Zakładkę “Wspomnienia z AWF” dedykuję wszystkim tym, z którymi miałem zaszczyt i przyjemność współuczestniczyć w zajęciach dydaktycznych i “pomiędzy nimi”, podczas ponad 20-letniej historii mojej obecności w Zieleńcu, najpierw w roli studenta, potem nauczyciela akademickiego w Zakładzie Sportów Zimowych wrocławskiej AWF. To kawał czasu, ogromnie liczebna społeczność, wiele zdarzeń, czasami poważnych, a czasem smutnych, przede wszystkim zaś bardzo wesołych, a te – jak wiadomo – są najlepiej zachowane w pamięci.
I właśnie ta szufladka moich wspomnień domaga się od dłuższego czasu podzielenia z innymi, choćby nawet po to, aby raz jeszcze się pośmiać, powspominać, a nawet wzruszyć, jeśli dotkniemy najgłębiej ukrytych sentymentów i uczuć. Zainspirowali mnie najbliżsi koledzy z Zakładu, którzy próbują kleić poszczególne zdarzenia w jakąś spójną i logicznie układającą się całość, w chronologicznie uporządkowanej kolejności.
Im bardziej rośnie liczba osób, które utożsamiają się z niektórymi historiami, przypisując sobie osobisty w nich udział, tym bardziej czuję się zachęcony do rzetelnego odtworzenia tego, czego ja byłem autentycznym uczestnikiem lub tylko świadkiem. Mało tego, wszelkich niedowiarków oraz tych zawłaszczających sobie nasze historie “opowiadaczy”, będę mógł odesłać do zapamiętanych przeze mnie osób, mogących poświadczyć przytaczane poniżej historie.
Będą się one pojawiały w niniejszej zakładce co jakiś czas, bez szczególnej regularności, w porządku chronologicznym –  najnowsza zawsze pojawiać się będzie zawsze na górze, “ściągając” poprzednie w dół.

____________________________________________________________

10 – Akademik w PeDeTe we Wrocławiu

Warto wspomnieć o naszym skromnym, nigdzie nieopisanym wkładzie w historię największego domu handlowego we Wrocławiu, zbudowanego i oddanego do użytku w 1930 roku przez rodzinę Wertheimów. Współcześnie, po ostatniej architektonicznej modyfikacji mającej miejsce w latach dziewięćdziesiątych i dobudowaniu nowoczesnej, przeszklonej części od strony dawnego Placu Czystego, stał się jednym z najpiękniejszych obiektów handlowych Dolnego Śląska, z wieloma sklepami, ogromnym parkingiem, restauracjami oraz multikinem.

Przeglądając historię sławnego PeDeTe, nigdzie nie znalazłem informacji, że począwszy od lat sześćdziesiątych do 1976 był miejscem zamieszkania studentów wrocławskiej WSFW, po roku 1972 Akademii Wychowania Fizycznego.

Akademik znajdował się na dwóch piętrach – czwartym, gdzie zakwaterowani byli mężczyźni i szóstym, zamieszkiwanym przez część żeńską. Pomiędzy tymi piętrami znajdowała się bursa dla dziewcząt średnich szkół ekonomicznych. Do tego niewątpliwie atrakcyjnego, z wielu powodów sąsiedztwa, wrócimy nieco później.
Wejście do naszego akademika zlokalizowane było w skrzydle przy ulicy Podwale, tam, gdzie w części parterowej mieścił się oddział Poczty Polskiej.

Mój pierwszy kontakt z tym przeuroczym miejscem odbył się jeszcze w czasie praktyk robotniczych, poprzedzających pierwszy rok studiów, w roku akademickim 1973-74.
Dla potrzeb organizowania rozrywki dla naszej dość licznej społeczności „praktykantów”, oddano nam we władanie uczelniany klub DISCUS, mieszczący się w części męskiej. Już w pierwszych dniach praktyki zaktywizowali się ci spośród nas, którzy otarli się o organizację imprez o charakterze kulturalno-rozrywkowym. A zatem otrzymaliśmy do dyspozycji salę klubową wraz z instrumentami muzycznymi, gdzie nietrudno było zaaranżować pierwsze wieczory muzyczne, przy pianinie i gitarach oraz improwizowane wieczory kabaretowe, najczęściej parodiujące sytuacje z naszych miejsc pracy na wrocławskich budowach i Stadionie Olimpijskim. Było miło i wesoło, a najbardziej zadowolony był dziekan R. Jezierski, który wizytując nasze imprezy odkrył przed nami swoje plany związane z reaktywacją przygasłej nieco działalności kulturalnej studentów naszej Uczelni, z udziałem świeżo odkrytych podczas tych spotkań talentów z naszego rocznika. Swoją pomocą służył nam niedawno zmarły Janusz Pietrzyk, wówczas jeden z opiekunów praktyk, który mając za sobą barwną artystyczną przeszłość ze swoich lat studiów, dostrzegł w nas potencjał artystyczny warty swojego zaangażowania.

Wyłoniona wówczas grupa osób, a wśród nich: Ula Sieczka (po zamążpójściu Nawara), Bogusia Lubecka, Heniek Nawara, Andrzej Krawczyk, Igor Makowski, Witek Stefanicki, Edek Superlak, Jurek Witczak i niżej podpisany, stała się naprędce zmontowaną ekipą kabareciarzy, recytatorów i muzyków, aktywną przez wszystkie dalsze lata studiów. Warto w tym miejscu wspomnieć o osobie Stefana Placka, wieloletniego szefa Klubu Muzyki i Literatury, który był jednocześnie kierownikiem akademika. Wspomagał naszą działalność jak mógł, wspierając nas swoimi pomysłami, zapraszając na co ciekawsze imprezy do swojego Klubu, mieszczącego się nieopodal PeDeTu, skąd pożyczaliśmy instrumenty muzyczne, mikrofony, lampy oraz inne gadżety wzbogacające scenografię w naszych programach. Jego pomoc była nieoceniona, dlatego dużo łatwiej nam było osiągać wysoki poziom artystyczny naszych przedsięwzięć. Z biegiem czasu reprezentowaliśmy uczelnię w licznych przeglądach piosenki studenckiej, konkursach recytatorskich, ogólnopolskich festiwalach kultury studenckiej uczelni wychowania fizycznego, wrocławskich imprezach „GAPA” do których pewnie jeszcze wrócę.

Praktyki dobiegły końca, rozpoczął się czas studiów. Ponieważ przyjechałem z Jeleniej Góry, ubiegałem się, jak większość zamiejscowych, o miejsce w akademiku. Uczelnia dysponowała wówczas trzema lokalizacjami: przy ulicy Próchnika, na Podwalu 70 i w PeDeTe. Nasza aktywność podczas praktyk sprawiła, że niemal wszyscy otrzymaliśmy przydział do tego ostatniego, pewnie dlatego, żeby być bliżej klubu, stanowiącego centrum kultury naszej uczelni.
Byliśmy z tym miejscem już zaprzyjaźnieni, ale nikt z nas nie widział pokoi mieszkalnych, gdyż były one zamknięte podczas wakacji. Dopiero po przybyciu na miejsce, z kartą pobytu wydaną w dziekanacie, zgłosiliśmy się do zakwaterowania. Dostałem przydział do pokoju numer pięć wraz z sześcioma kolegami z którymi stanowiliśmy brygadę robotniczą z praktyk. Razem siedmiu mieszkańców!
W pierwszych chwilach byliśmy dość bezradni, stojąc w drzwiach, z ogromnymi torbami wypełnionymi odzieżą, sprzętem sportowym i prowiantem. No i z pobraną z portierni pościelą pod pachą. Dość długo zastanawialiśmy się jak to wszystko zorganizować, bo zastaliśmy 7 rozgrypconych tapczanów, kilka obdrapanych szaf oraz stół i siedem krzeseł. Gołe ściany, ogromnej wielkości okno i wisząca lampa. Jak to poustawiać, aby zapewnić każdemu z nas odrobinę komfortu, intymności i warunków do nauki?
Postawiliśmy zgodnie na „open-space”, aby mieć ze sobą kontakt wzrokowy – czyli żyć w ścisłej komunie. I tak, w zgodzie z założoną koncepcją zaczęliśmy ustawiać meble. Przy ścianach tapczany i szafy, na środku, w centralnym miejscu pokoju stół. Ale nie udało się nam za grosz wycisnąć nawet minimum estetyki, gdyż ściany zionęły pustką, zupełnie jak w jakiejś hali fabrycznej. Wtedy nie było jeszcze mody na lofty, gdyby było inaczej może stanowilibyśmy awangardę. Wobec tej porażającej nasze zmysły pustki udaliśmy się na ratunek do naszego kierownika, Stefana Placka. Wszak odwiedzając jego Klub zapamiętaliśmy, że dysponował on ogromną ilością instrumentów muzycznych, z których – co ciekawsze, eksponowane były na ścianach Klubu Muzyki i Literatury. Przede wszystkim piękne cytry. Udało nam się wypożyczyć parę instrumentów dętych, które leżały bezużytecznie w klubowym magazynku. Wzięliśmy 2 wielkie tuby, 2 puzony, 2 klarnety i 3 waltornie. Znalazły się również całkiem nieźle strojące skrzypce, które również znalazły się w naszym posiadaniu. Uroczym dodatkiem była wysłużona gitara Henia Nawary. Powiesiliśmy to wszystko na ścianach, co dodało naszej sypialni wiele uroku i artystycznego ducha.
Same instrumenty bardzo się przydały nie tylko w charakterze dekoracji, używane były w różnych celach. Co jakiś czas służyły w niedzielne przedpołudnie do wyznaczania kroku marszowego tym, którzy dreptali Świdnicką i Podwalem do pobliskiego kościoła na mszę. Mieliśmy wrażenie, że nie wszystkim to odpowiadało, bo co jakiś czas odwracali się do nas i grozili pięściami wykrzykując gromko, chcąc przerwać brzmienie trąb. To oczywiście motywowało nas do jeszcze bardziej dynamicznej „gry” i po jakimś czasie ulicę Świdnicką wypełniał kakofoniczny ryk. My, wychyleni przez okno z brzmiącymi głośno instrumentami dętymi, a oni, tam na chodnikach, podejmowali z nami walkę, drąc się do nas złowieszczo. Najczęściej ci najbardziej ambitni, już po mszy próbowali przyjść na skargę. Ale zawsze zastawali zaryglowane drzwi, zaś udanie się nazajutrz na odległą ulicę Witelona, wprost do dziekanatu wiązało się z wielkim wysiłkiem. Tak więc bezkarnie, co jakiś czas powtarzaliśmy nasze muzykowanie uliczne.
Skrzypce służyły do subtelniejszych celów, najczęściej do budzenia kolegów, ich ulubioną melodią „Kiedy ranne wstają zorze”. Najczęściej koncert poranny grany był na stole, wśród resztek kolacji i w bardzo niekompletnym stroju, właściwie w samych japonkach. Miało to diametralnie odmienne skutki, gdyż wybudzone towarzystwo przyjmowało pogodny i bezkonfliktowy nastrój wybrzmiałej melodii, obecnej w uszach przez cały dzień. O tej porannej, muzycznej terapii wspomniał kiedyś Henio w Życiu Akademickim z 11 maja 1995 roku (str.6).

Oprócz sali klubowej i ośmiu pokoi mieszkalnych mieliśmy w naszym akademiku sporej powierzchni łazienkę z kilkunastoma umywalkami i jednym prysznicem. Stała ta też pralka Frania z wyżymaczką. Łazienka była drugim centrum kultury, nie mniej ważnym od samego klubu Discus. Tam każdego poranka spotkaliśmy się na naszych ablucjach, podczas których odbywały się różne turnieje, mające wyłonić zwycięzców, na których czekał w ramach nagrody jedyny sprawny prysznic. Wygrana wcale nie zapewniała przyjemnej kąpieli. Często była ona przerwana akcją zazdrośników, którzy ponad ścianką kabiny przelewali na czyściocha zawartość dwudziestolitrowej miednicy z zimną wodą. Za każdym razem byliśmy świadkami wendety lub tylko pościgu namydlonego golasa za dowcipnisiami, któremu towarzyszył ryk dzikiego zwierza. Najbardziej przerażone były portierki, zamknięte od środka w swojej kanciapie.
Dobrą zabawą była codzienna giełda pomysłów na kolejne zawody. Raz celowaliśmy ogryzkami w garmażeryjnych dostawców, którzy o tej porze przywozili do PeDeTu swoje wyroby, niosąc je na tacach przez Plac Czysty do magazynów, akurat pod oknami naszej łazienki. Najwyżej punktowane było wcelowanie w miskę z sałatką jarzynową lub śledziową lub w głowę umykającego spod gradu pocisków dostawcy.
Innym razem rywalizowaliśmy o najdłuższy skok z kratki na kratkę. Mowa tu o elementach drewnianych podestów ułożonych na podłodze pod każdą z umywalek. Przenosiliśmy je w inne miejsca, ustawiając właściwą odległość, godną mistrzowskich susów. Ponieważ podłoga zazwyczaj była mokra i śliska, trudno było ustać po skoku, co wzmagało radość widzów.
Najbardziej spektakularne były jednak konkursy z użyciem wspomnianej Frani, a właściwie samej wyżymaczki. To może nie zabrzmi wiarygodnie, ale na szczęście są wśród nas uczestnicy tej rywalizacji, którzy mogą dostarczyć świadectwo prawdy. Konkurencja polegała na zbliżeniu się swoją najbardziej wrażliwą częścią ciała potwierdzającą męską płeć do dwóch gumowych wałków, aby po bardzo powolnych obrotach korbki napędzanej przez właściciela (!) ów części ciała przeprowadzić ten fragment na drugą stronę wałków. W tych zawodach obowiązywały najbardziej zaostrzone zasady fair-play. Nikt inny, poza zawodnikiem nie mógł zbliżyć się do korby wyżymaczki. Wobec tego wokół areny sportowej formował się szpaler kibiców w odległości dwóch metrów od środka koła i tylko jedna osoba miała dostęp do środka. Był to sędzia zawodów, oczywiście z linijką w ręce. On dokonywał pomiaru wydobywającej się poza wałki ów wrażliwej i sprasowanej cząstki fiuta. Był to bardzo krótki moment, podczas którego słyszalny był syk bólu wydobywający się z ust atlety, zaś narastający okrzyk widzów zwiastował imponujący wynik. Niemal cały akademik brał w tych igrzyskach udział, jednak lista zawodników, ciągle tych samych nie była imponująco długa. Większość stanowili jednak widzowie. Pamiętam, że najlepszy wynik w tych igrzyskach imponował każdemu, osiągając 11 milimetrów. Uzyskany został przez niezbyt wysokiego zawodnika, który musiał stać na trzech podestach, aby dosięgnąć wyżymaczki. Prawdopodobnie do dziś jest to aktualny rekord PeDeTu.

Równie fascynujące były popisy naszych kolegów z sekcji akrobatycznej z Jawora. Mieliśmy do dyspozycji bardzo długi, ponad pięćdziesięciometrowy korytarz, który podczas późnych wieczorów zamieniał się w ścieżkę akrobatyczną. Jakość skoków oraz stopień trudności zależał od hojności widzów. Im więcej oferowano trunków, tym trudniejsze były ewolucje. Prezentacje te odbywały się z udziałem części żeńskiej naszego akademika. Czynny udział brały w nich koleżanki sekcyjne naszych akrobatów, zaś reszta dziewczyn stanowiła wraz z nami liczną widownię. Ze zrozumiałych względów nie zapraszaliśmy dziewczyn na wcześniej opisane poranne atrakcje.
To nie koniec popisów akrobatycznych. Chodziła fama, że starsze roczniki wsławiały się organizowaniem publicznych popisów akrobatycznych na dachu PeDeTu. Były tam barierki, na których prezentowane były atrakcyjne stójki na rękach, tak w dzień jak i w nocnej porze. Koledzy z naszego rocznika nie chcieli aby była to tylko legenda, więc co jakiś czas zapowiadane były bardzo odważne próby, których wykonanie było konsekwentną kontynuacją naszej wuefiackiej tradycji. Zdarzały się interwencje, ale każda z nich była skutecznie odpierana przez nasze ukochane portierki – panie Kozłowską i Halinkę. Udział tej drugiej będzie następnym wątkiem mojego opowiadania.

Zima była porą sprzyjającą uprawianiu nowej, bardzo lubianej przez większość z nas dyscypliny, stanowiącej kontynuację programowych zajęć z łyżwiarstwa, odbywającego się na lodowisku przy ulicy Księcia Witolda. Tym razem areną naszych ćwiczeń była fosa miejska, wzdłuż ulicy Podwale. Uznaliśmy, że skoro mieszkamy tak blisko naturalnego toru lodowego, powinniśmy wykorzystać te możliwości do szlifowania techniki łyżwiarskiej. Warto dodać, że fosa wtedy zamarzała, a grubość lodu zapewniała nam stuprocentowe bezpieczeństwo.
Większość z nas uznała, że czas rozpocząć dodatkowe treningi. Określony został strój obowiązkowy: biała podkoszulka gimnastyczna i kalesony. To dla podkreślenia widoczności wobec częstych nocnych mgieł. W tym miejscu należy sobie wyobrazić kilkudziesięciu młodych dżentelmenów w strojach obowiązkowych, zbiegających na łyżwach hokejowych po drewnianych schodach budynku, wypadających na ulicę, przebiegających na czubkach na jej przeciwną stronę i zjazd „na czym się da” po stromej skarpie. W stłumionym chichocie, niestety przy daleko niosącym się stukocie najpierw o drewniane schody w budynku, potem o granitowy chodnik. Cóż to była za zabawa! Szataniliśmy pomiędzy Świdnicką a Piotra Skargi. Często jednak ów dystans był dla nas niewystarczający i przechodząc poza most na Skargi, kontynuowaliśmy nasze przejazdy aż po ulicę Oławską. To samo w drugą stronę, w kierunku Dworca Świebodzkiego, wzdłuż okazałych budynków milicyjnych i sądowych. Tam jednak było mniej bezpiecznie, więc kierunek ten był mniej atrakcyjny. Może też dlatego, że newralgicznym punktem tej destynacji było miejsce pod Kładką Sadową, pod którą woda nie zawsze zamarzała. Któregoś dnia, a właściwie wieczora, zamiast na lód wybrałem się z dziewczyną do kina przy ulicy Muzealnej. Wracając późną porą usłyszeliśmy rytmiczny stukot, dość dla mnie charakterystyczny. Wkrótce ujrzeliśmy sylwetkę łyżwiarza w białym stroju, biegnącego na czubkach łyżew po chodniku. W miarę zbliżania się do nas, obserwowaliśmy jak jego strój szarzał a ruchy stawały się coraz bardziej sztywne. Okazało się, że wbrew rozsądkowi postanowił przejechać pod Kładką, ale słaby lód jednak nie wytrzymał i zawodnik wylądował na dnie, zanurzając się po szyję w brudnej wodzie fosy. Już na naszej wysokości, mając jeszcze ze 300 metrów do akademika, sztywny z zimna i przerażony zdążył krzyknąć:
– Cześć Marek, widzisz k..wa? Prawie miałem tę je…ną kładkę, ale zimno, spier..am, cześć!
I zatopił się we mgle kontynuując swój skipping w kierunku PeDeTu.
Już długi czas nie dał się namówić na kolejne treningi po tamtej stronie Podwala.
Bardziej skora do tego okazała się wspomniana wcześniej jedna z portierek, pani Halinka. Któregoś dnia, zapowiedzieliśmy jej, że wieczorem będzie kolejna jazda. Bardzo ją cieszyła nasza radość nocnego łyżwowania i widać było, że jest chętna, aby nam towarzyszyć. Nawet do głowy nam nie przyszło, że właśnie wtedy postanowiła spróbować. Więc bez ociągania ubraliśmy ją w nasz strój organizacyjny, pożyczyliśmy od naszych koleżanek figurówki, pomogliśmy jej zejść po schodach, dalej po stromej ścianie fosy na lód. I tak rozpoczęła się pierwsza łyżwiarska lekcja naszej przemiłej portierki z kilku trenerami na raz. Wszystko szło dobrze, dopóki z ulicy nie błysnęło niebieskie światło, tuż nad nami. Zza barierek ukazało się dwóch gliniarzy, usłyszeliśmy gwizdki i przeczuliśmy zadymę. Halinka dość szybko zorientowała się w sytuacji i kazała nam dać dyla, zapewniając, że sobie z nimi poradzi. Nie bardzo wypadało nam dyskutować ze starszą panią, więc posłusznie oddaliliśmy się w stronę mostu przy Skargi, uciekając jak najdalej od zagrożenia. Wierzyliśmy, że jej zapewnienia są autentyczne, w końcu była od nas znacznie starsza i bardziej obyta z władzą ludową. Ostatecznie nic jej się złego nie stało, poza tym, że musiała dymać na bosakach po schodach, gdyż łyżwy musiała oddać milicjantom, jako ich cenny łup. Nam odpuścili, więc do dziś nikt z nas nie wie, jakich środków użyła Halinka, aby nasza wspólna impreza skończyła się bezkarnie.
Po tym wydarzeniu, już nieco ostrożniej proponowaliśmy nasze rozrywki wszelkim innym osobom, które chciały spróbować nocnej formy łyżwowania. Halinka pytana o to, jak sobie poradziła z MO, tylko tajemniczo się uśmiechała, nie mając do nas żadnego żalu o to, że uciekliśmy z miejsca jej niefortunnej lekcji. Sądzę też, że bardzo zadowolony byłby prowadzący łyżwiarstwo Wojtek Wącior, gdyby wiedział, że na jego zgłębianie poświęcaliśmy długie nocne godziny.

