drodze zatankowaliśmy ok. 200 litrów ropy, tak aby starczyło na kilka tygodni pływania.

w drodze

Fot. 2. W drodze do Mariny Oława

Po dotarciu na miejsce okazało się, że w samej Marinie Oława nie będziemy mogli skorzystać z tamtejszego slipu, gdyż trafiliśmy akurat na znacznie obniżony poziom wody. Postanowiliśmy zatem skorzystać z dzikiego slipu oddalonego od Mariny około jednego kilometra w górę Odry, na lewym jej brzegu. Już raz korzystaliśmy z tego miejsca ubiegłej jesieni, wyciągając nasz okręt na przyczepę, z bardzo udanym skutkiem. Dojazd do rzeki jest kłopotliwy ze względu na niewyobrażalne nierówności drogi gruntowej, już po zjeździe z drogi asfaltowej. Nasza jednostka ważąca 2 tony, na prawie tonowej przyczepie kiwała się w różne strony, niczym fregata na bardzo wzburzonej wodzie. Metr po metrze, z minimalną prędkością, pilnując właściwego toru jazdy, dowiozłem nasz bagaż do niewielkiej zatoczki, żeby po chwili ustawić przyczepę tyłem do rzeki, gotową do zjazdu w dół. Trzeba było jeszcze tylko uwolnić łódź z przyczepy, odpinając dwa pasy. Tu nastąpił bardzo miły akcent wodniackiej solidarności, gdyż usłyszeliśmy warkot silnika, po chwili widząc mknącą ku nam motorówkę Tomka Strażyńskiego, szefa Mariny, w asyście czterech swoich kolegów, gotowych do udzielenia nam pomocy. Dziękując za miłe deklaracje, zaproponowałem abyśmy mogli z Maćkiem przeprowadzić tę operację we dwójkę, aby przećwiczyć to na wypadek konieczności samodzielnego działania w przyszłości. Początkowo szło nieoczekiwanie gładko, Maciek wskoczył na pokład, włączył prąd, przygotowując silnik do uruchomienia. Ja zaś powoli zjeżdżałem przyczepą do wody, zanurzając jej koła w toni. Widząc, że rufa jest już swobodna, odczepiłem ostatni już pas spinający dziób statku z przyczepą, dając synowi sygnał gotowości do odpalenia motoru. Po jego starcie i próbie zepchnięcia dziobu i całkowitego uwolnienia łódki, okazało się, że końcówka dziobu utknęła na ostatniej rolce kilowej przyczepy, a właściwie jej metalowej, niestety solidnie odkształconej obudowie. Widocznie jej uszkodzenie nastąpiło podczas zeszłorocznego wciągania statku na przyczepę i uszło naszej uwadze. Tu sam nie dałem rady, więc poprosiłem Tomka i jednego z jego kumpli, aby pomogli mi uwolnić statek. Już pierwsza próba się powiodła, a Maciek dokończył dzieła dając „całą wstecz”, po czym wykręcił triumfalną rundę i skierował się w dół Odry, płynąc do swojego miejsca przeznaczenia. Podziękowałem kolegom za asystę, reszcie za miłe deklaracje, kibicowanie i fachowe podpowiedzi, przygotowałem przyczepę do odjazdu, pozwijałem pasy i również udałem się do Mariny. Teraz nastąpił czas doposażenia naszego jachtu w niezbędne klamoty przywiezione z hangaru: koła ratunkowe, bosaki, pozostałe cumy, naczynia, ręczniki, ścierki i środki czystości. Wszystko to poprzenosiłem z auta do łódki, umieszczając je na swoich miejscach. Nie zapomniałem o narzędziach i częściach zapasowych, których niespodziewany brak może nagle skomplikować lub nawet przerwać pływanie (m.in. pasek klinowy, wirnik pompy wodnej, itp.). Konieczne też było zatankowanie wody do zbiornika mieszczącego się w części dziobowej, co pozwoliło na wyrównanie obciążenia łódki, kompensując pełny bak z paliwem ciążący na rufie. Kończąc ten etap przygotowań, postanowiłem wypełnić ostatni już zaplanowany krok – uruchomiłem silnik i wczołgałem się do jego komory pod tylnym pokładem. To, co zobaczyłem wprawiło mnie w osłupienie. Komora była niemal całkowicie zalana! Po chwili zobaczyłem silny strumień wody walący wprost z zaworu odprowadzającego wodę chłodzącą silnik do zęzy. Wyskoczyłem na zewnątrz i wyłączyłem motor. Dopiero teraz zrozumiałem, co się stało. Nie zamknąłem tego cholernego zaworu, którym wypuściłem wodę z silnika tuż przed zimą, aby zapobiec jej zamarznięciu. Zapomniałem o tym na amen. Na dodatek pompa zenzowa ustawiona była w trybie „manual”, wobec czego woda gromadziła się w miarę upływającego czasu pracy silnika. Na szczęście Maciek przepłynął niewielki dystans dzielący nasz dziki slip z portem, a mogło być znacznie gorzej, gdybyśmy nie zaglądając do silnika zdecydowali się popłynąć w pierwszy rejs nieco dalej. Z pewnością doprowadzilibyśmy do podtopienia naszego statku, o ile nie gorzej! Wstyd się przyznać, ale popełniłem szkolny błąd, godny tylko nowicjusza. Błąd głęboko już od teraz zapisany w pamięci. Po zdiagnozowaniu przyczyny, przełączyłem pompę na tryb „automat” i dzięki niej pozbyłem się dość szybko wodnego balastu, z oczywistym postanowieniem, że w przyszłości trzeba wykonać wszystkie (!!!) odwrotne czynności do tych, które zabezpieczają statek przed mrozami. Tego dnia na pływanie nie starczyło już czasu, więc „pożeglowałem” z przyczepą w drogę powrotną do domu.

Z niecierpliwością doczekałem się niedzielnego poranka, kiedy wraz z Olką wyruszyliśmy do Mariny na spotkanie z grupą przyjaciół, którym zaproponowaliśmy inauguracyjny rejs w nowym sezonie 2016. Czekając na ich przyjazd poszliśmy przywitać się z gospodarzami Mariny i zarazem Tawerny Kapitańskiej – Anią i Tomkiem. Oboje bardzo zapracowani, znaleźli czas na krótką prezentację zmian przeprowadzonych w tym miłym miejscu. Dużo korzystniej wygląda obecnie Tawerna, mając zmodernizowane tarasy po obu stronach wejścia. Piękna, nowa drewniana podłoga, przeźroczysty dach leżący na elegancko wystruganych krokwiach, wiszące pod dachem donice z poziomkami i pomidorami, nowe, wygodne krzesła przy stolikach, piękne obrusy. Wszystko w bardzo dobrym guście.

IMAG2341

Fot.3. Tawerna Kapitańska z nowymi tarasami

Tuż przy parkingu, po lewej stronie Tawerny powstaje dodatkowa letnia kuchnia z barem. Już niedługo rozpocznie się serwowanie dań i napojów z tego miejsca. W planie jest też nowy sanitariat dedykowany użytkownikom Mariny: prysznic i WC. To ważne miejsce, szczególnie dla osób które zatrzymały się w Oławie, odbywając swój dłuższy rejs po Odrzańskiej Drodze Wodnej. Cały obiekt jest już monitorowany, wraz z pomostami i cumującymi przy nich jednostkach. To dodatkowe zabezpieczenie wspomagające ochronę portu. W kuchni Tawerny również zauważalne zmiany, przede wszystkim wzbogacone menu. Nowe kreacje Ani robią wrażenie, ale nie będę się o nich rozpisywać, pozostawiając niżej fotkę z jednym z zamówionym przez nas daniem – smakowitym i świeżutkim tatarem, przyozdobionym dodatkami podanymi na ostrygowych muszlach. Przepięknie wyglądająca kompozycja smaku i estetyki.

IMAG2331

Fot. 4. To trzeba po prostu spróbować!

Po wstępnej degustacji kilku innych propozycji kulinarnych i małym kufelku czeskiego Kozela, wypłynęliśmy
z naszego portu w bardzo dobrych humorach, aby nacieszyć się płynącą leniwie wodą, słonkiem i lekkim wietrzykiem, kierując się na południe w górę rzeki. Za sterami naszego okrętu zasiadł niedawny zdobywca patentu motorowodnego – Adam, manewrując sprawnie pomiędzy brzegami Odry oraz innymi jednostkami, które – podobnie jak nasza – zostały niedawno zwodowane w Marinie Oława. Na brzegach dziesiątki wędkarzy, co jakiś czas widzimy siedzące lub szybujące nisko nad wodą czaple oraz bacznie obserwujące nas dzikie kaczki. Odra przywitała nas całym swoim urokiem, sprawiając ogromną radość i nadzieję na udany sezon wodniacki.
Zawróciliśmy po godzinie, zbliżając się do śluzy w Lipkach. Stery przejął Andrzej, równie sprawny sternik, który zakończył nasz rejs, przybijając niemal artystycznie do naszego miejsca przy pomoście.
Z tak odpowiedzialną i sprawną załogą aż miło pływać!