W kolejnym roku akademickim nastąpiła zmiana pokoju i współmieszkańców. Tym razem zostaliśmy przemieszani ze studentami wyższych roczników. Aranżacja pokoju też została zmieniona, gdyż kierowani konkretnymi potrzebami szukaliśmy większego poziomu intymności, a i możliwości tym razem były dużo lepsze, gdyż przydział do pokoju numer „zero” obejmował tylko sześć osób. Skorzystaliśmy z doświadczenia starszych kolegów i pokój nasz podzielony został na dwie części, z wspólnym korytarzem, biegnącym od drzwi wejściowych do samego okna. W każdej z nich, za pomocą szaf, tapczanów i kotar udało nam się oddzielić po trzy odrębne, jednoosobowe klitki. A zatem dysponowaliśmy sześcioma prawie luksusowymi „apartamentami”, jednak dalej zachowując wspólny areał powyżej górnych krawędzi szaf, co nie dawało nam pełnej izolacji od dźwięków krążących w tej przestrzeni, nawet bardzo tłumionych. Przyjęta została zasada przyjmowania gości bez żadnych ograniczeń, z wyjątkiem jednej zasady: nasi goście, a dokładniej gościówy musiały uwzględniać obecność niewidocznych domowników, wobec czego wchodząc należało powiedzieć „cześć wam” i opuszczając naszą klitkę grzeczne „do widzenia”. Miała być pełna kultura.
W pierwszych dniach tak zorganizowanej wspólnoty docieraliśmy się wzajemnie. Dość powiedzieć, że pomimo zróżnicowania rocznikami studiów stanowiliśmy zgrany team naszego apartamentowca. Choć wszystko układało się poprawnie, pojawiły się też pierwsze zgrzyty. Mieszkał z nami żonaty kolega z czwartego roku, którego żona zakwaterowana była  na szóstym piętrze. Wizytując męża, niemal zawsze wchodziła bez pukania, bez magicznego „cześć”, siedzieli w jego jedynce w milczeniu lub szeptali bardzo cicho, tak cicho, że nikt z nas nie wiedział czy wizyta jeszcze trwa, czy już się skończyła. Napisałem „siedzieli”, bo tapczan w tej dziupli był najbardziej skrzypiącym meblem w „zerówce”, więc trudno byłoby na nim leżeć w zupełnej ciszy. Sytuacja ta wydawała nam się o tyle dziwna, że po godzinie 22 koleżanka małżonka opuszczała nasz pokój, udając się do siebie. Też bez „cześć” na dobranoc. Przyznam, że ta cisza podczas szeptanej randki obojga małżonków prowokowała nas do żartów, niby wymienianych pomiędzy sobą, bo udawaliśmy, że nie mamy pojęcia o obecności gościa. Tradycją stało się głośne pierdzenie z usprawiedliwieniem „sorry chłopaki, jadłem grochówkę”. Nic dziwnego, że pierdy były nagradzane salwami śmiechu. Pierwszy stymulował wydobywanie się następnych i tak bez końca.
Któregoś dnia zostaliśmy wszyscy, z wyjątkiem żonatego kolegi wezwani do gabinetu naszego kierownika Stefana Placka, w którym obecny był już nasz dziekan. Przyczyną wezwania okazała się skarga małżonków, że nadużywamy swobody, klniemy i zanieczyszczamy powietrze. Odczytana skarga brzmiała jak akt oskarżenia, lecz w przeciwieństwie do powagi panującej w salach sądowych, w biurze Placka odebraliśmy ją z ukrywanym rechotem, mając załzawione oczy, bynajmniej nie z powodu płaczu. Sam odczytujący te oskarżenia dziekan nie ukrywał wesołości, prychając co chwilę śmiechem. Jedynie powagę starał się utrzymać pan Stefan. Wreszcie poproszono o wejście samych oskarżycieli i wtedy dopiero zaczęła się komedia. Nasze zeznania odwróciły padające przeciwko nam oskarżenia i po chwili to my staliśmy się stroną stawiającą zarzuty: że koleżanka nie jest kulturalna, że ciągle spiskują przeciwko nam, że jedzą niezbyt świeżo pachnące posiłki i sam czosnek, że też puszczają bąki, ale cichcem, jak zresztą wszystko co robili w naszym pokoju. Rozprawa zakończyła się totalną klapą oskarżycieli, do dziś mam w uszach nasz rechot i umieram ze śmiechu na myśl, że brałem w tym udział.

Kolejny kolega, tym razem z trzeciego roku z miejsca zaimponował nam swoją odmiennością, bo władając biegle angielskim dorabiał sobie jako korepetytor tego języka. W wyborze osób przyjmowanych na korepetycje był bardzo jednostronny. Kwalifikował wyłącznie dziewczyny, w dodatku kierując się kryterium urody. Jego bardzo ładne i zgrabne uczennice wchodzące do nas na swoje korki wręcz krzyczały „dzień dobry”, ochoczo akceptując obowiązujący regulamin. Lekcje toczyły się bardzo sprawnie, czasem widzieliśmy nawet korzyści dla siebie, mogąc spoza kotar i szaf powtarzać razem z panną zadawane ćwiczenia. W miarę postępów w przebiegu lekcji zauważalny był coraz cichszy jej przebieg. Potem już tylko docierały do nas ciche szepty, postękiwania, czasem wybuchy stłumionej radości, na koniec chwila ciszy, przerywana szelestem wdziewanego ubrania i pokorne „do zobaczenia”. Zamknięcie drzwi wyzwalały w nas wyraźną ulgę, co korepetytor leżąc w kolorowym szlafroczku na swoim tapczanie kwitował krótkim: „była fantastyczna”. I tak niemal każdego dnia. Po jakimś czasie znosiliśmy to bez większych emocji, po prostu przywykliśmy do tych wizyt. Postanawiając nieco odmienić ich atmosferę przygotowaliśmy parę pułapek. Jedną z nich był zestaw dwóch popularnych w tym czasie dezodorantów „deo-man”, duszących aerozoli, które opuszczając swoje opakowanie głośno syczały, a zawartość zamieniała się w powietrzu na gęstą i duszącą zawiesinę. Czekaliśmy w skupieniu na lekcję szczególnej studentki, której głos w końcowej fazie zamieniał się w bardzo irytujący mimowolnych słuchaczy szczebiot. Gdy już nadszedł kulminacyjny moment, zaczęliśmy wypuszczać spod szafy zawartość obu puszek. Efekt był piorunujący, szczebiocząca panienka najpierw o mało nie zemdlała z powodu duszności, kaszląc niczym ofiara koronawirusa, a potem – jak mniemaliśmy, zwiała w niekompletnej garderobie z pozostałymi elementami odzieży pod pachą, obawiając się zapewne zatrucia. Z sali lekcyjnej do wspólnej części przedostała się po jej ucieczce smuga tego smrodu, a na tapczanie spowitym gęstą, śmierdzącą mgłą zwijał się ryczący ze śmiechu belfer. Tak dobiegła współpraca ofiar naszego zamachu, z czego najbardziej zadowolony był dzielny nauczyciel, któremu też nie bardzo pasowały zachowania tej laski.

Można by mnożyć te historie, przywołując niemal każdy dzień życia w naszym akademiku. Nie wspomniałem o odkryciu jedynej w nim kuchni, z niewiadomych powodów mieszczącej się na szóstym piętrze. O jej istnieniu dowiedzieliśmy się kilka tygodni od czasu zamieszkania, jeszcze na pierwszym roku. Okazało się, że poza mieszkankami tego piętra my również możemy z niej korzystać. A zatem nastąpiło pierwsze przygotowanie jajecznicy, w czym wziął udział komplet mieszkańców naszego pokoju. Już po chwili dostrzegliśmy, że poza walorami kulinarnymi istnieje dużo bardziej atrakcyjny argument pobytu w nowo odkrytym pomieszczeniu. Jego okna wychodziły na wewnętrzną stronę budynku, skąd był świetny widok do pokojów położonych na niższym piętrze, czyli mieszkań trochę młodszych od nas dziewczyn ze wspomnianej bursy. Nasza radość z tego odkrycia stawała się coraz większa, gdy zorientowaliśmy się, że nasze sąsiadki także cieszą się z bycia obiektami obserwacji. Powstawała konkretna relacja pomiędzy nami, do tego stopnia, że im było później, tym chętniej paradowały w bieliźnie, a czasem bez niej. Miały świadomość, że są oglądane i to je stymulowało do coraz większej frywolności. Nie rozumiały tego nasze koleżanki, coraz częściej nie mogące wejść do okupowanej kuchni, złorzecząc na coraz bardziej rosnącą grupę kucharzy z dołu. Bo z biegiem czasu powstała pewna zależność: im było później, tym bardziej ochoczo brała nas ochota na gotowanie.
Odpadali ci, którzy uwikłali się w związki z mieszkającymi na górze koleżankami. Świadome naszych motywacji, skutecznie stawiały szlaban swoim chłopakom na pobyt w kuchni, zapewne powodowane zwykłą zazdrością. Reszta przyjmowała to z wielkim rozbawieniem. Ale do czasu. Zdarzało się, że któryś z kucharzy wystawał potem przy bramie bursy od strony Placu Kościuszki, czyhając na swoją wybrankę. Tak rodziły się całkiem udane związki, bo w końcu uczennicami zamieszkującymi bursę były pełnoletnie dziewczyny, dla których chłopak z AWF był nie byle jaką partią.

I tak mijały kolejne lata naszych studiów, w czasie których PeDeT był naszym domem. Z biegiem lat, zaprzyjaźnialiśmy się z pracownicami z niższych pięter, schodząc na zakupy, korzystając z obecności wielu atrakcyjnych stoisk. Najśmieszniejsze były nasze przechadzki pomiędzy stoiskami podczas mroźnej zimy. Podczas kiedy wszyscy odziani byli w odzież chroniącą przed zimnem, my biegaliśmy w krótkich spodenkach i kusych t-shirtach, co budziło podziw publiki, nieświadomej sąsiedztwa sklepu z naszym akademikiem. Najbardziej oczekiwanym gościem był nasz kolega, kulturysta, który chętnie paradował w skąpym odzieniu, prężąc fachowo swoje muskle, wcześniej powleczone olejkiem, dla podkreślenia ich rozmiaru i kształtów. To dzięki niemu, przez znajomości z wzdychającymi do niego ekspedientkami dowiedzieliśmy się, że korzystają one z pracowniczej stołówki mieszczącej się na trzecim piętrze budynku. Aby z niej korzystać, trzeba było jednak posiadać bony żywieniowe. I to było kolejne wyzwanie dla większości z nas – mieć jedzenie niemal w miejscu zamieszkania. Wychodziliśmy więc z portek, aby pozyskać te bony, uwodząc młodszą część żeńskiej obsługi handlowej PeDeTu. Wkrótce było nas tam pełno, a ci, którym nie udało się odkupić bonów lub je podstępnie wyłudzić, chodzili tam na „wiosła”, czyli samą zupę, którą kucharki chętnie wydawały za frajer. One też były obiektem zalotów, robiąc maślane oczy do przystojniaków z czwartego piętra.

Co do Discusa, organizowaliśmy tam różne imprezy, zgodnie z oczekiwaniami Jezierskiego. Miałem przyjemność współorganizowania tam imprez jazzowych, których pomysłodawcą byli Zbyszek Adamiec i Rysiu Marion. Wymyślona przez nich formuła wyświetlania świetnych filmów rysunkowych na tle muzyki jazzowej ściągała tłumy. Pod pozorem wyświetlania Reksia czy Myszki Miki, przemycaliśmy nagrania takich muzyków jak m.in.: John Coltrane, Flora Piurin, Airto Moreira czy Billy Cobhan. Zbyszek dysponował ich nagraniami, gdyż będąc korespondentem wiedeńskiego miesięcznika „Jazz” oraz rodzimego magazynu o tym samym tytule miał wielu znajomych dziennikarzy i muzyków, od których pozyskiwał ten materiał.
W roku 1975 i 76, dzięki jego staraniom nasz klub stał się jednym z klubów satelitarnym festiwalu Jazz nad Odrą, będąc do południa salą ćwiczeń dla biorących w nim udział muzyków, zaś wieczorami stanowiąc estradę oferującą kameralne koncerty, przeradzające się na koniec w jamsessions. Grali u nas: Gładkowski, Zgraja, Gwalbert Misiek oraz warszawski duet gitarowy Completorium.
Organizowaliśmy w Discusie również występy naszego kabaretu „Dryzg”, popisy recytatorskie naszych najzdolniejszych koleżanek i kolegów, występy wykonawców piosenki studenckiej i aktorskiej. Zapraszani byli popularni artyści estradowi i aktorzy oraz współpracujący z nami studenci szkół artystycznych. Działo się bardzo wiele. Brakowało nam czasu na realizację wszystkich pomysłów. I tak miało być, zgodnie z planami wspomnianego dziekana Jezierskiego, którego często gościliśmy w klubie.

W tym czasie, na rozległych nieużytkach Stadionu Olimpijskiego dobiegała budowa nowego Domu Studenckiego AWF – „Spartakusa”. Jako potencjalni mieszkańcy tego nowoczesnego, dziesięciopiętrowego akademika z żalem myśleliśmy o czekającej nas przeprowadzce, która na trwałe miała nas oderwać od centrum Wrocławia. Stamtąd trudno było „z buta” wstąpić w środku nocy na piwko i mieleńca do dworcowej knajpy na Głównym, wpaść do Pałacyku aby pogadać w Arce ze znajomymi przy dźwiękach dobrej muzyki lub stać się świadkiem jakiegoś performansu. Daleko było z Sępolna do Indeksu lub wspomnianego Klubu pana Placka, gdzie wciąż byliśmy zapraszani na spotkania z ciekawymi autorami – Urszulą Kozioł, Tadeuszem Różewiczem czy artystami pokroju Daniela Olbrychskiego.

Wszystko to straciło dla nas sens latem 1976 roku, kiedy to stanęliśmy ze swoimi bagażami przed wejściem do „Spartakusa”. Tam czekały nas dwu- i trzy-osobowe pokoje, z wygodnymi sanitariatami, windami i dwiema kuchniami na każdym piętrze. Wysoki komfort, ale zupełnie inna atmosfera. Już inaczej, w dużo bardziej kameralnych warunkach, bez możliwości organizowania zbiorowych igrzysk, klubowych imprez, wypadów do Rynku.

Ale późniejszy czas dowiódł, że nasze minorowe nastroje okazały się przedwczesne i niesłuszne, bo w nowych warunkach również pojawiły się szaleńcze pomysły i wcale nie trapił nas smutek i żal po PeDeTe. Nowy “Spartakus” stał się miejscem rozpoczęcia kolejnych historii, kreowanych przez naszych następców, zwłaszcza młodszych kolegów: Jacka Małaczka, Zbyszka Fajbusiewicza i Tadka Osipowicza. Ale to już odrębny temat, wart niejednej opowieści.

9 – DUO-SKI

Ciekaw jestem, czy ktoś był świadkiem i pamięta pionierski zjazd dwóch narciarzy na jednej parze nart skokowych w Zieleńcu? Przy świetle księżyca, około 2.00 w nocy, w pełnej konspiracji przed jakimikolwiek widzami, od „Betlejemki” w kierunku drogi. Zjazd bez spektakularnego zakończenia, niestety. Było to w 1985 roku.

Wszystko zaczęło się od naszej wspólnej, zakładowej akcji kasowania starego, zużytego bądź niepotrzebnego już sprzętu narciarskiego. Sprzęt, który wypożyczaliśmy studentom do zajęć, gromadzony latami w ciągle przepełnionej narciarni, w parterowych pomieszczeniach „Hanki”.

Z bólem serca, ale skutecznie niszczyliśmy stare, zniszczone narty, pogięte kijki, poprzecierane i niekompletne buty biegowe i inne sprzęty, których żywot dobiegł końca. Znalazłem wśród tych rupieci całkiem dobrze wyglądające narty skokowe, które już nikomu nie były potrzebne, gdyż przedmiot nauczania skoków został zaniechany. Żal mi było na myśl, że skończą swój żywot w piecu, jak inne drewniane narty, więc przezornie wyniosłem je z budynku i zakamuflowałem w sobie znanym schowku. Minęło kilka dni od naszych porządków, uwolnione miejsca zajęte zostały nowymi parami nart, które miały nam służyć w kolejnych latach. O skokówkach zapomniałem.
W międzyczasie do Zieleńca przyjechała ekipa z warszawskiej AWF, rozpoczynająca obóz studentów rehabilitacji. Pojawili się nasi koledzy, z którymi już parokrotnie mieliśmy okazję przebywać na wspólnie prowadzonych obozach, a wśród nich popularny w kręgach instruktorów narciarstwa Kazik Vyšata, dziś już, podobnie jak ja, emerytowany nauczyciel. Nasze wcześniejsze doświadczenia pozwalały przypuszczać, że w związku z jego obecnością czeka nas bardzo radosna i oczywiście „twórcza” atmosfera wspólnego pobytu.

Wszyscy wspólnie mieszkaliśmy w Stokłosie, ku rozpaczy pani Czesi, księgowej ośrodka. Mieszkała ona w pokoiku na parterze budynku, zaraz przy jego głównym wejściu. Jej rozpacz była szczególnie widoczna rano, kiedy spotykaliśmy ją w drodze do naszej stołówki. Ciągle wypominała nam nasze niestosowne zachowanie, hałas, głośne dyskusje i salwy śmiechu. Zupełnie do nas nie docierało to, że owa kobieta była znacznie starsza od nas i chyba bardziej potrzebowała wieczornego spokoju niż my, rozbawieni i beztroscy „rozpasańcy” – bo nawet takie epitety padały w naszą stronę. Kompletnie tego nie pojmowaliśmy, dlaczego tak uważała. Jakkolwiek próbowaliśmy być cicho, to jednak nie zawsze nam się udawało bezgłośnie zjechać na wyczynowych sankach ze strychu na pierwsze piętro. A takie zawody organizowaliśmy co jakiś czas, nie mając dostępu do tradycyjnych rozrywek, wobec chociażby braku telewizora czy jakiejś kawiarni bądź biblioteki. W końcu Zieleniec nie oferował takiego szerokiego wachlarza rozrywkowego, jak dziś.
Nie wychodziły nam też próby cichego przedostawania się do budynku o drugiej w nocy, kiedy to kończyliśmy nasze posiady w innych miejscach noclegowych, gdzie rezydowali nasi koledzy. Wówczas też odbieraliśmy różne przykre uwagi, dziwiąc się, że pani Czesia jeszcze nie śpi, choć już późna pora. Niefortunnie był też położony gabinet lekarski, bo w najniższych pomieszczeniach budynku, czyli w przyziemiu. Na nieszczęście naszej sąsiadki, lekarz obozowy, nasz „Dziadek Leczniczy”, czyli Wojtek Jonak był niezmiernie gościnny. Nie potrafiliśmy się opierać jego zaproszeniom, w związku z czym o różnych porach, szczególnie wówczas, kiedy ze względu na ciszę nocną nie przyjmował studentów, schodziliśmy po trzeszczących schodach z naszego piętra do gabinetu, pokonując po drodze parter, idąc niżej do gabinetu spełniającego po godzinach funkcję salki bankietowej. No i to trzeszczenie chyba sprawiało kłopot naszej współlokatorce, bo przeważnie próbowała przerywać nasze spotkania. Istny koszmar, szczególnie dla nas. W końcu oczywiste było to, że odpoczywaliśmy po ciężkim dniu pracy, szukając w zaciszu domowym jakiejś formy relaksu.

Na którejś z takich sesji, po wzmocnieniu naszego humoru kolejną, skromną dawką „acnosanu”, przypomniałem sobie o zakamuflowanych w tajemnej skrytce nartach i opowiedziałem towarzystwu o ich posiadaniu. I niemal natychmiast powstał wspólny pomysł urządzenia pokazu jazdy na duo-ski. Technika ta nie była jeszcze w Polsce znana i ciągle nie jest, a my dowiedzieliśmy się o takim nartowaniu będąc uczestnikami kongresu FIS-u w Sesto (1983 r.). Powstał szczegółowy plan zorganizowania pokazu i niebawem wzięliśmy się do roboty.

Na początku zwróciliśmy się do naszego kolegi, który sprawował pieczę nad sprzętem w narciarni, żeby skombinował nam dwie pary wiązań. Nie było to trudne, otrzymaliśmy wymontowane „bety”, które po pokazie miały wrócić do swoich macierzystych nart. Kolejny akt nastąpił już tradycyjnie w zaciszu piwnicznego gabinetu lekarskiego, gdzie rozmierzyliśmy narty i ustaliliśmy pozycję obu par wiązań, tak, aby dwaj narciarze nie przeszkadzali sobie przy zjeździe. Montaż trwał pół nocy, ale powiódł się i natychmiast odbyły się próby i przymiarki, co wzbudzało wesołość zarówno przyszłych narciarzy, jak i obecnych tam konsultantów. Pomimo tych niepoważnych podejść do bardzo poważnego przedsięwzięcia, proces przygotowań posuwał się do przodu. Kolejnym punktem było zalanie rowków. Przypomnę, że były to ówczesne narty skokowe, dość odmienne swoim wyglądem od dzisiejszych. Zadanie to wymagało dokonania zakupu odpowiednich materiałów, a co za tym idzie – zorganizowania intendentury. Wkrótce otrzymaliśmy potrzebne surowce i podczas kolejnej nocy urządziliśmy zalewanie, zużywając kilka zakupionych gromnic przemieszanych ze smarem TOKO. Zalewanie tylko samych nart nie było czynnością kompletną, potrzebowaliśmy bowiem animuszu, w czym też pomogły uzupełniające środki zakupione w Baltonie, blisko granicy z bratnią Czechosłowacją.

Zalewaliśmy więc wszystko, co wymagało zalania i technicznie byliśmy już gotowi do pierwszych prób na śniegu. Nie mogąc się doczekać następnego dnia, postanowiliśmy wykorzystać spokojną i bardzo księżycową noc. Jedynym problemem było pokonanie najtrudniejszej przeszkody, czyli samego wydostania się z budynku. Obmyślaliśmy jak bezgłośnie wyjść z nartami o niestandardowej długości w butach narciarskich, nie budząc naszej strażniczki ciszy. Najlepszym pomysłem było wyrzucenie sprzętu przez okno w tylnej ścianie budynku, z wysokości półpiętra. I tak się stało. Potem, aby już nie ryzykować kolejnej awantury, dwójka wytypowanych do zadania narciarzy, w samych skarpetkach poleciała w dół, śladem swojego sprzętu. Reszta ekipy pokładała się ze śmiechu, na myśl, że ci na zewnątrz, brodząc po pas w śniegu, szukają butów i będą usiłowali je założyć. Nawiasem mówiąc niezła była z tym zadyma… W tym miejscu muszę przejść do dalszych scen, używając pierwszej osoby, bo owym narciarskim tandemem byli: Kaziu i ja.

My sami nie potrafiliśmy zachować powagi, rycząc ze śmiechu usiłowaliśmy doprowadzić się do porządku, co chwilę upadając w śnieg. Wreszcie zdyscyplinowani przez obserwatorów, ogarnęliśmy się i zaczęliśmy iść w górę stoku. Nie było to łatwe, gdyż noc była mroźna, śnieg przymarznięty, każdy nieuważny krok skutkował ześlizgiem lub upadkiem. Na szczęście było jasno jak w dzień, gdyż księżyc był w fazie pełni.
W trakcie podejścia uzgadnialiśmy techniczne szczegóły zjazdu. Ustalenie było proste: zaczniemy jadąc w skos stoku, ustawiając nartę górną kątowo, co miało ułatwić zmianę kierunku jazdy. Ot, zwykła krystiania z oporu nartą górną. Setki razy demonstrowana, łatwa, zero komplikacji. Potem na sygnał dostawienie narty środkowej i kolejna faza prowadząca do zakończenia skrętu i …kolejne krystianie, aż do szosy, gdzie miała nas przywitać drużyna obserwatorów.
Perfekcyjny plan, dobra widoczność, nienagannie przygotowany sprzęt, radosny nastrój, koncentracja. Zaczynamy! Ustawiliśmy narty, najpierw ja się wpiąłem w wiązania, potem Kaziu. Rozpoczęliśmy jazdę, nabierając szybkości. Zgodnym „i raz” zmieniliśmy ustawienie narty górnej. Rozpoczął się łuk w kierunku linii spadku. Prędkość ciągle rosła, a my skupieni wyczekiwaliśmy na sygnał rozpoczęcia dostawienia narty środkowej, aby przejść w fazę sterowania skrętu i przyhamowania prędkości. Ja czekałem na sygnał Kazia – w końcu uznałem, że obowiązuje reguła pierwszeństwa starszego kolegi. Kaziu zaś czekał na mój sygnał, jako osoby „szlakowej”, gdyż ja stałem na nartach jako pierwszy. A prędkość jest już znaczna, my jesteśmy ciągle wzdłuż linii spadku. Czas czytania tego opisu jest nieadekwatny do tempa tej akcji. To były sekundy, a nasze wyczekiwanie trwało wieczność.
Już teraz nie jest ważne, kto przerwał nasz stabilny szus na wprost. Kaziu w swojej książce opisując ten zjazd wyznał, że ja upadłem pierwszy. Ja zaś ciągle mam w pamięci to, że upadek Kazia spowodował moje osamotnienie i trwogę, jak to się wszystko skończy wobec zawrotnej prędkości „niekompletnej” załogi narciarskiej. Jedynym ratunkiem było położenie się w bok, czyli spowodowanie kontrolowanego upadku. Co też z bólem wykonałem. Przeleciałem ponad sto metrów szorując ciałem o zmarznięty śnieg, dekompletując po drodze narty i kawałki mojej odzieży. Wylądowałem wprost pod nogami reszty teamu, przy samej drodze. Co z Kazikiem? To pytanie drążyło mi umysł podczas oddalania się od niego. A on w czasie mojej walki z prędkością i widmem tragicznego wypadku, leżał spokojnie na śniegu, trzymając się za rękę i wydając z siebie przytłumione odgłosy bólu. W tym momencie wystartował do niego nasz przyjaciel, „Dziadek Leczniczy”, będący na szczęście w gronie obserwatorów i jako były goprowiec, umiejętnie sprowadził go w dół. Po wstępnych oględzinach, okazało się, że na skutek upadku na bardzo twarde podłoże, wypadła Kaziowi kość ramienna ze stawu barkowego. Okazało się, że nie po raz pierwszy, o czym nikt z nas nie wiedział.
Dalszy ciąg wydarzeń wymagał obecności osób trzecich, wobec czego obudziliśmy Staszka Maksymowicza, aby dowiózł poszkodowanego Kazia do szpitala. O trzeciej w nocy. Zwykły wypadek narciarski. W końcu to rzecz normalna w miejscowości sąsiadującej z ośrodkiem narciarskim. Wspomnę tylko, że nastawienie ręki z udziałem trzech osób odbyło się „na żywca”, gdyż środki znieczulające nie wchodziły w grę, bynajmniej nie przez ich brak w wyposażeniu szpitala.

Epilog tej historii był nieco zabawniejszy, rozegrał się przed Stokłosem. Jak co rano, Kaziu jako kierownik obozu, wyszedł przed budynek, aby wziąć udział w apelu poprzedzającym zajęcia. Mając na sobie sporo gipsu, który przykrywał pół tułowia, z trudem zszedł po śliskich schodach, trzymając się zdrową ręką poręczy. Zwrócił się do stojących w dwuszeregu studentów:

– Proszę państwa, niestety, dziś rano uległem wypadkowi, schodząc po tych nieodśnieżonych schodach na spacer. Poślizgnąłem się, czego skutkiem jest ta kontuzja.

Tuż po tym oświadczeniu ukazała się w drzwiach budynku pani Czesia, która zapewne słyszała słowa którymi wykładowca próbował usprawiedliwić swój stan. W bardzo ironicznym tonie, niby do siebie, powiedziała:

– Poślizgnął się! Akurat! Kara musi być. Może wreszcie się uspokoją.

Trudno było powiązać jej słowa ze współczuciem okazywanym Kaziowi przez wszystkie obecne w tej scenie osoby. Chociaż ukryte uśmiechy w oczach co niektórych zdradzały podejrzenia o jego udział w ekscesach podczas nocy z udziałem „niezidentyfikowanych rozrabiaków”. Okazało się, że część mieszkańców Regli odbywała zajęcia w podgrupach, oczywiście przy zgaszonych światłach. W końcu obowiązywała cisza nocna. Słysząc spontaniczny doping ekipy obserwatorów, poprzedzający naszą próbę oraz późniejsze akcje ratunkowe z kontuzjowanym Kazikiem, uchylili okna, obserwując z ukrycia całą akcję. Nie wiem do dziś, czy rozpoznali aktorów tej dramy. Ale niepokoiły mnie te uśmieszki podczas apelu, widziane z okna mojego pokoju. Tu odwołuję się do pytania postawionego na początku tego opowiadania.

Dla mnie, jako nauczyciela i instruktora narciarstwa, opisana wyżej historia przywołuje ważność jednej z podstawowych zasad dydaktycznych: komunikacji. Bez niej, wszystko, co chcemy przeprowadzić w zespole, narażone jest na fiasko, nawet mimo przygotowania precyzyjnych planów. Pamiętajmy: komunikacja, z łaciny communicare.

Z oczywistych względów nie zachowała się żadna fotka z tamtej nocy. Posłużyłem się wobec tego tym, co znalazłem w internecie. Nie wiem tylko, czy odważymy się to powtórzyć po raz kolejny w takiej właśnie wersji. Może przeszkodą jest to, że jesteśmy w wieku zwiększonego ryzyka? A może czas na próby z udziałem młodszych wariatów?

8 – MAKS 

Nie zawsze zapamiętujemy ludzi imponujących wiedzą, dorobkiem naukowym opisanym w podręcznikach, zeszytach naukowych bądź prestiżowych czasopismach, lub piastujących bardzo ważne funkcje uczelniane. Czasami pojawiają się wśród nas nietuzinkowi bohaterowie wielu niezwykłych opowiadań, anegdot, nie zawsze autentycznych, wiarygodnych, ale krążących przez lata.

Będąc na pierwszym roku wrocławskiej AWF, odbywałem obóz zimowy, mając zajęcia między innymi z dr. Stanisławem Maksymowiczem. Prowadził z nami skoki narciarskie na wybudowanej przez siebie skoczni, nieopodal Czerwonego Kapturka. Uczynny, wesoły, bardzo bezpośredni, z wielkim zapałem zachęcał nas do oddawania coraz dłuższych skoków. Przyznam, że nie wyglądało to najlepiej, gdyż do normalnych butów narciarskich przypinaliśmy bardzo długie narty skokowe, tak zwane hikory, o długości 2,6 m. Skoki były bardzo zabawne, uśmialiśmy się przy tym do łez, zwłaszcza wtedy, gdy lądowanie odbywało się niekoniecznie na nartach. Staszek przy tej okazji przemycał swoje niesamowite historie, które związane były nie tylko z narciarstwem. Poznaliśmy jego pasję lotniczą. To wtedy usłyszeliśmy o ryzykownym locie pod Mostem Grunwaldzkim oraz o wielu sytuacjach podczas licznych, corocznych rajdów samolotowych odbywanych wraz z jego przyjacielem – Andrzejem Waligórskim, bardzo popularnym satyrykiem. Dowiedzieliśmy się również o jego przygodach związanych z uprawianiem „para-ski”, dyscypliny zimowej łączącej skoki spadochronowe ze slalomem narciarskim. Wszystkie te opowieści miały dodać nam motywacji do wykrzesania z siebie odwagi w uzyskiwaniu coraz bardziej „wariackich” odległości.

Opowiadał nam o swoich niesamowitych historiach również podczas obozowych imprez wieczornych. Jego gawędy wciągały nas bardzo w ten egzotyczny świat. Towarzyszył nam również w kolejnych zimowych obozach, zmniejszając systematycznie dystans, jaki zazwyczaj istniał w relacjach wykładowców ze studentami. Po jakimś czasie, będąc już asystentem-stażystą, stałem się jego kolegą, ciesząc się ze wspólnie spędzanego czasu podczas kolejnych zielenieckich zim.

Z tego właśnie okresu zapamiętałem kilka spektakularnych zdarzeń, których kreatorem był Staszek. Prawdopodobnie byliśmy wówczas świadkami narodzin jednej ze współczesnych dyscyplin sportowych. Było to w roku 1978, w czasie wiosennych podsumowań prac naukowych pracowników Instytutu Sportu, mieszczącego się przy ulicy Witelona, w budynku hali sportowej. Piękna, wiosenna pogoda, tudzież miła parkowa sceneria, ozdobiona kwitnącymi kwiatami kasztanów. Któregoś poranka, dyżurując w Zakładzie Sportów Zimowych na jednej z werand w sąsiedztwie sali wykładowej, dostrzegłem przez okno faceta, uginającego się pod stosem rur, rurek, worków i dziwnych tkanin. Zmierzał z parkingu w kierunku hali sportowej. Zatrzymał się nieopodal kotłowni, po lewej stronie głównego wejścia, zrzucając z siebie ciężki bagaż na trawnik, robiąc przy tym niemały hałas. Dopiero wtedy poznałem, że to Staszek. Rozpoczął żmudną pracę, łącząc ze sobą leżące na ziemi elementy. Po chwili okazało się, że powstająca konstrukcja przypomina skrzydło latającej maszyny, ale bardzo nietypowej, bez podwozia, śmigła, stateczników. Pojawił się spory tłumek gapiów, wśród których znalazłem się i ja. Wreszcie ktoś zapytał:

– Stachu, co to będzie? I dlaczego montujesz to żelastwo tutaj?

– O jedenastej mamy zebranie Instytutu, na którym mamy przedstawić nasze prace naukowe. No to szykuję się do prezentacji tego, czym się zajmujemy w naszym zakładzie – odpowiedział.
– Chcę, żeby Zbyszek Naglak zobaczył moją lotnię, zanim zacznie się zebranie – dodał.

Rzeczywiście, pan Naglak był wówczas szefem Instytutu Sportu, a jego biuro mieściło się tuż nad kotłownią. Wypowiedź Staszka bardzo nas zdumiała, gdyż niemal wszyscy mieliśmy być uczestnikami tego samego zebrania, zaś nasze prace, mające być tam przedmiotem prezentacji i oceny, posiadały zgoła inną formę.
Nie pamiętam już reakcji szefa Instytutu, przyznam jednak, że spektakularny happening Maksa wywarł na mnie ogromne wrażenie, stając się przykładem niestandardowych sytuacji z jego udziałem. Przeżywałem dylemat młodego adepta nauki, szukającego wzorów do naśladowania. Nurtował mnie związek prezentowanego prototypu lotni z nauką, metodologią badawczą, wynikami eksperymentów. Chyba wtedy uznałem, że była to tylko próba zwrócenia uwagi na lotniarstwo, młodą i niezbyt jeszcze popularną w ówczesnym czasie dyscyplinę sportową. Taka teoretyczna „zajawka” bez żadnego wyraźnego związku z praktyką. Niedługo potem przekonałem się, że to nie koniec tej historii.

Rozpoczął się kolejny sezon zimowy, podczas którego, jak co roku, nasz Zakład Sportów Zimowych funkcjonował w Zieleńcu. Na którymś z obozów gościł ówczesny rektor – prof. Jonkisz, w towarzystwie jakiegoś bardzo ważnego ministerialnego dygnitarza z GKKFiT. Obaj krążyli po stoku pomiędzy grupami odbywającymi zajęcia z narciarstwa. Wszyscy bardzo staraliśmy się dobrze wypaść, pokazując cały nasz kunszt pedagogiczny. W kadrze obozu był też gościnnie Staszek, tradycyjnie prowadząc skoki narciarskie lub wycieczki na nartach biegowych. Tym razem zobaczyliśmy go bez grupy, w nietypowym dla niego miejscu. Wchodził wzdłuż „jedynki”, zaczepowego wyciągu nad Reglami, targając na plecach wielki i podłużny wór, z którego wystawały długie rury. Brnął w śniegu po kolana, dodatkowo obciążony nartami zjazdowymi, przytroczonymi do wora. Domyślaliśmy się, że za chwilę zobaczymy jakiś „wyczyn-niespodziankę”. Oczywiste dla nas było to, że Maks potrafił zaskakiwać. Zaciekawili się tym również nasi dostojni goście, którzy swoje kroki skierowali w tę stronę, aby z bliska zobaczyć ciekawie zapowiadające się wydarzenie.

Przygotowania trwały dość długo, napięcie rosło z minuty na minutę. Wreszcie usłyszeliśmy jodłowanie, a spoza przykrytej mgłą góry wyłoniło się skrzydło lotni, podtrzymywane przez jadącego na nartach pilota, trzymającego w rękach trójkątny ster. Gdy już nabrał prędkości i swoim donośnym głosem ściągnął uwagę niemal wszystkich tam obecnych osób, wzbił się nagle pionowo w powietrze, przeleciał nad drutami trakcji elektrycznej i zatrzymał się niemal w miejscu, na wysokości około 10-12 metrów. Nagle coś chrupnęło, zgrzytnęło, lotnia się złożyła w pół i wraz z oniemiałym pilotem… pikującym lotem runęła na białe podłoże, bardzo blisko miejsca, gdzie stali dwaj najważniejsi widzowie – rektor i jego gość. Tuman śnieżnego puchu przykrył niefortunne lądowisko, z kilku stron naraz pojawili się przypadkowi „ratownicy”, biegnący po pas w śniegu na pomoc owemu nieszczęśnikowi. Po krótkiej akcji, wyplątany z uprzęży autor zamieszania, otrzepując się ze śniegu, ze szczerym śmiechem uspokajał widzów, że jest cały i zdrowy, i że był to tylko pierwszy test jego prototypu, wprawdzie niezbyt udany, ale ujawniający wady konstrukcji do natychmiastowej poprawki. Nie będę opisywał reakcji obserwatorów tego naukowego eksperymentu, wśród których – chyba na szczęście – zabrakło szefa Instytutu, pana Naglaka. Komentarzom i żartom nie było końca, zaś sam Maks wiódł w tym prymat, wcale niezrażony swoją małą lotniczą katastrofą. Wtedy zaimponował mi niełatwą umiejętnością śmiania się z siebie samego. Jako jeden ze świadków tej historii byłem pewien, że niebawem nastąpi kolejny test. I wcale się nie pomyliłem.
Kolejny dzień, tym razem pogodny, ale i trochę wietrzny. Obóz w komplecie na stoku, ruch jak na Marszałkowskiej. Słońce, błękit nieba, muzyczka z megafonów, istna sielanka. I jak poprzednio, w tym samym miejscu – nad górną stacją „jedynki” pojawił się biały płat furkoczącej lotni z wiszącym pod nią Staszkiem z nartami, zapowiadającym tradycyjnie swój kolejny lot głośnym jodłowaniem. Wszystkie oczy powędrowały w tym kierunku. Udało się, wspaniały start, lotnia stabilnie żegluje nad nami, Staszek w swoim żywiole, przelatywał nad stokiem i jego wyciągami od Regli po Straszny Dwór, raz w górnej części Zieleńca, nad samą granicą, drugim razem szybując w dół, poniżej drogi. Wiele osób po raz pierwszy zobaczyło lotnię i jej pilota, nie mogąc wcześniej być świadkami poprzedniej próby ze względu na zbyt wczesny i niefortunny jej koniec. Tym razem było co podziwiać, kunszt lotniczy Staszka był imponujący. Lot trwał kilkadziesiąt minut, z początku – przy niewielkim wiaterku. Ale wszystko, co dobre, kiedyś się kończy… Wiatr zaczął się wzmagać, pojawiły się pierwsze chmurki, warunki pogodowe zmieniały się z minuty na minutę. W tej sytuacji pilot szykował się do lądowania, ale zmiana kierunku wiatru stawała się coraz bardziej niebezpieczną przeszkodą. Przerwaliśmy zajęcia, udostępniając do lądowania dolną część stoku nieopodal dolnej stacji „dwójki”. Widzieliśmy wszyscy, że manewry pilota nie były już takie płynne… Dramaturgia lotu rosła, a my jako obserwatorzy byliśmy bezradni. Staszek był zdany na własne siły. Wreszcie ustawił lotnię prostopadle do drogi, planując lądowanie pod górę stoku, naprzeciw wiatrowi. Do pokonania miał już tylko przelot nad drutami elektrycznymi wzdłuż drogi. I tu miał miejsce ostatni akord lotu. Nagły podmuch wiatru rzuca lotniarza na druty przy betonowym słupie, podtrzymującym trakcję. Mając na nogach narty, ląduje wprost na tych drutach. Słychać donośny trzask, huk, pojawiają się błyski charakterystyczne przy spawaniu, a nasz bohater przelatuje niczym akrobata ponad drutami na drugą stronę, zaś lotnia została za nim, dyndając przewieszona przez trakcję, niestety poważnie uszkodzona. I długa cisza, szok, przerażeni widzowie, bezruch na wyciągach i stoku. Pierwsze refleksje – awaria sieci energetycznej! Stachu wisi nieruchomo, nie wiadomo, czy żyje! Ale po chwili odzyskuje przytomność i wszyscy słyszymy:
– Nic mi nie jest, chyba tylko złamałem rękę.
Kolejna refleksja: – Jeśli tak, chłopie, masz szczęście, że to tylko ręka. Ale do końca nic nie wiadomo.
I teraz rzecz najważniejsza, o której parokrotnie wspomniałem we wcześniej opisywanych historiach. Mowa o uczestnictwie bezpośrednim w zdarzeniu. I oddzieleniu autentycznych uczestników od tych, którzy się z historią utożsamiają, wierząc po jakimś czasie, że to właśnie oni brali w tym udział, a nie kto inny.