IMAG2335

Fot.5. Sternik Adam

Wróciliśmy do Tawerny, aby uczcić premierowy rejs i miłe spotkanie. Popołudnie spędziliśmy
w miłym gronie, przy dźwiękach żywej muzyki w wykonaniu naszego znajomego – Pana Zbyszka, świetnego i utalentowanego muzyka. Jego akordeonowe popisy, świetny głos, dowcipne piosenki i nadzwyczajny humor potrafią rozbawić nawet największego ponuraka. Zbyszek jest obecny  w Marinie niemal zawsze, wpisując się świetnie w wodniacki klimat tego miejsca.

Zbyszek

Fot.5. Muzyka i śpiew – Zbyszek w akcji.

Z przykrością odnotowaliśmy upływ czasu zmuszający nas do rozstania. Jutro poniedziałek, normalny dzień, praca i codzienne obowiązki. Pożegnaliśmy się, życząc sobie udanego tygodnia i w miarę możliwości szybkiego powrotu na rzekę, aby choć na parę godzin poczuć się wakacyjnie, odpocząć godnie po całotygodniowym trudzie, nacieszyć się bliskością natury, spokojem i niezwykle malowniczymi pejzażami.

Miło mi zakomunikować, że rozpoczęliśmy już sezon wodniacki 2016! Tym razem, podobnie jak w roku ubiegłym, inauguracja odbyła się na rzece Warcie, w uroczej i gościnnej „Marinie Pod Czarnym Bocianem” nieopodal Nowego Miasta nad Wartą. Dzięki uprzejmości właściciela Mariny, Zbigniewa Sudnika, mieliśmy zaszczyt być jednymi z pierwszych osób, które zostały zaproszone na rejs nowym jachtem motorowym SM – 30 Cruiser Alu, wyprodukowanym niedawno przez „Stocznię Sudnik Motoryachts”.

Jednostka ta prezentowana była na ostatnich warszawskich targach „Wiatr i Woda” (marzec 2016), gromadząc wokół siebie ogromną rzeszę zainteresowanych jej oryginalnym wyglądem (styl retro) i ciekawymi parametrami technicznymi wodniaków, uczestniczących w tej dorocznej i najpopularniejszej krajowej imprezie.

SM_30_Cruiser_Alu

Przyznam, że byłem świadkiem powstawania jachtu, gdyż korzystając z zaproszenia Pana Zbyszka oglądałem go jeszcze przed targami, na etapie finalizacji płaskodennego kadłuba, nadbudówki oraz elementów instalacji. Byłem pod ogromnym wrażeniem, widząc efekty niezwykle precyzyjnej roboty, jaką zaprezentował mi autor projektu i jednocześnie jego wykonawca. Jednostka jest zbudowana głównie z aluminium morskiego, wymagając zastosowanie niezmiernie skomplikowanej i nowoczesnej technologii. Cięcie 6 milimetrowych arkuszy blach aluminiowych, z wykorzystaniem technologii frezowania, łączenie ich z poszyciem poprzez niezwykle precyzyjne spawanie, uzyskiwanie idealnie gładkich i zgodnych z projektem powierzchni i kształtów – to pokaz mistrzowskiego wykonawstwa i gwarancja najwyższej jakości. Dobór materiału podyktowany został kilkoma aspektami z punktu widzenia przyszłych użytkowników: bardzo długa żywotność, brak potrzeb konserwacji, łatwość utrzymania czystości i estetycznego wyglądu i niemal całkowita niezniszczalność podczas użytkowania. Aluminiowy kadłub jachtu jest bardzo trwały i odporny na wszelkie wodne przeszkody i niespodzianki, a komorowa konstrukcja części podwodnej kadłuba, nawet przy częściowym jej uszkodzeniu pozwala na dalszą eksploatację jednostki, bez jakichkolwiek zagrożeń jej zatopienia. Dzięki ostrym krawędziom pomiędzy wysokimi burtami i dnem oraz dodatkowymi 3 skegami w części rufowej, jednostka ta jest niesamowicie stabilna, ponadto wyposażona w 2 stery zsynchronizowane z obracającym się silnikiem, z łatwością utrzymuje stateczność kursową . Co ważne i zarazem niewiarygodne – niemal 2 tonowa jednostka może być poruszana silnikiem zaburtowym wyposażonym w śrubę uciągową o wzmocnionej przekładni o mocy (!) 9 KM. To ostatnie budziło moje wątpliwości, dopóki nie znalazłem się na Warcie, której prędkość nurtu waha się w granicach 5-6 km/h.