Wracam do Staszka. Spośród osób będących świadkami zdarzenia, uformowała się liczna grupa „ratowników”. Spontanicznie powstaje plan ściągnięcia go z góry, przez … wdrapanie się po słupie, bo na szukanie podnośnika bądź odpowiedniej drabiny nie ma po prostu czasu. I już po chwili dwóch ochotników, po ściągnięciu swoich butów narciarskich, wspina się z małpią sprawnością na słup, przyciągając do siebie wiszącego bezwładnie nieszczęśnika. Adrenalina pulsowała wszędzie wokół, akcja przy tłumie rozemocjonowanych widzów sprawnie posuwała się na przód. Najpierw oswobodzone zostały nogi Stacha z butów i nadpalonych nart, potem nastąpiło uwolnienie go z uprzęży, po czym ratownicy wraz z Maksem powoli zsunęli się po słupie w dół. Bardzo sprawnie przeprowadzona akcja trwała niecały kwadrans. Nasz rozbitek zachowując swój nienaganny fason i ciągle dobry humor, został przetransportowany do dusznickiego szpitala, rzeczywiście ze złamaną ręką. Poza sińcami i otarciami, był to jedyny uszczerbek wyniesiony z lądowania na „elektrycznym” lądowisku, nie licząc pokiereszowanej ponownie lotni, która – jak się potem okazało – służyła pilotowi przez długie lata. Incydent pozbawił nas prądu na kilka godzin, ale to nie było dla nas czymś niezwykłym, gdyż w ówczesnych czasach wyłączanie prądu było zjawiskiem niemal codziennym, zmuszającym nas do uruchamiania „chińskiego ratraka”.

Oczywiste jest to, że rekonwalescent długo nie wytrzymał w bezczynności i już po kilku dniach, z ręką na temblaku, prowadził swoje zajęcia.
Cóż, trening czyni mistrza. I tak się działo w kolejnych tygodniach wspomnianej zimy. Wraz ze swoim asystentem – Pawłem Wierzbowskim Staszek zarażał swoją nową pasją lotniarską niemałą liczbę osób. Wśród nich byli nasi studenci, szczególnie ci ze specjalizacji narciarskiej, bardziej próbując zjechać na nartach z lotnią, niż na niej latając. Nieraz byliśmy świadkami incydentalnych lotów, zakończonych „nieoczekiwanie” na równinie w pobliżu Regli. Sam doświadczyłem takiej szalonej próby, która o mało nie zakończyła się tragicznie. Stwierdziłem wówczas, że brakuje mi talentu do uprawiania sportów powietrznych i zdecydowanie skupiłem się jednak na narciarstwie.
Ale znajdowali się bardziej odważni, którym latanie przychodziło łatwiej.  Wkrótce potem, w kwietniu 1979 roku, Stanisław Maksymowicz był uczestnikiem pierwszego ogólnopolskiego kursu instruktorskiego dla lotniarzy w Jeżowie Sudeckim. I tak zaczęła się historia polskiego lotniarstwa, trwająca do dziś.

Wracając raz jeszcze do akapitu o mitomanii: dziś opowiadając tę historię, często słyszę, zanim dojdę do jej końca:
– To ja go ściągałem ze słupa, nie pamiętasz? To ja wlazłem na ten słup!

W ten sposób z roku na rok rośnie całkiem spora armia wybawców Staszka. Dziesiątki bohaterów! Faktem jest jednak to, że tylko dwie osoby mogły w tym uczestniczyć i ja dobrze je zapamiętałem. I mam zazwyczaj duży kłopot w potwierdzaniu mitomańskich przechwałek. Przeważnie zmieniam wtedy temat, nie odbierając radości nikomu z tych, którzy o tej historii opowiadają w pierwszej osobie.

A Staszek pewnie dalej się śmieje z tych wariackich początków swojego lotniarstwa.  Podejrzewam nawet, że niejeden raz myśli o tym, aby zawisnąć z lotnią nad Zieleńcem, bo podobno jest w bardzo dobrej kondycji.

Pozdrawiam Ciebie, Staszku, i dziękuję za wspólne lata pełne przygód, humoru i nartowania.

7 – NASZE DZIECI W ZIELEŃCU

Fotka zapożyczona z Absolwenta

Bardzo długie pobyty pracowników Zakładu Sportów Zimowych w Zieleńcu, trwające czasami ponad 3 miesiące, generowały ogrom kłopotów rodzinnych. Wymagały rozstania z żonami, co dla młodych wówczas ludzi powodować mogło rysy na trwałości niedawno zawartych małżeństw, a z całą pewnością mogło mieć bardzo niekorzystny wpływ na relacje z bardzo małymi dziećmi, pozostawionymi w domu.
Alternatywą dla tych zagrożeń była możliwość zabierania rodzin na zielenieckie obozy, z czego skwapliwie korzystaliśmy, szczęśliwie przy pełnej akceptacji władz Uczelni. Warunki stworzone w Strasznym Dworze (nasza „szafa” opisana już wcześniej), uwzględniały „rodzinne pokoje” ze wspólną łazienką dostosowaną do kąpieli dzieci oraz prania pieluch tetrowych, gdyż wtedy o pampersach mogliśmy jedynie pomarzyć. Był też specjalnie urządzony pokój do zabaw, czyli tzw. „kuchnia”, gdzie nasi mali mieszkańcy wspólnie spędzali czas, ucząc się życia społecznego. Obok integrowały się ich mamy, co wobec rozmaitości dyskutowanych zagadnień powodowało niezamierzone przerwy w opiece. Czasami rodziło to pewne problemy, pozostawiając do dziś kupę śmiesznych wspomnień.

Pierwszym małym mieszkańcem „szafy” był Pan Kuraś, czyli Wojtek Zaczyk – Junior. Było to jeszcze podczas kierowania Zakładem przez Bronisława Haczkiewicza, który u schyłku swojego życia wolał mieszkać z nami, w rodzinnej atmosferze, w miejscu tętniącym życiem, niż w pustym „Stokłosie”, zarezerwowanym głównie dla rektorskich i ministerialnych gości.

Harmonogram dzienny podczas obozów zimowych (mowa tu o latach siedemdziesiątych i początku osiemdziesiątych) był dość czasochłonny, zarówno dla studentów, jak i kadry prowadzącej zajęcia. Nasza aktywność rozpoczynała się przed siódmą rano, kończyliśmy zaś po wieczornych zajęciach świetlicowych lub wykładach, grubo po dwudziestej pierwszej. Czasu dla rodziny nie starczało, wobec czego nadrabialiśmy to już w zaciszu naszych miniaturowych „apartamentów”, dzieląc miejsce z naszymi dziećmi.
Byliśmy wtedy wzbogaceni śmiesznym doświadczeniem, które miało miejsce w naszym wrocławskim „Spartakusie”, gdzie na pierwszym piętrze ulokowano młode małżeństwa, wśród których jedno odbywało pionierskie lekcje radzenia sobie w warunkach braku odrębnego, dziecięcego pokoju.

Próbując nadrobić brak bliskości, w angielskim stylu opuścili kiedyś towarzystwo swoich sąsiadów, lądując pod kuszącą ciepłem kołderką (i …wreszcie w izolacji od śpiącego już dawno malucha). Dalszy opis konsekwencji znalezienia się w pościeli jest pozbawiony sensu, gdyż wkroczylibyśmy w głęboką sferę intymności. Nie miał z tym problemów ich mały synek. Obudzony tłumionymi odgłosami płynącymi z nieodległej wersalki swoich rodziców, wstał i trzymając się poręczy swojego łóżeczka, obserwował w świetle frontowych neonów akademika  dynamiczny rozwój sytuacji. Ci zaś pochłonięci całkowicie sobą, nie czuli bystrego i pełnego ciekawości spojrzenia.

– Co tak skaczecie?!! – nagle wrzasnął cieniutkim, ale dźwięcznym głosem.
W tym momencie oboje wykonali skok życia, godny dzisiejszych wyczynów Dawida Kubackiego, próbując dopaść kołdrę lub cokolwiek innego, aby zasłonić się przed zaniepokojonym i zdezorientowanym dzieckiem.

Z pewnością trudno było im wszystkim dojść do porozumienia i nie wiadomo do końca, czy jakiekolwiek tłumaczenie powodów ich „skakania” trafiło do świadomości dzieciaka.

Bogaci o ów cenne doświadczenie, które stało się bardzo popularną i często opowiadaną anegdotą, próbowaliśmy wszelkich sposobów, aby uniknąć podobnej sytuacji podczas kilkumiesięcznego pobytu w zakładowej „szafie”.  Poza „starą” kadrą Zakładu (Zaczykowie, Stasiakowie), pojawili się z czasem młodsi asystenci, wśród nich Wojtek Bąkowski, Andrzej Kozłowski i Krzysiek Hypki. Oczywiście również z rodzinami. To już było całe przedszkole: nasz Maciek (Stasiak), Marcin Bąkowski i dwie Maje (Kozłowska i Hypka). Rok później doszedł do kompanii Marek Orłowski, dorzucając do kompletu kolejną pensjonariuszkę Mariannę.

Któregoś dnia, mamy pochłonięte bardzo ważnymi analizami wyglądu innych koleżanek obecnych na obozie, straciły z oczu gromadkę ganiających się po pokojach brzdąców. Nagle zaistniała niepokojąca cisza, trwająca coraz dłużej, zwracając dopiero po kilku minutach uwagę dyskutantek. Wpadając do jednego z pokojów, zobaczyły szokującą scenę. Aktorami byli chłopcy, widzami dziewczynki. Rozegrany scenariusz przypominał zabawę wampirów, bo na twarzach i ubrankach Marcina i Maćka była wszechobecna krew. Okazało się, że chłopcy mają w ustach żyletki. Skąd je wytrzasnęli, nie wiadomo do dziś. I chyba dobrze się stało, że zabawa została dość szybko przerwana, gdyż żyletki nie zostały skonsumowane i udało się je odzyskać bez dłuższej walki. Istny to był horror, stanowiący nauczkę, że twórczość dzieci może przysporzyć niezłych nerwów. Na szczęście obeszło się bez interwencji chirurga.

Nieco inaczej przebiegła sytuacja wykreowana nieoczekiwanie przez nas, dorosłych, podczas nocy sylwestrowej na przełomie lat 1982/83. Kierownikiem Zakładu był wówczas Marek Zatoń, zamieszkujący wraz z Zaczykami w Czerwonym Kapturku, usytuowanym około stu metrów poniżej Strasznego Dworu i dzielącej oba domy drogi. Tam też postanowiliśmy urządzić kameralną zabawę sylwestrową, pozostawiając starsze dzieci w Strasznym Dworze, pod opieką bardzo uczynnej koleżanki Ewy Górskiej.

I wszystko szło zgodnie z planem. Dzieci w swoich łóżkach, my w Kapturku, szalejący w doborowym towarzystwie. Oprócz naszego zakładowego grona kilku gości z zewnątrz, w tym sławny kolarz, potem trener Ryszard Szurkowski. Był też uczestnik szczególny, zaledwie kilkumiesięczna Zuzia Orłowska, której rodzice nie zaryzykowali rozstania z nią. Ułożona w łóżku obok starszych już dzieci Karoliny i Wojtka (Zatoniów), zasnęła niemal od razu. Zabawa rozkręcała się na dobre, dzieci przyzwyczajone do imprez obozowych spały smacznie, nie reagując nawet wtedy, kiedy witaliśmy dynamicznie nowy rok odpalając szampańskie korki. Ale wszystko, co dobre kiedyś się kończy a nasza zabawa również nie mogła trwać wiecznie. Było już dobrze po czwartej rano, kiedy odtrąbiono koniec Sylwestra. Po ostatnim „dyszlowym” uformowaliśmy pierwszą grupę do wymarszu. Były to nasze żony. Wybrały drogę wygodną, idąc odśnieżoną ścieżką w kierunku kościoła i Hanki, aby po dotarciu do szosy, zmieniając kierunek marszu o 180 stopni dotrzeć do naszego domu. Ich zadaniem było zorganizowanie ostatecznego „dyszlowego”już tam na górze, zanim rozejdziemy się do spania. W tym czasie, kiedy dochodziły do Strasznego, my przygotowaliśmy drugi zastęp. “Orzeł” zapakował odzianą w śpioszki cieplutką i twardo śpiącą Zuzię do zawiniątka uformowanego z koca. W jednej ręce torba z Zuzi rzeczami, w drugiej dziecko pod pachą. Tak przygotowany wyruszył z nami w drogę do domu. Trasa którą poszły nasze dziewczyny wydała nam się zbyt długa. Po krótkiej naradzie rozpoczęliśmy cross w górę, na skróty, brnąc po pas w głębokim śniegu. Szło nam „niezwykle dobrze” i po dobrym kwadransie, kilkuosobowa karawana poruszających się „gęsiego” piechurów dotarła do szosy. Umęczeni i całkowicie mokrzy wdrapaliśmy się wreszcie do naszej „szafy”. Orzeł dumny ze swojej misji, przekazał zawiniątko Bożence, ale – o zgrozo – puste! Okazało się, że Zuzia wyślizgnęła się ze swojego kokonu gdzieś po drodze. Stwierdzenie tego faktu spowodowało szok. Wytrzeźwieliśmy wszyscy w ciągu ułamka sekundy. Zbiegliśmy w dół, formując tyralierę i niczym zawodowi ratownicy rozpoczęliśmy poszukiwania, idąc po niedawno zostawionych śladach. Po kilku minutach, w odległości 15-20 metrów od drogi zguba została odnaleziona. Spała sobie smacznie w głębokim, białym puchu, nie zauważając nawet nieoczekiwanej i drastycznej zmiany sytuacji. Szybkość w jakiej dotarła do pokoju pod ciepłą kołdrę była imponująca, wprost kosmiczna. Wątpię, czy kiedykolwiek w historii ratownictwa górskiego była zorganizowana tak skuteczna i błyskawicznie przeprowadzona akcja poszukiwawcza.

Nie udało nam się ukryć tej historii, nazajutrz wszyscy trąbili o cudzie, który wraz z upływającymi latami stał się legendą. Dla samej Zuzi było to bardzo śmieszne, kiedy już jako studentka I roku AWF była wyczytywana na listach obecności.

– Zuzanna Orłowska, czy to ty? To ja ciebie „wtedy” znalazłem w śniegu!

Takie oświadczenia były wypowiadane przez dziesiątki osób. Najśmieszniejsze jest to, że wielu spośród opowiadaczy nie znalazło się tam nigdy! To zadziwiające, że tego typu historie są z czasem przywłaszczane i traktowane jak własne. W tym miejscu powinienem jednak wskazać osobę, która przyczyniła się do uratowania Zuzi z objęć Królowej Lodu. Był to Kaziu Kurzawski! Mam autoryzację Marka Orłowskiego, że jest to on, nikt inny. Więc jeśli usłyszycie historię o Zuzi, bacznie słuchajcie, czy aby na pewno nie jest to historia jakiegoś megalomana, podszywającego się pod Kazika. Proponuję też niezagłębianie się w ocenę tej sytuacji. Nic “złego” się nie stało, a pozytywnym efektem zguby było to, że wzmogliśmy czujność, planując kolejne imprezy. A tych było w kolejnych latach sporo. To, że nasze dzieci wyrosły na porządnych i odpowiedzialnych obywateli jest dowodem udoskonalania naszych standardów opiekuńczych, na kanwie popełnionych błędów i młodzieńczych szaleństw.

Kolejna historia odbyła się z udziałem naszej koleżanki, która przyjechała do Zieleńca ze rocznikiem studentów, których była opiekunem. Oczywiście ona również zabrała ze sobą syna, co było – jak pisałem wcześniej – oczywistą praktyką akceptowaną przez kierownictwo obozów. Pierwsza historia małego Kacpra zaistniała nazajutrz po rozpoczęciu obozu. Byliśmy po pierwszym dniu zajęć, zadowoleni z upragnionego wreszcie wolnego czasu. Dysponując wtedy wolnym „apartamentem rektorskim” w Stokłosie, gdzie wówczas mieszaliśmy, ustępując miejsca w “szafie” młodszym kolegom, zorganizowaliśmy cichą imprezkę, podając na stół przywiezione przez nowoprzybyłych na obóz trunki. Nieodłącznym rekwizytem tego typu spotkań były tzw. „kalibry dyżurne” – małe, dziś już zapomniane, metalowe kieliszki, często występujące w komplecie z piersiówką. Były poręczne i nie tłukące się. Popularny gadżet w siermiężnej erze konsumpcji wódki. Nasze dzieciaki były już „w temacie”, znały je jako tabu, więc nie przejawiały większych zainteresowań nimi, ale mały Kacper chyba po raz pierwszy dojrzał tę nietypową zastawę. Podszedł do stolika i zaczął bacznie je oglądać.

I wtedy, jeden z uczestników bankietu zaproponował przeprowadzenie testu przepowiadającego przyszłość Kacperka. Postawił przed nim trzy przedmioty: kaliber z koniakiem, talię kart i różaniec. Nie przewidział jednak, że chłopczyk błyskawicznie dokonał wyboru, zanim wydana została komenda: „wybierz jedną z tych rzeczy”. Wpatrując się w błyszczący kaliber, zdecydowanie i bardzo gwałtownie, a dla nas zupełnie nieoczekiwanie chwycił to cacko, wypijając całą jego zawartość duszkiem. Nikt nie zdążył zareagować! Wybałuszając gały ze zdziwienia, kompletnie zaskoczeni rozwojem wydarzeń, patrzyliśmy na reakcję chłopczyka. A on spokojnie, poklepując się po brzuszku chrząknął kilka razy i wrócił do zabawy z pozostałymi dziećmi, jakby nic wielkiego się nie stało.  

Najbardziej zdziwiony był pomysłodawca testu, nasz ówczesny gość, którego wówczas uczyliśmy jazdy na nartach, a po kilku latach od tego zdarzenia ujawnił się światu jako twórca GROM-u, potem jego wieloletni dowódca. Podejrzewaliśmy nawet, że test ten pochodził z zestawu metod stosowanych przy rekrutacji specjalsów tej sławnej jednostki.

Kacperek był dzieckiem-niejadkiem, co niekiedy doprowadzało jego mamę do szału. Pamiętamy wszyscy śmieszną scenę, podczas któregoś ze śniadań w naszej obozowej stołówce. Zazwyczaj było cicho, gdyż senni jeszcze rano studenci pałaszowali swoje śniadanie, śpiesząc się z jedzeniem, gdyż za chwilę musieli stanąć na apelu w pełnym ekwipunku i ze sprzętem.

Szmer stołówkowy przerywany był co chwilę upomnieniami zniecierpliwionej mamy Kacpra, która teatralnym, głośnym szeptem wydawała coraz to groźne polecenia:

– Jedz do cholery tę zupę, bo za chwilę wyjdziemy na korytarz i inaczej porozmawiamy!

Kacper z niepokojem spoglądał na mamę, jednak coraz bardziej zaciskając zęby, nie pozwalając na wślizgnięcie się choćby połowy zawartości łyżki z kaszą do skrzywionej obrzydzeniem buzi. Każdej nieudanej próbie iniekcji towarzyszył wybuch złości „matki karmiącej”.

Nikt nie reagował, udając kompletny brak zainteresowania maltretowanego, ale charakternego dzieciaka. Wreszcie nastąpiła kulminacja – mały Kacper wrzasnął donośnie na całą jadalnię:

-Mamo, jak nie przestaniesz na mnie krzyczeć, to powiem wszystkim, że sikasz do umywalki!

Pamiętamy wszyscy fragment piosenki Wojciecha Młynarskiego, w której opisana była reakcja publiczności dancingowej, tuż po wyznaniach miłości sławetnego kontrabasisty do panny Krysi:

„…Ha ha ha ha ha ha ha ha!!! Co to się działo, co się działo! 
Uzdrowiska pół ze śmiechu się skręcało
i skręciło by do końca biednych ludzi…” 

 W tym jednak przypadku nikt się nie obudził, bo historia działa się naprawdę. Wszyscy wyli ze śmiechu, niektórzy wpadając pod stół. Histeryczny śmiech wszystkich świadków tego zdarzenia, a był to komplet studentów i kadry obozu pozostanie w mojej pamięci na zawsze. Zdenerwowana i mocno speszona mama opuściła stołówkę, ciągnąc za sobą zadowolonego swoim sukcesem sprawcę tej niecodziennej dramy.

Wartość tych historii dla każdego z nas jest inna. Jedni śmieją się do łez, przypominając sobie beztroskie i niezbyt odpowiedzialne postępowanie z dziećmi. Innych ogarnia dreszcz na myśl, że mógł się zdarzyć dramatyczny epilog, pociągając za sobą nawet sądowe wyroki. Byli też tacy, którzy zamykali się w swoich pokojach, unikając spotkań z nami, chroniąc swoich współmałżonków i dzieci przed zgorszeniem i demoralizacją. I kto tu miał rację? Ważne, że nam było wesoło i ostatecznie nic złego się nie stało. A jest co wspominać!

6 – WYRWIRĄCZKI

Moja przygoda z narciarstwem zaczęła się w czasach beztroskiego dzieciństwa, na miejskich górkach oraz wyższych pagórkach okalających Jelenią Górę. Zimy były wówczas bardzo śnieżne, zapewniając nam frajdę każdego roku, od początku grudnia aż po kwiecień. O wyborze miejsca decydował czas wolny pomiędzy szkołą a popołudniowymi zajęciami, których wtedy było dość dużo: SKS-y, inne koła zainteresowań (plastyczne, teatralne, techniczne, itp.), szkoła muzyczna lub wreszcie obowiązki domowe nakładane przez rodziców. Wyjątkiem oczywiście były niedziele (w sobotę chodziło się do szkoły) oraz ferie zimowe, podczas których można było oddać się wyprawom narciarskim bez ograniczeń.

Powszechnie używanym sprzętem były poniemieckie narty, znajdowane po wojnie na strychach domów, w których zamieszkiwaliśmy, zwane kredensówami oraz narciary – buty sznurowane z płaskim i nieco podwyższonym nosem, oraz bambusowe (tonkinowe) kijki. Piszę o przełomie lat 50 i 60-tych.
Tak wyposażeni wędrowaliśmy na Wzgórze Kościuszki, Skałki, tereny położone za Dworcem Zachodnim lub najdalej, na Czarny Strumień, gdzie stoki były o wiele dłuższe. Szusowało się przeważnie na wprost, ciesząc się z prędkości, a jedyną ewolucją wymaganą wówczas dla zachowania bezpieczeństwa było skuteczne hamowanie. Brak tej umiejętności skutkował upadkami, czasami przykrymi kontuzjami, często eliminującymi z zabawy na długie tygodnie. Nachodziliśmy się przy tym okrutnie, gdyż nigdzie tam, gdzie docieraliśmy z naszymi nartami nie było wyciągów. Ale to była norma! No i niezły trening, jak pomnożymy ilość podejść z długością naszej ścieżki pod górę, obciążeni „klepkami” na ramionach. To były kilometry, pokonywane z wiszącym gilem pod nosem, z przemoczonymi portkami i rękawiczkami, najczęściej wydzierganymi z wełny przez nasze mamy lub babcie. Nikt wówczas nie marzył o specjalistycznej odzieży narciarskiej, a już na pewno nie o wyciągu narciarskim, który nie funkcjonował wówczas w naszej świadomości. Pierwsza kolej linowa w rejonie Karkonoszy powstała w Karpaczu w roku 1959, ale nikt z nas nie miał szansy na skorzystanie z niej zimą. No może z wyjątkiem tych, których rodzice zaangażowani byli w sport narciarski, co wówczas nie było jeszcze zbyt popularne, dotycząc jedynie skromnej garstki osób – z naszej szkoły tylko jeden Jurek Szempliński miał dostęp do narciarstwa w tym pełnym jego zakresie, uczestnicząc w treningach i zawodach narciarskich.
W tym okresie powstawały dopiero pierwsze, dostępne dla narciarzy stoki z wyciągami, zwłaszcza w większych miejscowościach górskich, takich jak Karpacz, Szklarska Poręba, Przesieka. Organizowano je w pobliżu domów wczasowych FWP lub ośrodków wypoczynkowych bogatych przedsiębiorstw państwowych, do których przyjeżdżała kadra menadżerska i aktyw partyjny, rzadziej szeregowi pracownicy.
Mam na myśli pierwsze wyciągi zaczepowe, zwane „wyrwirączkami”, z systemem „niskiego prowadzenia”, gdzie wolno jadąca lina stalowa, bez żadnych podpór na swojej trakcji, ciągnęła narciarzy w górę. I tym pierwszym wyciągom pragnę poświęcić niniejsze wspomnienie.

Siermiężne czasy ograniczały wydatki, umożliwiając instalowanie prymitywnych rozwiązań, ale za to dostępnych, najczęściej wykonywanych metodą „chałupniczą”, na bazie części wykorzystywanych w górnictwie, skąd pochodziły główne elementy: koła zwrotne i liny z misternie splatanymi końcówkami, tworzące pętle. Do tego wrócę później, pragnąc teraz skupić się na opisie technicznym takiego wyciągu.
Jego działanie polegało na poruszaniu się liny zawieszonej pomiędzy obracającymi się kołami, umieszczonymi w dolnej części stoku i jego górnym końcu. Dolne koło było najczęściej łączone z napędem, mocowane do podłoża w sąsiedztwie silnika elektrycznego, a w pewnych modyfikacjach spalinowego. Najczęściej obudowane niewielkim pomieszczeniem zwanym dumnie maszynownią, z dużym oknem skierowanym ku górze, tak, aby operator wyciągu mógł obserwować użytkowników, czuwając nad ich bezpieczną jazdą. Górne koło umieszczone było na ruchomej podstawie, przypiętej linami do przeciwwagi, której zadaniem było naciąganie liny trakcyjnej. Znajdowały się tam również zabezpieczenia w postaci ruchomych bramek, zaraz powyżej wyznaczonego miejsca zakończenia wjazdu. Ich rolą było zatrzymanie wyciągu w przypadku dotknięcia wyłącznika, podczas nieudanego manewru odjechania od wyciągu, bądź nawinięcia części garderoby w obracającą się wzdłuż swojej osi linę (jeśli była ona wadliwie spleciona), co też uniemożliwiało oddalenie się od wyciągu. Takie historie zdarzały się bardzo często, o czym będzie mowa dalej.

Podstawowym ekwipunkiem użytkownika “wyrwirączki”, oprócz samego sprzętu narciarskiego był ZACZEP. Dziś trudno uwierzyć, z jakim wachlarzem zaczepów mieliśmy do czynienia. Najczęściej jednak była to drewniana pała o długości od 20 do 30 centymetrów, z dziurką na jednym końcu i z okazałą szparą na drugim, dopasowaną do średnicy liny. Dziurka służyła do umieszczenia tam linki lub paska, będących łącznikiem zaczepu z solidnym pasem zapiętym nad biodrami narciarza. Bo cała technika jazdy wyciągiem polegała na tym, że stojąc na dolnej „stacji”, chwytaliśmy jedną ręką jadącą w górę linę, podciągaliśmy się na niej i drugą ręką, trzymając zaczep wpinaliśmy go w linę. Dysponowaliśmy też późniejszą odmianą zaczepu metalowego, produkowanego gdzieś tam seryjnie, z dwoma bolcami chwytającymi linę, gdy powstawała dźwignia uruchamiana ciężarem narciarza. Zaczep taki widoczny jest u osoby stojącej po lewej stronie na poniższym zdjęciu.

Tak z nią związani, pozwalaliśmy się ciągnąć w górę, gdzie cała siła ciągnącej liny przenoszona była na ten właśnie pas. Dojeżdżając do celu, podciągaliśmy się rękoma na linie nieco w górę, co umożliwiało uwolnienie zaczepu. W tej czynności przeszkodą były kijki, które umieszczano przeważnie pod pachą, aby mieć wolne ręce jednocześnie do podciągania się i wyjęcia zaczepu z liny.

Częstym widokiem były pojedyncze kijki leżące wzdłuż trakcji wyciągu, co niewątpliwie świadczyło o szamotaniu się z liną i ich gubieniu podczas podjazdu.

Jak wspomniałem, dysponowaliśmy wieloma rodzajami zaczepów, jak i pasów. Ekstremalnie ohydnymi były wspomniane, drewniane pały oraz siermiężne pasy strażackie, które – acz bezpieczne, nie sprawiały miłych doznań estetycznych zarówno samemu użytkownikowi, jak i widzowi.

Do tego musimy dodać jeszcze przynajmniej jedną, solidną rękawicę, która służyła do chwytania liny, zabezpieczając rękę przed skaleczeniem. Tu też szerokie zastosowanie miał sprzęt strażacki, nie wiem z jakiego źródła zdobywany. Wyobrazić sobie należy, że już wtedy pojawiali się pierwsi strojnisie, odziani w elastyczne spodnie i piękne, kolorowe kurtki lub swetry z norweskimi wzorami. Wstrętny, przeważnie usmarowany smarem pas strażacki i siermiężna rękawica nie były ozdobą. No i pałętający się między kolanami zaczep, o ile wydostał się niepostrzeżenie podczas jazdy z za paska, za który był wtykany, kojarząc się bardziej z maczugą, niż z narciarskim ekwipunkiem.

Taki widok powodował salwy śmiechu, podnosząc ogólną wesołość wszystkich uczestników narciarskiej zabawy. Dyndający kostur tłukł po kolanach lub wyżej, co sprawiało przykre doznania, zapamiętane na długo, zwłaszcza przez męską część narciarskiej społeczności. Zapamiętałem jedno – sprzęt ten był zdejmowany lub ukrywany za pazuchą podczas pozowania do pamiątkowych zdjęć, czego przykładem jest prezentowana niżej fotka grupy studentów rocznika 1973-1977, odbywających swój drugi obóz zimowy w Zieleńcu (1975), gdzie ośrodek będący własnością wrocławskiej AWF posiadał 2 wyciągi zaczepowe.

Jak widać po prawej stronie fotki tylko dwaj ćwiczący pozostawili zaczepy na widoku, z czego jeden, w kształcie wielkiej pały dyndał w niebezpiecznej okolicy Rysiowi Serudze. W widoczne na zdjęciu pasy strażackie wyposażeni są stojący po lewej stronie Edek Caban i Jasiu Frączek, w ciemnej kurtce, czwarty z prawej strony.

Z AWF-em związanych jest kilka anegdotycznych sytuacji z wyciągiem zaczepowym w roli głównej, rozgrywających się w końcówce lat siedemdziesiątych.
Jedną z nich jest bolesne, ale i śmieszne doświadczenie pracownika naszej Uczelni, piastującego wówczas funkcję dziekana. Nie raz był on obserwatorem naszych pozalekcyjnych treningów, już bez studentów, kiedy mogliśmy poćwiczyć trudniejsze ewolucje bądź jazdę po slalomie. Mając na uwadze skromną ilość czasu na nasze prywatne ćwiczenia, prosiliśmy zwykle operatora naszej „dwójki”, niejakiego Szczepana Sajdaka o włączenie najwyższego, trzeciego biegu, gdyż ta właśnie prędkość linki przekładała się na dużą oszczędność czasu poświęconego na podjazdy. Wymagało to jednak zastosowania specjalnej techniki wczepiania się w linę, zmuszając nas do dość długiego najazdu z góry, z prędkością odpowiadającą prędkości liny, z jednoczesnym dostosowaniem naszego toru jazdy do kierunku pędzącej w górę liny. To był jedyny sposób, aby uniknąć szarpnięcia podczas jej chwytu. Opanowaliśmy to nie bez trudu, a najbardziej kłopotliwe były wybory pomiędzy chwytem jednej z sąsiadujących ze sobą lin, tej właściwej, jadącej w górę, a nie powrotnej. Obie przechodziły przez szparę w ścianie maszynowni, skąd startowaliśmy, rozdzielając się dopiero kilkanaście metrów powyżej niej. Dodatkową trudność sprawiała też występująca w późnych godzinach popołudniowych zła widoczność (tylko wtedy mieliśmy czas na jazdę bez studentów), co podnosiło naszą adrenalinę na „maksa”. Praktyka nasza, oczywiście po osiągnięciu niemal stuprocentowej skuteczności, wprawiła Dziekana w zachwyt, wyrażany częstymi uwagami podczas tych jego wizyt na stoku.
Nadszedł wreszcie dzień, w którym podczas naszych dopołudniowych zajęć ze studentami, przy pięknej pogodzie, niedługiej kolejce oczekujących na wyjazd (część grup odpoczywała nieopodal podczas przerwy w zajęciach), zostaliśmy zapytani przez Dziekana, czy mógłby wreszcie spróbować podjazdu do liny „naszą techniką”, oczywiście przy standardowej prędkości liny. Chcąc mu zrobić przyjemność, zgodziliśmy się na ten eksperyment, przygotowując uprzednio miejsce na wykonanie przez niego najazdu pod linę. Dając znak, że wszystko gotowe, nie przewidywaliśmy, że stajemy się współautorami pewnej legendy, o której mówi się do dziś.

Rozpoczynając zjazd ku dołowi, dość sprawnie wykonał łuk w lewo, zmieniając kierunek jazdy o sto osiemdziesiąt stopni, dopasowując tor jazdy i prędkość do wyciągu. Sięgnął po linę w najodpowiedniejszym miejscu, jednakże nie tą, jadącą pod górę. Efekt zdecydowanego i mocnego uścisku przełożył się na gwałtowne szarpnięcie w tył, w wyniku którego poleciał z prędkością rakiety prosto w kierunku okna maszynowni, demolując je swoimi plecami, zatrzymując się dopiero na kratce umieszczonej już poza stłuczoną szybą. Jej zadaniem było zabezpieczenie maszynowni przed ewentualnymi intruzami. Kratka spełniła idealnie swoją funkcję, zatrzymując na sobie nieszczęśnika, ku przerażeniu operatora wyciągu, który czmychnął z maszynowni na zewnątrz, nie wiedząc, czy to trzęsienie ziemi, czy atak kosmitów. Publiczność była wstrząśnięta, my przerażeni, Dziekan wystraszony i zaskoczony nieoczekiwaną zmianą kierunku jazdy. Zapadła cisza, konsternacja wszystkich obecnych, zaś dzielna ofiara nieudanego eksperymentu zdołała zejść z kratki o własnych siłach, zapewniając, że wszystko OK. Po takim oświadczeniu ciężko się było oprzeć wulkanowi wesołości, jak już się okazało, że gość jest cały, a konsekwencją zdarzenia była kontuzja prawego barku, wyleczona po niespełna miesięcznej kuracji gipsowej.
No i wtedy pojawił się postulat studentów, aby liny wyciągowe były pomalowane dwoma kolorami, zielonym ta, jadąca pod górę, a czerwoną barwę zarezerwowano dla liny sunącej z góry do maszynowni. I wszystko miało być od tej pory jasne.
Nie wiem, czy postulat ten trafił pod obrady Senatu Uczelni, być może jego ostateczne uchwalenie zostało zawieszone tuż po oddaniu do użytkowania pierwszego wyciągu orczykowego, ufundowanego przez KGHM, co uwolniło użytkowników od dylematu dokonywania ciągłych wyborów liny.

Sam najadłem się niemało strachu jako prowadzący zajęcia, będąc odpowiedzialnym za studentów podległej mi grupy. Czasami ktoś się wywrócił, nie mogąc uwolnić swojego zaczepu. Wówczas wleczony przez wyciąg w pozycji leżącej, widząc nieuchronnie zbliżające się koło zwrotne, wrzeszczał ze strachu niczym zarzynany kogut, w obawie o swoje bezpieczeństwo, ba, nawet życie! Opisane wyżej zabezpieczenia działały, ale z pewną bezwładnością. Więc osoba wleczona w kierunku bramki, wpadając na nią, wyłączała wyciąg, jednak nie odczuwając tego od razu. Wyciąg hamował bardzo powoli, a prawie już nieboszczyk dojeżdżał do koła zwrotnego na odległość kilku metrów, z przerażonymi oczami wielkości piłek tenisowych. Koszmarne uczucie, które znałem z autopsji, gdyż podczas jednej z nocnych jazd na „trzecim biegu”, zostałem nieumyślnie podcięty przez któregoś z kolegów, tuż przed ową bramką, zatrzymując się zaledwie metr przed kołem. Wtedy zrozumiałem sens tortury za pomocą łamiącego koła.

Wspomniałem o garderobie i kijkach. Rzeczywiście, elementy te też były poddane wielkiemu zagrożeniu, gdyż czasami podczas jazdy wkręcane były przez obracającą się linę. Wyglądało to tak, jak spaghetti nawijane na widelec. Bardzo trudne było oswobodzenie się z tej pułapki, najczęściej słyszany był doniosły ryk, informujący o takim zdarzeniu, pochodzący z górnych rejonów wyciągu. Jedynym ratunkiem było wyłączenie wyciągu bramką bezpieczeństwa przez któregoś z obecnych tam narciarzy, chyba, że ryk był tak doniosły, że sam Szczepan reagował naciskając z dołu na magiczny, czerwony wyłącznik. Kończyło się to odzyskaniem porwanej kurtki, czasami już tylko kamizelki, gdyż rękawy pozostawały trwałą częścią liny, splecione z nią dość skutecznie. To oczywiście rodziło kłopot, gdyż taka plecionka z trudnością przechodziła przez koło, powodując zrzucenie liny.
I wówczas uruchamialiśmy „chiński” ratrak, czekając na naprawienie wyciągu.
Z kijkami rzecz się miała nieco inaczej. Problem rozpoczynał się przy wkręceniu rękawicy w linę. Wtedy należało błyskawicznie się z niej wyswobodzić, pozostawiając na pastwę losu kijek, połączony pętlą z porzuconą rękawicą. Zestaw ten pędził w kierunku koła zwrotnego, zaś – o ile lina nie została z niego zrzucona, kijek wychodził spoza koła już w nowym kształcie, stanowiąc jego wierną kopię.  Jego prostowanie nie miało już żadnego sensu, musiał być zastąpiony nowym.

Dziś, mamy do dyspozycji kanapy mieszczące nawet 8 osób, z opuszczaną kapsułą chroniącą przed wiatrem, z wygodnymi taśmami podjazdowymi, wjeżdżamy na górę wieloosobowymi kabinami lub przestronnymi wagonami. Ale też ciągle pamiętamy, ile wysiłku wkładaliśmy, aby ponartować w czasach, kiedy nie posiadaliśmy wyciągów wcale lub korzystaliśmy z tych bardzo prymitywnych, których powyższy opis został odtworzony z głębokiego zapisu naszej pamięci. Pozostała nam jedna wartość – pokora, która pozwala wrócić do „starego”, w chwili, gdy zabraknie prądu, lub gdy wiatr unieruchamia tę nowoczesną infrastrukturę. Zawsze znajdziemy miejsce, żeby podchodząc – trochę pozjeżdżać, ku ogromnemu zdumieniu młodzieży, że tak można.