DSC_7178

Testowe pływanie odbyło się w ostatnią niedzielę, 8 maja br. Po krótkiej prezentacji najbardziej istotnych walorów jachtu przy jednym z pomostów Mariny, weszliśmy wraz z przyjaciółmi na jego pokład, z którego dotarliśmy do bardzo przestronnej nadbudówki, mieszczącej sterówkę, kambuz, wygodne, 2-metrowe koje do spania oraz rozmaite schowki, szafy ubraniowe i kuchenne. Wszystko wykonane z litego drewna i stali nierdzewnej, w bardzo dobrym guście. Wysokość tego pomieszczenia pozwala na komfortowe w nim przebywanie, nawet bardzo wysokim osobom, bowiem wysokość wnętrza wynosi 2,10 cm.

Wrażenie robi też łazienka mieszcząca oddzielną kabinę prysznicową, toaletę typu morskiego i umywalkę.

SM_30_Cruiser_Alu2[1] DSC_7167

Uwagę zwracają też panoramiczne okna kabiny, wykonane z szyb poliwęglanowych, pozwalające na komfortowe śledzenie otaczającej jacht przestrzeni. SM-30 został uznany przez organizatorów wspomnianych targów w Warszawie jako jednostka „prawdziwie proekologicznej konstrukcji wykonanej w całości z materiałów dających się recyklingować” (za miesięcznikiem Żagle nr 5 – maj 2016)

Inspiracją motywującą producenta do stworzenia tej jednostki była ubiegłoroczna susza, powodująca dramatycznie niski stan wód śródlądowych, utrudniając bądź uniemożliwiając zupełnie żeglugę większości jednostek o zanurzeniu przekraczającym 40 cm, szczególnie na rzekach nieuregulowanych, m.in. Warcie, Wiśle, Noteci. SM-30 Cruiser Alu posiada zanurzenie do 30 cm, przez co z dużą łatwością pokonywać może bardzo płytkie wody, zaś specjalnie ukształtowane dno jachtu całkowicie osłania śrubę, pozwalając bezpiecznie pokonywać bardzo płytkie miejsca i dopływać bezpośrednio do brzegu bez jakiegokolwiek prawdopodobieństwa uszkodzenia silnika. My płynęliśmy w dół i wracaliśmy pod prąd dość wartko płynącej Warty, czasami w odległości 1,5 – 2 metrów od jej brzegu, poruszając się typową dla tego typu jednostek prędkością, w granicach 6-7 km względem lądu. Przypomnę, z silnikiem 9 KM! Co nie oznacza, że producent nie przewidział możliwość zastosowania większych silników. Ostateczne wyposażenie jachtu jest – co oczywiste – podyktowane potrzebą jego nabywcy, który może sobie zamówić zarówno mocniejszy silnik (do 30 KM), jak również inne detale nie figurujące w standardowym wyposażeniu. Szczegóły techniczne i wyposażenie jest dostępne na stronie: www.sudnik-motoryachts.pl. Warto raz jeszcze wrócić do wspomnianej wcześniej, bardzo precyzyjnej zdolności manewrowej, szczególnie w porcie, podczas chwilowych podmuchów dość porywistego wiatru. Sądziliśmy, że wysoka nadbudówka jachtu może być na nie podatna. Myliliśmy się, i to bardzo. Producent zaprezentował nam zgoła odmienną zdolność swojej jednostki, sprawnie nią manewrując, zarówno poruszając się do przodu, jak i w tył. Jacht, pomimo długości 9,5 metrów nie potrzebuje wspomagania sterem strumieniowym – jest on całkowicie zbędnym gadżetem.

DSC_7176

Z całą pewnością mogę zarekomendować testowaną jednostkę jako jacht dedykowany tym, którzy chcą spędzić na wodzie wszystkie swoje wolne chwile, odbyć dłuższe i dalekie rejsy. Komfortowe wnętrze zapewni gościnę kilku osobom (4-5), zaś bogate jego wyposażenie techniczne uprzyjemni i ułatwi każdy, nawet wielotygodniowy rejs, mogący odbywać się w warunkach wiosenno-jesiennych chłodów. Jachty wyprodukowane przez „Stocznię Sudnik Motoryachts” będzie można również wyczarterować już w tym sezonie – wszelkie informacje na stronie: www.cb-charter.pl.