5 – OVATION

Tuż po stanie wojennym, w nowym sezonie zimowym 1983-1984 mobilizowaliśmy się do zorganizowania w Zieleńcu międzynarodowej konferencji dydaktyczno-naukowej. Wymyślił ją nowy szef Zakładu Sportów Zimowych, Marek Zatoń, mając ogromne poparcie władz Uczelni, szczególnie ze strony naszych profesorów: Bogdana Czabańskiego, Tadeusza Bobera oraz zaprzyjaźnionego i współpracującego z nami znanego i cenionego socjologa Andrzeja Ziemilskiego. Dzięki ich kontaktom, udało się zaprosić do udziału w konferencji świetnych fachowców od teorii i metodyki nauczania narciarstwa masowego z dość mocną reprezentacją zagraniczną oraz liczących się w świecie trenerów narciarskich, wśród których najwybitniejszym uczestnikiem konferencji był ówczesny trener szwajcarskich alpejek – Arturo Hotz.
Przygotowania nabierały tempa, wraz ze zbliżającą się zimą. Każdy z nas miał swój udział w pracach zespołu organizacyjnego, jedni odpowiadali za program konferencji i dobór uczestników, inni byli zaangażowani w szeroką sferę działań logistycznych, celem zabezpieczenia odpowiedniej ilości miejsc noclegowych, aprowizacji, itp.

Mnie przypadł w udziale bardzo skromny „kawałek tortu”. Miałem zorganizować jakiś fajny koncert, dysponując bardzo niewielkimi, właściwie symbolicznymi środkami, co z góry przekreślało szanse na pozyskanie atrakcyjnego artysty – a to właśnie stało się moją ambicją, szczególnie dla tak znakomitego międzynarodowego gremium.
Pomysł przyszedł sam, w najmniej oczekiwanym momencie. Otóż wybrałem się kiedyś na koncert Elżbiety Adamiak, której towarzyszył jej mąż, znany już wtedy satyryk Andrzej Poniedzielski. Było to w jakimś wrocławskim klubie studenckim, zapewniającym bardzo kameralną atmosferę, zarówno publiczności jak i samym artystom. Po świetnym śpiewaniu i graniu, uroczych i śmiesznych tekstach Andrzeja, podszedłem do wykonawców, z zamiarem złożenia im mojej spontanicznie wymyślonej propozycji. Była prosta: „wy przyjeżdżacie do Zieleńca na 2 tygodnie, zapewniamy wam transport z kłodzkiego dworca PKP, macie za darmo spanie, jedzenie i wyciągi. Powrót do Kłodzka zapewniamy również. W zamian za to zobowiązujecie się do zagrania godzinnego koncertu podczas naszej konferencji oraz podczas kolejnego obozu studenckiego. W czasie swojego pobytu, możecie jeździć z nami na nartach, jak również ćwiczyć nowy repertuar w którejś z naszych świetlic. Ot, typowy pobyt warsztatowy. Co wy na to?”
Niedługo czekałem na odpowiedź – niemal wszyscy zgodnym chórem stwierdzili, że pomysł mój jest super, gdyby tylko … mógł być realny. Daliśmy sobie parę dni na dogranie szczegółów, po czym wszystko było już dopięte na ostatni guzik.

Wyjechaliśmy po nich do Kłodzka wraz ze Staszkiem Maksymowiczem, we właściwym i umówionym czasie, jego legendarnym autem terenowym, wyróżniającym się spośród innych „uazów” oryginalnym i niepowtarzalnym dachem, pochodzącym wprost ze zdezelowanego helikoptera. Przyjechało 5 osób, wraz ze sprzętem nagłaśniającym i instrumentami. Ledwie pomieściliśmy się w naszym „czołgu” zaś podróż do Zieleńca była bardzo wesoła i dynamiczna. Raz z powodu niewiarygodnej ciasnoty, dwa – zima była dość śnieżna, w związku z czym stan drogi wiodącej do Zieleńca nie wskazywał na jakąkolwiek „kolejność odśnieżania”.
Nadszedł właściwy czas, wybiła godzina „zero”. Wszystko szło jak z płatka, misternie zaplanowane części konferencji realizowane były w stu procentach. Zajęcia praktyczne na stoku były niezmiernie interesujące, przez wzgląd na różnorodność form, środków i samych ćwiczeń, w których znajdowaliśmy wiele inspiracji na przyszłość. Część teoretyczna była niemniej ciekawa, zwłaszcza referaty naszych gości spoza siermiężnej wówczas i zmęczonej niedostatkami w każdej dziedzinie Polski.
W przedostatnim dniu imprezy zaplanowaliśmy występ naszych artystów. To był wielki i niepowtarzalny show. Nawet teksty „Poniedziałka” trafiały do naszych zagranicznych gości, dzięki sprawności lingwistycznej części z naszych kolegów, którzy mogli sobie pozwolić na niemal symultaniczne ich tłumaczenie na angielski i niemiecki. Eli piosenki, śpiewane przy akompaniamencie Wacka Juszczyszyna (etatowego gitarzysty Eli, wcześniej „Wolnej Grupy Bukowiny” i „Naszej Basi Kochanej”) i pozostałych muzyków robiły wrażenie, nawet na najbardziej „zdrewniałych” słuchaczach, którzy nigdy wcześniej nie spotkali się z ich repertuarem, ani zapewne nigdy by się nie dali namówić na koncert poezji śpiewanej.
Było coś jeszcze, co niemal wszyscy zauważyli od początku koncertu. Otóż Wacek grał na gitarze, której niezwyczajny kształt pudła rezonansowego odbiegał od standardowego kształtu. Jej tylna ściana była owalna, zaś głębokie brzmienie było niezwykłe i niepowtarzalne. Nigdy wcześniej nie widziałem tak zbudowanego instrumentu. Okazało się, że parę tygodni wcześniej, dostarczona została Wackowi przez wybitnego polskiego jazzmana, Wojciecha Karolaka, wprost z USA. Oczywiście na zlecenie Wacka, który zaangażował w ten zakup prawie wszystkie swoje oszczędności. A warto było, gdyż instrument był dziełem konstruktora lotniczego, Charlesa Kamona, który opracował nowatorski projekt pudła rezonansowego gitary akustycznej, wykonany z tworzyw sztucznych, posiadający system kanałów rezonansowych. Gitary produkowane przez niego o nazwie „Ovation” zyskały dużą popularność właśnie ze względu na dużo lepsze brzmienie w warunkach koncertowych.

800px-JKRUK_20080531_WGB_WACŁAW_JUSZCZYSZYN_W_BZ_DSC01214[1]
Dygresja niniejsza jest w tym miejscu celowa, aby przygotować czytelnika do wydarzenia mającego miejsce podczas ostatniego wieczoru naszych muzyków, parę dni po konferencji zakończonej organizacyjnym sukcesem.

Sukcesy trzeba godnie uczcić, więc realizowaliśmy to systematycznie dzień po dniu, wieczór po wieczorze, noc po nocy. Ale już w dużo bardziej kameralnych warunkach, najczęściej w zamieszkiwanym przeze mnie pokoju w „Stokłosie”, mając do dyspozycji dwie przodem do siebie zwrócone wersalki oddzielone masywną, drewnianą ławą i parę doniesionych z zewnątrz krzeseł. Ciasno było, ale sympatycznie! Śmiechom nie było końca, historie nie z tej ziemi, dowcipy, niesamowite historie. To wszystko przeplatane niezwykle subtelną muzyką. Śpiewanie Eli Adamiak było dla nas największą nagrodą i ukojeniem po trudach organizacyjnych – bądź co bądź – bardzo trudnej logistycznie imprezy.
Pobyt naszych muzycznych gości zbliżał się ku końcowi, postanowiliśmy więc urządzić wieczór pożegnalny. Siedzieliśmy – jak zwykle – w naszym ciasnym pokoju, na wszystkim, co nadawało się do siedzenia, nawet na szafkach nocnych. Wacek ze swoją gitarą zajmował miejsce w środkowej części jednej z wersalek, tuż za nim jeden z naszych kolegów, któremu przypadło w udziale odśpiewanie kultowej jego piosenki „Konik na biegunach”. Świetne wykonanie, dobrze brzmiącym i stworzonym do ballad głosem, z własnym akompaniamentem na zjawiskowej gitarze „Ovation”. Kończąc piosenkę, oddaje gitarę w ręce Wacka, przeprasza go, próbując wstać, gdyż ilości wypijanych płynów nie dały żadnemu z nas szans na dłuższe siedzenie. Wstając, nie miał miejsca na odwrócenie się przodem do osób, które musiał wyminąć, więc rozpoczął swój marsz na zewnątrz, w krępującym zapewne półskłonie, wykonując coś w rodzaju kroku dostawnego, przestępując z nogi na nogę. Niestety, nie dane mu było sprawnie wykonać swojego wyjścia, gdyż w pewnej chwili, będąc na wysokości Wacka, zachwiał się nieco, uderzając kolanami w ławę, po czym odbijając się od niej poleciał w tył, prosto na Wacka, a właściwie bardziej na jego… gitarę. Lądowanie na niej zakończyło się tępym trzaskiem, po którym nastąpiła gwałtowna szamotanina, w której Wacek próbował wydobyć swój instrument spod leżącego na nim nieszczęśnika. Trwało to dłuższą chwilę, a jedyną czynnością, którą należało wykonać, aby ograniczyć dalszą destrukcję zgniecionego instrumentu, było poluźnienie strun. I tak się stało. Zrobił to trzęsący się i przerażony właściciel, z wyrazem twarzy złapanego króliczka. Okropny moment, nie wiadomo było, co robić…
Wieczór skończył się w nastroju głębokiej żałoby. Zmartwienie Wacka pomieszane z naszym zakłopotaniem i chęcią natychmiastowej rekompensaty, jakiegokolwiek pocieszenia. Najgorzej czuł się nasz kolega, nie mogąc sobie znaleźć miejsca jeszcze przez długi czas.

Utrzymując nasze kontakty z Wackiem, śledziliśmy dalsze losy uszkodzonej gitary. Poszukiwanie lutnika, który by się podjął jej naprawy trwało parę miesięcy. Wreszcie udało się! Wacek znalazł gdzieś na południu Polski jakiś skromny warsztat lutniczy, z niemłodym już mistrzem, dla którego sklejenie pękniętej, przedniej płyty pudła rezonansowego, w dodatku słynnego i ekskluzywnego „Ovation” było nie lada wyzwaniem. Naprawa zajęła kilka miesięcy, we wnętrzu gitary powstało misterne rusztowanie, na zewnątrz zainstalowano skomplikowane ściągacze, co miało zapewnić ponowne zejście się dwóch klejonych ze sobą powierzchni.
I ostatecznie tak się stało.
Warto zacytować w tym miejscu naszego gościa – mistrza Poniedzielskiego, który niegdyś wpisał nam swoją dedykację na ogromny, drewniany wałek, który od 37 lat jest ozdobą naszej kuchni:

„Już z Aurory wystrzał padł / październik ideą zabłysnął /a nie mówiłem, że nie ma tego złego / co by na dobre nie wyszło?”.

Pasuje ona idealnie do nieoczekiwanie miłego zakończenia tej historii – dzięki zabiegom lutniczym gitara uzyskała jeszcze piękniejsze brzmienie, stając się obiektem pożądania innych muzyków. Wacek często wypożyczał ją do prestiżowych nagrań studyjnych. Być może jego „Ovation” do dziś utrzymuje swoją niezwykłą jakość brzmienia.
Tak więc, „nie ma tego złego…”

4 – Straszny Dwór

Wjeżdżający do Zieleńca od strony Kudowy, widzą go w perspektywie drogi prowadzącej od ostatniego zakrętu do początku wsi, po prawej stronie. Dziś zupełnie inaczej wyglądający, przebudowany w latach dziewięćdziesiątych poprzedniego stulecia niemal od fundamentów, lecz z bardzo długą i barwną historią.
Przedwojenny, okazały pensjonat, z 15 pokojami na dwóch górnych piętrach, parterową salą teatralną z niewielką sceną i zapleczem, stanowiącym magazyn na rekwizyty, instrumenty muzyczne i garderobę dla występujących tam artystów. Sala po obu stronach podzielona była drewnianymi przegrodami, które wydzielały boksy, w których były ustawiane stoły dla uczestników zabaw tanecznych, gdyż pełniła również funkcję sali balowej. Na parterze dwie piękne werandy, przyklejone do budynku od strony frontowej. W jego tylnej części, równolegle do sali, znajdowała się niewielkich rozmiarów kręgielnia, podnosząca niewątpliwie walor pensjonatu.


W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, administratorem Ośrodka Szkoleniowego Sportów Zimowych w Zieleńcu, w tym również Strasznego Dworu, była warszawska AWF, przekazując go na początku lat siedemdziesiątych wrocławskiej uczelni, co zbiegło się z faktem utworzenia w niej samodzielnego Zakładu Sportów Zimowych, z pierwszym jego kierownikiem – Bronisławem Haczkiewiczem.
Jak już pisałem wcześniej, moja przygoda z uczelnianym narciarstwem rozpoczęła się tuż po tych zmianach, bo już w 1974 roku, czyli w pierwszym roku oficjalnego kierownictwa „Haka” w Zakładzie i – co oczywiste – w Zieleńcu. Jako student pierwszego roku uczestniczyłem w programowym obozie zimowym, który odbył się zaraz po sesji zimowej i trwał 2 tygodnie. Ponieważ rocznik był spory, licząc ponad 200 osób, zakwaterowani byliśmy w 3 budynkach: faceci mieszkali w Strasznym Dworze i Reglach, dziewczyny zaś w Hance. Późniejsze lata, podczas stażu i asystentury, związały mnie najbardziej z tym pierwszym, więc śmiało mogę twierdzić, że Straszny Dwór był moim zastępczym, zimowym domem na przestrzeni przynajmniej 13 lat, dopóki nie przeniosłem się do „Stokłosu”. Ale to już zupełnie inne czasy, osoby i historie.
Sercem życia obozowego dla wszystkich uczestników Ośrodka był jednak Straszny Dwór, gdyż w jego świetlicy, dawnej salce teatralno- dancingowej odbywały się zawsze pierwsze spotkania przywitalne i późniejsze zajęcia teoretyczne, w większości wykłady, przeplatane poza programowymi zajęciami tzw. organizacji czasu wolnego, imprezami rozrywkowymi.
Warunki bytowe w każdym z budynków znacznie odbiegały od dzisiejszych. Ich charakter i standard opiszę w skrócie, skupiając się na Strasznym Dworze, obiekcie tytułowym niniejszego wspomnienia.
Wejście główne prowadziło do rozległej sieni, skąd po lewej stronie znajdowało się wejście do obszernej werandy, do funkcji której wrócę za chwilę. Vis a vis, po prawej stronie były drzwi do przedsionka, z którego na wprost wchodziło się do wspomnianej Sali, zaś na prawo do kolejnej werandy. W dalszej części głównej sieni, po lewej stronie, tuż przed schodami wiodącymi na piętro była – próbuję znaleźć odpowiednie słowo – „kąpalnia”. Pomieszczenie niewielkie, z wyodrębnionymi 4 boksami, w których z tylnej ściany każdego z nich wychodziła wygięta rura, zaś u dołu były po 2 kurki. A więc było to miejsce przeznaczone do kąpieli, choć trudno było te zabiegi nazwać choćby z grubsza kąpielą. To przez wzgląd na niewielką objętość bojlera z ciepłą wodą, pozwalającą na opłukanie potu po lekcjach narciarskich zaledwie tylko kilku pierwszym osobom. To byli z pewnością mistrzowie obozu w mknięciu do domu z zajęć praktycznych, którzy szybkość poruszania się pomiędzy stokiem a domem, na dystansie około 700 metrów, łączyli z niezwykłą potrzebą natychmiastowego poprawienia swojej higieny. Innymi słowy czyściochy. Do dziś nie wiemy, po co były aż 4 kabiny, skoro odkręcenie pierwszego kurka z ciepłą wodą uniemożliwiało jej wydobycie z pozostałych 3 rurek. W tej sytuacji wszyscy obecni w tym ciekawym, ale i siermiężnym salonie korzystali ze wspólnej kabiny, co rodziło zabawne sytuacje, przeważnie nie nadające się do opisywania. Poza jedną:

„Późna kąpiel”
Gościliśmy kiedyś studentów z uniwersytetu w Bremie. Grupa była koedukacyjna, więc w odstępstwie od reguły zakwaterowana została w pełnym składzie w naszym „męskim” budynku. Wobec olbrzymiej konkurencji pod rurką, uznaliśmy, że naszym gościom zagranicznym należy się bezwzględne pierwszeństwo. Ale i to nie rozwiązywało problemu walki o ciepłą wodę.
Jeden z rodzimych instruktorów postanowił zastosować chytrą taktykę i odczekał, aż wszyscy pójdą spać, aby spokojnie wytaplać się (do woli!) w ciepłej wodzie, po starannie wykonanych nocnych obowiązkach palacza, pana Stasia Szewczyka. Stojąc w pierwszej kabinie, z błogim ciepełkiem na plecach, usłyszał trzeszczenie otwieranych drzwi (jak to w Strasznym Dworze) i ujrzał milutką Marion, jedną ze niemieckich studentek, która kierowana identyczną logiką, dość dyskretnie ukryła się w drugim boksie, pragnąc rozpocząć swoją upragnioną kąpiel. Odkręciła kurek z ciepłą wodą, jeszcze bez świadomości, że raptownie odebrała ją swojemu sąsiadowi, na którego plecy poleciała lodowata struga, porażająca jego receptory do bólu. Słysząc jego nagły ryk (pamiętamy, że panowała już cisza nocna), wyjrzała zza ściany, chcąc zobaczyć co się stało. Ten zaś widząc jej ciekawość pomieszaną ze zdziwieniem, zaczął tłumaczyć, że jak już z jednej rurki cieknie ciepła woda, to „unmegliś” jest jej osiągnięcie w drugiej. Pomimo skromnych możliwości językowych, których bazą był dialekt prezentowany w enerdowskich westernach przez walecznego Vinetou, koleś został całkowicie zrozumiany, choć gestykulacja kończyn mających wspomagać prostotę werbalnego przekazu też była ograniczona koniecznością zasłonięcia coraz bardziej aktywnego towarzysza z „dołu”, wietrzącego okazję do zawarcia nowej i egzotycznej przyjaźni. Nieoczekiwanie dla obu, bystra i śmiała koleżanka wskoczyła do tej samej przegródki, co nasz dziki Słowianin, proponując kąpielową spółę. Odwrócony tyłem do niej, z dziwnym grymasem na swojej przerażonej facjacie i zgięty wpół, zaczął się trząść z zimna, odstępując jej strumienie ciepłej wody. Po chwili został poproszony o namydlenie pleców.
To już przeszło jego najśmielsze oczekiwania, więc trzęsąc się (do dziś nie wiadomo, czy z zimna czy podniecenia) dał nura na zewnątrz, w kierunku zimnych schodów, decydując się na chwilę samotności, przy okazji zyskując czas na wygaszenie nadmiernej chuci, aby wejść spokojnie do pełnego swoich kolesi pokoju, nie dając powodu do kpin i żartów. Silne przeżycie, pozostawiające ślad na resztę dni obozowych – kolega nasz unikał Marion, zawstydzony swoją nocną i dla niej niespodziewaną rejteradą. Niepotrzebnie zupełnie, gdyż na drugi dzień dziewczyna opowiedziała nam prze piwie o wspólnych kąpielach po codziennych uczelnianych zajęciach sportowych, które na nikim nie robiły żadnego wrażenia, będąc w ich kulturze absolutną normą. Mieliśmy więc dowód naszego słowiańskiego podejścia do higieny, na tle koedukacyjnego podejścia do niej naszych kolegów z RFN.

“Straszny Dwór” tętnił życiem. W 1977 roku Szef wyraził zgodę na ucywilizowanie naszego Ośrodka, pozwalając nam na urządzenie SKI-BARU, w werandzie znajdującej się po lewej stronie budynku. Na początku, dzięki inicjatywie naszych przedsiębiorczych kolegów (Wojtka Zaczyka i Leszka Andryszczyka), zaopatrzenie wożone było maluchem jednego z nich. Dostępne było nawet piwo, co wymagało dodatkowych „zabiegów wychowawczych” ze strony kadry obozowej. Była skuteczna, gdyż niewielu dało się udowodnić „stan wskazujący”, za co czekała niechybna relegacja i powtarzanie zabawy w roku przyszłym, lecz za własną kasę. Więc każdy uważał z ilościami jak potrafił – i było dobrze. W tej sytuacji stopniowo mogły pojawiać się mocniejsze trunki i przekąski, nawet dania obiadowe, ale to już z udziałem jednego z właścicieli miejscowego Hiltona – Adasia. Potem mieliśmy innych agentów, więc sytuacja była rozwojowa. SKI BAR zaczął odgrywać rolę atrakcyjnego klubu, gdzie warto było się pokazać – modne miejsce spotkań, wspólnych śpiewów, nierzadko przy gitarze, w gronie zawsze obecnych i roześmianych studentek, studentów i pracowników AWF. Jedynym mankamentem był brak dostępnych dla wszystkich „oczek”. Celowo użyłem słowa „wszystkich”, gdyż uczestnicy obozu byli wpuszczani na pięterko bez problemów. Z obcymi był kłopot, bo przeważnie byli trafieni wyższą dawką alkoholu, gdyż jako nie-studenci nie mieli żadnych ograniczeń regulaminowych. Im bardziej zawiani, tym mocniej brudzący nasze toalety, z czym usiłowaliśmy walczyć. Więc najprościej było mówić: sorry, awaria, proszę na zewnątrz, lub do siebie. Ale nie wszyscy poddawali się sugestiom.

„Intruzi”
Najłatwiej było niepostrzeżenie wejść do naszego salonu kąpielowego, w którym nie było sedesu ani pisuaru, za to w wyodrębnionych boksach można było przykucnąć i skorzystać z dziury pod drewnianą kratką. Niestety, drzwi naszej kąpielowni nie były zamykane na klucz, więc o ile nie było na warcie któregoś z naszych higienistów, czasami jakiś mocno napęczniały chlacz, widząc wartę przed schodami na górne piętra, wdzierała się do naszej łaźni. Czasami się udawało, szczególnie jeśli sprawa dotyczyła „jedynki”, czyli siusiania. Nie pozostawiało to sympatycznego zapachu na drugi dzień rano, gdyż delikwent nie czuł się zainteresowany spłukaniem swojego nadmiaru z drewnianych kratek, kierując się zasadą: „bo ja tu nie mieszkam!!!” Zatem zapach moczu porażał porannych użytkowników naszej „rurki”. Gorzej było z pozostawioną „dwójką” – była to już poważniejsza sprawa, szczególnie wówczas, kiedy się wdeptywało w to coś, co nie mieściło się pomiędzy szczeblami kratki. Bardzo tego nie lubiliśmy, wręcz cierpieliśmy na wszelkie natręctwa z tym związane, starając się chronić pomieszczenie przed nieznośnymi intruzami. Widząc kogokolwiek z obcych, zapuszczających się w kierunku tych drzwi, reagowaliśmy natychmiast, próbując wyciągać na zewnątrz, bez względu na to, czy portki były na wysokości pasa, czy już tylko kolan lub kostek. No i raz trafiła się osoba, która próbowała wykonać dwie czynności jednocześnie: trzymać drzwi oburącz, załatwiając w tym czasie swoją potrzebę. Któryś z mieszkańców Strasznego Dworu, widzących co się szykuje, próbował otworzyć drzwi łazienki, wzywając osobę do zaniechania gwałtu na czystości naszego salonu. A tu żadnej reakcji, więc potrzebne były posiłki. Wspólna akcja kilku krewkich i wściekłych wuefiaków, na niereagującego na nakazy intruza, zakończyła się spodziewanym sukcesem. Wyrwana ze środka mocno szarpniętymi i trzymanymi od środka drzwiami, niczym skoczek narciarski lecz w niezbyt eleganckiej pozycji, bo trzymająca się za kostki, aby przytrzymać opadniętą garderobę, niezbyt trzeźwa i świadoma dość długiego lotu … bohaterka wylądowała na przeciwległej ścianie, bynajmniej nie telemarkiem. Zero punktów za styl! Co gorsze, nie miała pretensji do obrońców czystości, tylko do jej partnera, który będąc z nią w środku, nie zdołał utrzymać drzwi. Posyłając mu kilka jobów, z portkami na wysokości kolan, chyba przez wzgląd na brak adoracji, uciekła z budynku w popłochu do niewiadomego miejsca. Zniesmaczony obrotem sytuacji partner też ulotnił się chyłkiem, nawet nie wiedzieliśmy kiedy i którędy. Już nigdy i nigdzie nie spotkaliśmy ich w Zieleńcu. Może się obrazili? Akcja pozbycia się niegrzecznej turystki była przeprowadzona niezbyt dyskretnie, więc publika w SKI BARZE zapamiętała tę historię na dłuższy czas, co drastycznie zmniejszyło nieproszone wizyty w naszych toaletach i głównie w parterowej łaźni. Mogliśmy przeto troszkę wyluzować.

Wracamy do schodów “Strasznego Dworu”, prowadzących na I piętro. Były tam wieloosobowe pokoje, pozwalające zakwaterować nawet do 42 osób. W najciaśniejszych (tych od frontu) były po 2 łóżka piętrowe, w większych po 4 do 5. Nie wiem, czy dzisiejsi studenci aprobowali spanie w 10 osobowym pokoju, dla nas był to standard, nie podlegający dyskusji. Do dyspozycji mieszkańców pierwszego piętra – poza opisanym wcześniej salonem kąpielowym – był dość ciasny sanitariat umieszczony na nieco wyższym poziomie, niż to piętro, wyposażonym w dwie kabiny WC oraz dwie umywalki. Z tego właśnie poziomu, jeszcze przed sanitariatem, można było wejść na kolejne schody, tym razem „zabiegowe” prowadzące wprost na II piętro. Tam też było 7 pokoi, jednak różniły się one od niżej położonych swoim mansardowym charakterem. W każdym pokoju był ścięty sufit, malutkie okienka, zaś klimat całości tego piętra wraz z wyodrębnionym sanitariatem był bardzo urokliwy.
To zawiodło nas do niewątpliwie oryginalnego pomysłu, na którego realizację mogliśmy pozwolić sobie już jako pracownicy Zakładu, a działo się to na początku 1977 roku.


„Szafa”

Czasami trzeba było zamienić rozpadające się meble na nowe. Stare palono, wcześniej rozdrabniając je na mniejsze części. Pewnego dnia, w kotłowni Strasznego Dworu znaleziona została para drewnianych drzwi z zardzewiałymi ze starości zawiasami, jako pozostałość niedawno skasowanej szafy. Znalazcy drzwi, będąc już asystentami Zakładu Sportów Zimowych, spędzali następny swój sezon w Zieleńcu, mieszkając od paru tygodni na II piętrze. Dostrzegli szansę odizolowania się tymi starymi, trzeszczącymi drzwiami od hałaśliwych studentów, więc wykonali inżynierską robotę, mocując swoją zdobycz na początku schodów, na poziomie tego półpięterka, stanowiącego przedsionek do studenckiego sanitariatu na niższym piętrze. Dały one namiastkę intymności, pozwalając nam na złudzenie, że mieszkamy w izolowanym dla obcych światku, niczym w normalnym mieszkaniu, którego czasami nam brakowało. Łącznikiem naszego piętra z resztą budynku były dość strome schody, biegnące kilku stopniami w dół, skręcające w lewo i kończące się na naszych nowych wahadłowych drzwiach, otwierających się na zewnątrz, czyli na wspomniany przedsionek półpiętra, na którym były sanitariaty.
Mieszkańcami tego urokliwego apartamentu byli przeważnie etatowi pracownicy Zakładu z zaproszonymi do współpracy kolegami z innych jednostek Uczelni, stanowiących kadrę instruktorów narciarskich. W kolejnych latach zawężaliśmy stopniowo to grono, zamieszkując już tylko w swoim, systematycznie powiększanym gronie zakładowym, część z nas wraz ze swoimi małżonkami i pierwszymi dzieciakami. Prekursorem wśród noworodków był „Kuraś”, młody Zaczyk, który wraz z naszym psem Morisem stanowili o nowym, rodzinnym charakterze naszej „Szafy”. Kolejnymi jej małoletnimi obywatelami byli: nasz syn Maciek, Marcin Bąkowski, Asia Kozłowska, jeszcze później Marianna i Zuzia Orłowskie. Aprobujący i obserwujący te zmiany nasz Szef, rezydujący zazwyczaj w odległym i przeważnie odludnym Stokłosie, poprosił o miejsce również dla siebie, spodziewając się choćby namiastki klimatu życia rodzinnego, z którego zły los go wykluczył przed laty. Mieszkał z nami jeden sezon 1978-79, dopóki nie został wykluczony z dalszego udziału w kierowaniu Zakładem, zapadając na ciężką chorobę, która wymagała długiego leczenia sanatoryjnego.
Dzięki staraniom Wojtka Zaczyka, w późniejszym czasie szefa Ośrodka, wydzielona została łazienka dla dzieci, zdobyliśmy pralkę, urządzona została kuchnia, uzupełniająca skromne warunki przygotowania jedzenia dla naszych małolatów, ale także spełniająca rolę bawialni. Nikomu nie przeszkadzało to, że częstymi rezydentami w kuchni były nasze koleżanki i koledzy, którzy bardzo chwalili sobie tę gościnną metę.

Życie w naszej „szafie” przeplatane było różnymi zdarzeniami. Dominowała codzienność, czyli pośpieszne wstawanie, wędrówka do stołówki, błyskawiczny z niej powrót, szybkie wdziewanie na siebie odzieży narciarskiej i butów, bieg na apel, dopołudniowe zajęcia, powrót, pośpieszna zmiana garderoby, bieg na obiad, ponowne przebranie się na kolejne zajęcia praktyczne. Potem teoria, kolejny spacer na kolację i spotkania wieczorne w świetlicy Strasznego Dworu, czyli wykłady lub rozrywka. Wszystko to w wielkiej presji czasowej, bez szansy na jakiekolwiek spóźnienia czy nieobecność.
Sezon obozowy trwał 3, czasami 4 miesiące, więc nietrudno sobie wyobrazić, że czasami musieliśmy odreagować. Pomysły były różne, w zależności od stopnia „odlotu” ich autorów. A było ich wielu, gdyż jak wcześniej pisałem, wspomagani byliśmy armią instruktorów spoza naszego stałego grona.
I ta różnorodność osobowości miała duży wpływ na kreowanie zdarzeń „ponadnormatywnych”, które pamięta się do dziś. Oto jedna z takich legend:

„F** Avenue”
Był wśród nas ciut starszy kolega, spoza naszego zakładu, którego skłonności troszkę nas bawiły, czasami jednak wywołując konsternację a nawet przerażenie. Odkryliśmy to mieszkając z nim w 4 osobowym pokoju. Było to jeszcze zanim został zrealizowany projekt naszej „szafy” i również miało miejsce w Strasznym Dworze. W przerwie pomiędzy obozami, udało nam się wyjechać do pobliskich Dusznik, aby zaopatrzyć się w gazety, uzupełnić zapasy papierosów, i innych potrzebnych w codziennym życiu przedmiotów. Na naszej drodze znalazł się też zaprzyjaźniony sklep z artykułami monopolowymi, skąd wyciągnęliśmy spory zapasik na kolejne dni. Oczywiście spożywanie miało się odbywać w pełnej konspiracji, bo nas też obowiązywały „zasady”.
Po powrocie do Zieleńca, zachęceni swobodą – brak studentów był dla nas takim błogim stanem – rozpoczęliśmy konsumpcję płynów niemal od zaraz. Po jakimś czasie, ów kolega wdrapał się na górne łóżko jednego z piętrusów i szybko zapadł w sen. Przynajmniej tak nam się wydawało. My zaś zajęci rozmowami, śpiewem i grą w karty, nie zauważyliśmy, że nasz kompan coraz bardziej zbliża się do krawędzi swojego legowiska. Wtem, oderwał się od niego i spadł prosto pod nasze nogi. Przypominało to upadek 3 worków z ziemniakami, okropny łomot kości i ciała o drewnianą, skrzypiącą podłogę. Zerwaliśmy się na równe nogi, przerażeni prawdopodobnym zgonem naszego „Ikara”, ten zaś ze spokojem wstał, otrzepał się i ponownie wspiął na swoje łóżko, informując nas o złym śnie. Zbaranieliśmy, lecz widząc, że nic się nie stało, kontynuowaliśmy miły wieczór. Po kilkunastu minutach sytuacja się powtórzyła, z identycznym scenariuszem, co nas jeszcze bardziej zdziwiło. Impreza skończyła się bez większej kontuzji desperata, więc potraktowaliśmy te zdarzenia jak jakiś dziwny incydent, zapominając o nim po kilku dniach.
W między czasie powstała „szafa” i jej pierwszy bankiet „parapetowy”, niefortunnie zorganizowany podczas trwania kolejnego obozu. Miało być cicho i spokojnie, wszyscy staraliśmy się ukryć przed „dołem” zabawną atmosferę, zapominając całkiem o dziwnych inklinacjach naszego kolegi, który też wziął udział w imprezie. Siedzieliśmy w holu, traktując go jako naszą świetlicę, salę spotkań, pokój konferencyjny i salkę TV, bo telewizor był najcenniejszym meblem „szafy”. Tuż przed schodami stała ławka szkolna. Kładliśmy na niej czapki, rękawiczki, czasem naczynia, szklanki, talerze, zaś podczas bankietów ławka pełniła rolę bufetu. Tym razem była pusta, bo bankiet dopiero się rozkręcał i każdy trzymał szkło przy sobie, zaś flaszki latały pomiędzy bankietowiczami. Po jakimś czasie widzimy, że „Ikar” wstał i chwiejnym krokiem zbliżył się do naszej ławki, ogląda ją, badając przy tym jej stabilność. Kolejnym zamiarem było położenie się na niej przodem, głową do schodów. Nie bardzo chcieliśmy się na to zgodzić, skoro jego stan pozwalał mu na zejście piętro niżej i położeniu się spać w swoim łóżku. Wreszcie udało mu się nas przekonać, że lepiej będzie jak trochę poleży na tej fajnej i wygodnej ławce, nie tracąc z nami „miłego kontaktu”. Więc leżał, ciągle bardziej senny. Wtem, niczym skeletonista, podciągnął się obu rękami o barierkę schodową i koniec ławki, z impetem spadł na schody i szorując po nich klatką piersiową, pędził głową w dół niczym Lux-torpeda. Waląc łbem o ścianę, wykonał zwrot w lewo i gruchnął z łoskotem w nasze nowe drzwi, osiągając wreszcie metę, już poza naszą „szafą”. Nagła cisza, wielkie przerażenie, wszyscy wstaliśmy na równe nogi zamierając w bezruchu, bojąc się najgorszego…
Co się dzieje tam, na dole, poza naszymi drzwiami?!
W tym samym czasie, kiedy kol. F** startował do zjazdu, jeden z nestorów naszego uczelnianego narciarstwa, którego wcześniej opisany jubileusz odbywał się na tym samym obozie, wychodził ze swojego pokoju piętro niżej, wprost do sanitariatu, z ręcznikiem przewieszonym przez ramię i szczoteczką do zębów, na której był umieszczony pasek pasty. W momencie wchodzenia na pierwszy stopień wspomnianego półpięterka, usłyszał lecący z łomotem w dół pocisk, uskoczył więc w bok, nie dając się – już po raz drugi na tym obozie zabić. Gwałtowny unik przed uderzeniem drzwiami szafy i wylatującym spoza nimi delikwentem, pozbawił go pasty, ta zaś wbiła się w ścianę, tuż ponad kończącym z hukiem i rozpłaszczonym na niej koledze F**.
Tam też zapanowała cisza, spoza której usłyszeliśmy rechot Kaczki i komentarz:
– O k-k**wa, a-alle balety!
Nie muszę dodawać, że nie było żadnej poważnej kontuzji, nasz bohater swoim zwyczajem wstał, otrzepał się, pozbierał resztki lekko zdezelowanej dynamicznym zjazdem garderoby, dopiero teraz udając się na zasłużony spoczynek. Na drugi dzień, widząc siniaki na swojej twarzy i … niżej, wypytywał dyskretnie, co się stało, bo nie bardzo zapamiętał. My udawaliśmy, że absolutnie wszystko było w najlepszym porządku. Wydarzenie to uczciliśmy nadając imię przetartemu szlakowi, od tamtej pory nazywając schody „F** Avenue”. Modernizacja budynku i likwidacja schodów uniemożliwiła nam zawieszenie tablicy upamiętniającej ten legendarny zjazd.

Ciekaw jestem, ile osób zapamiętało tę imprezę oraz kto przyzna się do uczestnictwa w niej? Może należałoby zorganizować jubileusz, biorąc pod uwagę dobrą kondycję głównego bohatera, jak słyszałem ciągle obecnego w Zieleńcu oraz świadków, których z łatwością potrafię wymienić. Mamy dwa lata, więc zbierajmy siły!

3 – Przeuroczy Pan Tolek

Jest jeszcze jedna postać bliska naszemu uczelnianemu narciarstwu, o której wypada teraz właśnie napisać. Wprawdzie nie jest to okrągła okazja rocznicowa, ale nawiązuje do jubileuszu 25 lat pracy instruktorskiej Pana Antoniego Kaczyńskiego, docenta i kierownika Zakładu Gimnastyki, obecnie emeryta. Działo się to równo 37 lat temu, kiedy to Pan Tolek (taką miał ksywkę w naszym środowisku), będąc jednym z instruktorów narciarstwa, prowadzącym zajęcia z grupą VI, ogłosił, że właśnie stuknęła mu „ćwiartka” pracy instruktorskiej na obozach wrocławskiej AWF. Była zatem okazja do gratulacji, owacji i nawet kielicha. W końcu święto nie byle jakie!

apel
W wielkiej konspiracji przed uczestnikami obozu, przede wszystkim zaś przed Panem Tolkiem, zastęp młodszych Jego kolegów-instruktorów rozpoczął przygotowania do gali narciarskiej, podczas której mieliśmy ogłosić społeczności obozowej i innym gościom Zieleńca ten doniosły jubileusz. Było wiele pomysłów, ambitnych, przeciętnych, nawet zdarzały się nieprzyzwoite, wręcz durne. Jak to u młodych, napalonych na wygłupy zgrywusów. Wreszcie jeden okazał się bezkonkurencyjny. Nie pamiętam osoby autora, teraz jest to najmniej ważne. Powstał pomysł wieczornego zjazdu naszego poczciwego Jubilata, siedzącego na czymś w rodzaju lektyki, przypominającej tron z czterema drągami spoczywającymi na ramionach najbardziej sprawnych wśród kadry obozowej 4 narciarzy. Po znalezieniu odpowiedniej wielkości mebla, przypominającego drewniany fotel, w ruch poszły młotki, piły i wiertarki. Lektyka była gotowa, przyszedł czas na wybór reprezentacji. Zakwalifikowali się: Marek Kruczkowski, Wojtek Zaczyk, Leszek Andryszczyk i … nie pamiętam czwartego, prawdopodobnie był to Marek Staszak. Ja byłem wówczas lekko kontuzjowany, w związku z tym podjąłem się roli prowadzącego imprezę.
Plan był następujący: mieliśmy zgromadzić wszystkich widzów wzdłuż wyciągu zaczepowego nr 2 (dziś jest tam zupełnie innego rodzaju wyciąg, tuż nad okazałym barem „okrąglakiem”, pomiędzy Stokłosem a Reglami), tworząc dwa szpalery zwrócone twarzą do siebie. Impreza miała się odbyć po kolacji, przy włączonych neonach zawieszonych na słupach wyciągowych, obok których wisiały megafony. A więc sztuczne światło, nagłośnienie, muzyka swingowa z filmu „Serenada w dolinie słońca”, malownicza aura z ośnieżonymi świerkami, liczna publika – istna bajka. Taki był plan.
Teraz nadszedł czas na opracowanie scenariusza uroczystości. Rekwizyt był gotowy, należało odbyć parę treningów, aby wybrać bezpieczną i efektowną technikę zjazdu z Jubilatem. Zaplanowaliśmy wyjazd spod lasku, w górnej części stoku, tak, aby wyjechać do publiki z ciemności, wjechać pomiędzy szpaler i długimi skrętami zwieźć siedzącego na lektyce Pana Tolka. Pierwszy trening odbył się po zajęciach, kiedy wszyscy studenci zajęci teorią, znajdowali się z dala od stoku, w świetlicy Strasznego Dworu, kadra zaś, nie biorąca udziału w treningu ani w zajęciach teoretycznych, zajmowała się degustacją napojów rozgrzewających, dokonując coraz to nowszych odkryć smakowych, będących dziełem utalentowanych producentów. Takie były czasy.
Wracając do treningu – wszystko szło w najlepszym porządku, wybrano technikę z oporu nartą górną, jako najbardziej stabilną i bezpieczną. Parę zjazdów „na sucho”, bez tronu pozwoliło nawet na uzyskanie efektu pełnej synchronizacji zespołu. Trudniej było nieco z lektyką, jednak „trening czyniący mistrza” dał efekty całkiem przyzwoite, chłopaki zaczęli nawet przyśpieszać jazdę, dodając coraz bardziej efektowne ewolucje. Bo powstał przy okazji ambitny pomysł, aby w tym jubileuszowym zjeździe pokazać widzom ewolucję technik narciarskich od skrętów płużnych po jazdę równoległą. Wszystko już było dopięte na ostatni guzik. Dzień przed imprezą pojawiły się plakaty informujące o Jubileuszu, od rana wyczuwało się narastającą emocję, pojawiła się nawet trema jej organizatorów. W tym nerwowym nastroju umknęło naszej uwadze to, że zmieniała się aura. Jeszcze rano, używając chińskiego ratraka, przedeptaliśmy stok, wygładzając wszelkie jego nierówności. Śnieg był mokry, jednak w okolicy obiadu coraz twardszy. Po południu temperatura spadła jeszcze znaczniej, upodobniając miejsce naszej gali do lodowiska. Przygotowania weszły na najwyższe obroty. Beneficjent jubileuszu, rozemocjonowany czekającymi go niespodziankami, nie bardzo zdając sobie z sprawy z planowanego przebiegu imprezy i jej ewentualnych skutków, wesoło dowcipkował, opowiadając najśmieszniejsze historie z jego instruktorskiej kariery. Wszak miało być bardzo wesoło!
Tu pewna dygresja – Pan Kaczyński słynie z wielkiego dowcipu i śmiesznych, celnych ripost. Legendy głoszą, że podczas swoich zajęć z gimnastyki, nie jeden raz rozśmieszył studentów, nieobraźliwie drwiąc sobie z tych, którzy najmniej radzili sobie z ćwiczeniami. Raz, widząc na drążku bardzo niezdarnego studenta, nakazał jego współćwiczącym „zdjąć te gacie z trzepaka”. A ponieważ wygłaszał swoje polecenia lekko się zacinając, powodowało to salwy śmiechu. Podobne sytuacje zdarzały się dość często, wobec czego opowieściom tego typu nie było końca, zaś każdy rocznik zapisał co najmniej kilka wesołych scen z życia wziętych, oczywiście z „Kaczką” w roli głównej.

Nadszedł punkt kulminacyjny imprezy. Tuż przed dwudziestą, zaproszeni przez nas widzowie zaczęli gromadzić się, zajmując swoje miejsca na oświetlonej i pełnej swingowych rytmów białej widowni. Część z nich, między innymi studenci tych sprawniejszych grup i ich instruktorzy, mając pozwolenie szefa obozu na nocną jazdę, wjeżdżała wyciągiem. Z trudem, bo było bardzo ślisko, utworzyli wszyscy szpaler, niecierpliwie oczekując na kulminację, która jeszcze w tym momencie miała być dla wszystkich niespodzianką. Po przywitaniu naszych widzów, jako konferansjer, przedstawiłem używając mikrofonu sylwetkę naszego Jubilata i historię Jego kariery instruktorskiej. Trochę serio, ale i również z przymrużeniem oka. Z założenia miało być wesoło. Po chwili wypełnionej melodią „Chattanooga Choo Choo”, skierowałem uwagę naszej widowni na lasek, dając znak zespołowi z lektyką, na której dumnie zasiadł „Tolek-Jubilat”, aby rozpoczęli swój zjazd.
Zanim ruszyli, miał miejsce śmieszny incydent, tam właśnie na górze, gdzie wcześniej nasi narciarze doprowadzili głównego bohatera do czekającej tam na niego lektyki. Widząc ją po raz pierwszy, Pan Tolek przeraził się i krzyknął:
-Cc-co wy, jaja sobie ro-obicie ze mnie? J-ja t-tu nie wsiądę za Bo-oga, chce-ecie mnie k..a zabić?!
Po kilku bardzo sugestywnych i chyba wzbudzających jego zaufanie zapewnieniach, o udanych treningach, dużym zgraniu zespołu, opracowaniu skutecznej i bezpiecznej techniki jazdy z tronem, dał się wreszcie uprosić i wgramolił się na górę, będąc podniesiony jeszcze wyżej, acz nie bez problemów i chwiania się wszystkich naszych atletów na docelową wysokość. Drągi lektyki spoczęły na właściwych miejscach, wżynając się w naprężone z wysiłku ramiona, zamieniając gwałtownie wesołe gęby na wykrzywione grymasem bólu pyski. Nikt z nich nie przewidział, że bierze na swoje barki tak wielki ciężar. W przenośni i dosłownym znaczeniu. Tu zaistniało pierwsze, wielkie zdziwienie. Dość gwałtownie, zresztą!
Kiedy zastęp zacnych naszych zuchów ruszył, zbliżając się do oświetlonego stoku, błyskawicznie pojawiło się kolejne zdziwienie, wielokrotnie większe, niż chwilę przedtem. Bo nagle okazało się, że ćwiczenia przeprowadzone podczas dnia, na miękkim i poddającym się nartom śniegu, nijak się nie mają do tego lodowiska, w dodatku z 80-kilowym Tolkiem na wierchu. A prędkość rosła, narty coraz szybciej niosły i niezwłocznie należało podejmować pierwsze decyzje. Napięcie rosło w tempie większym od prędkości mknącego w skos stoku zespołu. Tu już decydowały sekundy, a nawet ułamki sekund. Pierwszy zareagował Jubilat, het z góry, krzycząc donośnie:
– Psia kre-ew, co się z Wami dzie-eje!
Wysiłek na twarzach narciarzy tężał, pierwszy Kruk, najstarszy stażem i będący w przedniej parze, podjął pierwszą i … ostatnią inicjatywę, przerażony perspektywą wpadnięcia w szpaler gęsto ustawionych widzów, stojących tyłem do lin „dwójki”, dwa, może trzy metry przed nimi. Krzyknął:
– Górną! – co miało oznaczać odstawienie narty górnej do oporu i oczekiwany początek skrętu, aby wykonać pierwszą krystianię i odjechać od tych cholernych, stalowych lin, będących w dodatku w ruchu, bo wyciąg dowoził spóźnionych widzów. Pozostali narciarze, już w panice, podjęli próby wykonania tego manewru, lecz bardzo nieskutecznie. Przyczyna leżała w ciągle rosnącej prędkości i zbliżaniu się do „ściany”. Ta się rozstąpiła błyskawicznie, rozumiejąc, że trzeba się ratować przed rozpędzonym taranem, który parł do przodu niczym rozszalałe tsunami.
Tu zadziałał instynkt samozachowawczy każdego z wiozących Jubilata. Widząc, że koordynacja nie ma już najmniejszej szansy bytu, wobec rosnącego zagrożenia wjechania w liny, czego skutkiem mogło być poprzeczne podzielenie części człowieka na przynajmniej trzy elementy, kolesie w wielkiej desperacji porzucili lektykę i każdy odjechał w swoją stronę, ratując siebie przed destrukcją. Najgorzej miał ten, którego los i okoliczności pozbawiły możliwości sterowania porzuconym wehikułem, opuszczonym nagle w dół przez uciekających w sobie znanych kierunkach transportowcom. Czyli nasz dzielny bohater, dzisiejszy Jubilat. Wypadając ze swojego tronu, uderzył tylną częścią ciała o twardy śnieg, przekoziołkował parę razy i uruchamiając ostatnie odruchy ratowania się przed niechybną śmiercią, przekręcił się na plecy i ślizgając się na nich pomiędzy nogami przerażonych widzów, dojechał do niższej liny, hamując czym się dało. Dramaturgia była tak wielka, że tłum zamilkł, ucichła chyba nawet orkiestra Glena Millera. Całkowite milczenie! Cisza absolutna!
Wszyscy zastygli, spodziewając się najgorszego. Wtem Pan Tolek wstał, otrzepał się ze śniegu i z wesołą miną zakomunikował widzom:
-Aa-ale mi jubileusz, chcie-eli mnie ku….wa zabić!
W tym momencie tłum, przypominając trąby jerychońskie, ryknął histerycznym śmiechem! Wypisz wymaluj scena z bliskiej naszym sercom piosenki Młynarskiego! Co się działo, co się działo! Nie połowa turnusu, niemal wszyscy skręcali się ze śmiechu, ich wycie trwało dobre kilka minut. Niektórzy poprzewracali się na śnieg i ryczeli w niebogłosy, co przypominało spazmy publiki zgromadzonej w Tworkach. Napisałem „niemal”, bo pomysłodawcom i realizatorom tego performansu wcale nie było do śmiechu. Wstyd, obciach i hańba. W dodatku strach przed reakcją ofiary swojej własnej uroczystości.
Jednak wspaniałomyślny „Kaczka” potrafił nam to puścić w niepamięć, i tak zadowolony, że przynajmniej próbowaliśmy zrobić mu frajdę, pragnąc uczcić jego rocznicę. Nigdy potem, żadnemu z nas nie wypomniał tego obciachu. Nie wiem nawet, czy pamięta o tym dziś, 37 lat po fakcie.
Dla nas był to dzień nauczki i wielkiej pokory, sprawiający, że po dziś dzień staramy się przeprowadzać rzetelnie wszelkie próby i eksperymenty, przewidując najgorsze ich skutki.
Panie Antoni, dziękujemy za wszystkie nasze wspólne obozowe dni, te w Zieleńcu oraz w Olejnicy, gdzie uczył nas Pan również żeglarstwa, z równie pogodnym i przychylnym usposobieniem, za co Pana bardzo mile pamiętamy.

2 – Spotkanie na stoku

„Typowa, zieleniecka pogoda, mocny wiatr, zacinający śnieg, ograniczona widoczność, pomimo południowej pory. Strudzeni zajęciami, przebrani w suchą odzież, idziemy jak co dzień do stołówki z odległego Strasznego Dworu, mijając miejsce naszych lekcji narciarskich. Gdzieś w połowie stoku, nieopodal wyrwirączki, popularnej „dwójki”, stoi On. Charakterystyczna sylwetka, tyrolska czapka na głowie, nieodłączny papieros. Jest sam…
Nie dotarł na obiad, pozostawione dla Niego „karminadle” z buraczkami dawno już wystygły. Czekamy jeszcze chwilę przyzwyczajeni do tradycyjnej, w tej poobiadowej części dnia, krótkiej odprawy. Nadaremnie. Wychodząc na drogę, już od Regli dostrzegamy Go stojącego ciągle tym samym miejscu. Zdziwieni sytuacją, pytamy:
– Szefie, co się stało, dlaczego Pan tu stoi?
– Stoję tu, bo się umówiłem. Nie wiem z kim, zapomniałem gdzie i … o której godzinie. Stoję więc tu, na widoku, może ten ktoś mnie zobaczy?

ja z Hakiem

Często byłem świadkiem podobnych sytuacji, świadczących o Jego stosunku do współpracowników. Nie dzielił ich według stanowisk na uczelni, bez znaczenia był też wiek. Równie poważnie traktował zainteresowanego narciarstwem studenta, jak i dziennikarza, który przyjechał po materiał na temat “drugiego Zakopanego”.
Z takim samym szacunkiem zwracał się do Szczepana Sajdaka, obsługującego „dwójkę”, jak i do goszczącego w „Stokłosie” dygnitarza z Departamentu Sportu. Równie chętnie siadał do dyskusji o metodyce narciarstwa lub treningu (…), co do muzykowania wieczorową porą, skupiając wokół siebie wszystkich, którzy choćby tylko umieli trzymać w ręku jakiś instrument.

Bronisław Haczkiewicz (…) stał się legendą sportów zimowych, ich wielkim popularyzatorem i reformatorem . (…) Uczestniczył w pracach komisji PZN zajmującej się szkoleniem kadr instruktorskich dla potrzeb narciarstwa masowego. Był współtwórcą wielu edycji Wytycznych PZN, programu szkolenia polskich nauczycieli narciarstwa. W tym środowisku zapisał się jako „czarodziejski” demonstrator. Był bez wątpienia najlepszym i niedoścignionym wzorem do naśladowania”.

1 – Moja pamięć o Bronisławie Haczkiewiczu

Już za 5 dni – 5 marca odbędzie się Memoriał Bronisława Haczkiewicza. Wpisany jest w wieloletnią tradycję Zieleńca, w którym nasz wielki Nauczyciel dzielił się z nami swoją pasją, pokazując narciarstwo jako wielobarwną filozofię życia, wychowania oraz sportu wyczynowego.
Miałem zaszczyt być Jego asystentem w ostatnich siedmiu latach Jego życia: 1976 – 1981, zafascynowany niespotykaną skromnością i jednocześnie charyzmą, jaką się cieszył szczególnie w środowisku trenerów i instruktorów narciarstwa. Uczestnicząc wspólnie z Haczkiewiczem w licznych konferencjach i kursach szkoleniowych, organizowanych przez PZN, byłem świadkiem wielu Jego wykładów, rozmów i konsultacji z całą plejadą polskich trenerów, składanych hołdów i wyrazów uznania za ogromny wkład we wzbogacenie warsztatu treningowego naszych zjazdowców, biegaczy i skoczków. Siostry Tlałki, Łuszczek, Bobak, Staszel – to tylko skromna część utytułowanych sportowców, których trening oparty był na fundamentach osławionej metody „H-67”. Trenerzy Budny, Kozak, Kaim, Grocholska – to ludzie, którzy chylili czoła przed naszym „Bronkiem”, okazując mu swój szacunek, wielką sympatię i ogromne zaufanie.
Nas, swoich asystentów, zachwycał oryginalnym i niepowtarzalnym „stylem” realizowanej przez siebie dydaktyki. Była ona kompilacją cennych obserwacji i gromadzonych doświadczeń z uczestnictwa w wielu kursach szkoleniowych i konferencjach odbywających się poza krajem: we Włoszech, Francji, Austrii, jak również własnych prób i doświadczeń, wspieranych poradami osób kompetentnych, zawsze znajdujących się chętnie w otoczeniu Haczkiewicza.  W tej właśnie aurze powstawał wspaniały, autorski „system” organizacji obozów szkoleniowych, angażujący wszystkich uczestników w wielu dziedzinach, począwszy od podstaw kultury osobistej, poprzez niemal wszystkie dyscypliny sportów zimowych, gier i zabaw na śniegu, kończąc na udziale w zawodach sportowych i konferencji naukowej. Było to całe spektrum warsztatowe, wyposażające studentów naszej Akademii w wiele wartościowych umiejętności, przydatnych w późniejszym życiu zawodowym, niekoniecznie ograniczającym się do działalności nauczycielskiej. Będąc sam ogniwem systemu Haczkiewicza, próbowałem kontynuować te działania podczas nieobecności naszego Patrona (1979-1981), spowodowanej przewlekłą chorobą.

fotka z Hakiem (2)

W celu wyjaśnienia znaczenia słów „styl” i „system” powinienem wrócić do początku mojej współpracy z Bronisławem Haczkiewiczem – do roku 1976. Byłem wówczas studentem III roku, uczestnikiem specjalizacji narciarskiej, ale również szefem kultury studenckiej w samorządzie AWF oraz współtwórcą kabaretu „DRYZG”. I właśnie w trakcie tej zimy, otrzymaliśmy – jako kabaret – zaproszenie z Zieleńca na występ do młodszego rocznika studentów odbywających swój pierwszy obóz zimowy. Po tej imprezie, podczas długiego posiadu z „Hakiem” (taką miał ksywkę nasz Szef na Uczelni) narodził się pomysł mojego uczestnictwa na kolejnych obozach, w charakterze animatora kultury i rozrywki.
To był krok milowy, decydujący o dalszym moim życiu, ważący o pewnych umiejętnościach i nawykach, mający dla mnie fundamentalne znaczenie do dnia dzisiejszego. Spędziłem w Zieleńcu resztę sezonu, prowadząc zajęcia popołudniowe z kultury studenckiej, pomagając studentom organizować różne formy działań rozrywkowych i artystycznych, będących integralną częścią zajęć programowych. Rano doszkalałem się zawzięcie z techniki narciarskiej, korzystając gorliwie z instruktażu Haczkiewicza. Te – czasami indywidualne lekcje, były dla mnie zaszczytem, ale i okazją do dynamicznego rozwoju, stanowiącego niezwykle ważne podwaliny mojego późniejszego etapu życia zawodowego, uzyskiwania uprawnień i kompetencji. Konsekwencją tak zorganizowanego początku mojej pracy w Zakładzie Sportów Zimowych był kolejny etap, zapoczątkowany w następnym roku akademickim: będąc studentem IV roku, zostałem stażystą, przechodząc jednocześnie na indywidualny tok studiowania. Podczas następnego sezonu, już w nieco innej roli, współuczestniczyłem w organizacji obozów zimowych, krok po kroku poznając metodykę tych przygotowań, biorąc udział we wszystkich pracach, poznając detale prozy organizacyjnej, dotyczące zaopatrzenia, wyposażenia, obiektów noclegowych i dydaktycznych, oraz zapoznając się ze szczegółami programowymi oraz dydaktycznymi. Wspomnę, że w tamtych czasach, przy ogólnie panujących niedostatkach, organizacja pobytu 150 osób na obozie studenckim z pełnym wyżywieniem, zakwaterowaniem i z zachowaniem funkcjonowania infrastruktury technicznej były niewyobrażalną „jazdą bez trzymanki”. Wszystko jednak działało, obozy były realizowane w zgodzie z przyjętymi wcześniej, bardzo ambitnymi założeniami.

W tym miejscu widzę sens opisania tego „systemu”, będącego unikatowym rozwiązaniem, autorskim projektem Bronisława Haczkiewicza.

  • Wstępna faza organizacyjna obozu

Pierwszy dzień – przyjazd i zakwaterowanie uczestników, pierwszy apel ze sprzętem narciarskim. Po przeglądzie ekwipunku i sprzętu, podział wstępny na grupy narciarskie, w którym nie stosuje się kryteriów sprawnościowych – studenci zapoznawani są z elementarnymi umiejętnościami poruszania się na nartach na płaskim terenie, wykonywaniem zwrotów i zmiany kierunku. Dużą uwagę skupialiśmy na umiejętności upadania i podnoszenia się. Organizując ćwiczenia w 2 i 3 osobowych zespołach, wyposażaliśmy studentów w pierwsze doświadczenia jazdy wyciągiem. Etap ten kończył się w terenie o niewielkim nachyleniu, z przeciwstokiem, pierwszymi zjazdami na wprost oraz próbami zmiany kierunku jazdy przestępowaniem i pierwszymi próbami hamowania. Po tym wstępie każdy student kierowany był na „test trójkąta” autorstwa Haczkiewicza. Prosta próba z użyciem 3 tyczek i stopera. Przejazd przypominający jazdę po kopercie na stoku o nachyleniu ok.15 stopni, wyniki uczestników ułożone w liście rangowej sprawiały bardzo prosty system podziału uczestników na grupy sprawnościowe, niemal w 100% odpowiadający umiejętnościom narciarskim oraz predyspozycjom rozwojowym. Rewelacyjny test, dzięki któremu ograniczaliśmy niemal do zera ryzyko trafienia do nieodpowiedniej dla poziomu sprawności studenta grupy.

apel
Popołudniowa część dnia pierwszego odbywała się już w „sali wykładowej” oraz innych pomieszczeniach przeznaczonych do zajęć teoretycznych. Głównym aktorem tego spektaklu był sam Szef, witając po raz kolejny wszystkich uczestników obozu, przedstawiając siebie i kadrę szkoleniową.
Na samym wstępie spotkania inaugurującego obóz ustanawiane były pierwsze i najważniejsze zasady uczestnictwa. Wspomniałem wcześniej o elementach kultury osobistej, to jej dedykowane były dwa słynne i wartościowe powiedzenia Haka. Ponieważ mieliśmy do czynienia z ludźmi o zróżnicowanej kulturze, oddawaliśmy im obiekty i kosztowny sprzęt, poświęcając swój czas i atencję, słyszeliśmy: „czujcie się jak u siebie w domu, ale nie zapominajcie, że jesteście tu gośćmi”. Bardzo znaczące było również pouczenie: „wódkę pije się z głową, a nie z kiełbasą”, gdyż na miejscu działał „Ski-Bar” w którym – już po zajęciach – można było wypić piwko, zjeść kiełbaskę z grilla, bigos, a nawet zamówić pięćdziesiątkę. Szef tłumaczył: wszystko dla ludzi, tym bardziej, że już pełnoletnich, czasami nawet będących rodzicami. Po tym bardzo oryginalnym i okraszonym lekką nutką humoru wystąpieniu, każdy z nas otrzymywał z rąk Szefa listę z nazwiskami uczestników grupy. Ten zaś, po wyczytaniu swoich podopiecznych, zabierał ich do wyznaczonego miejsca, co było przejściem do najważniejszej fazy organizacyjnej obozu.

  • Zadania fakultatywne

Każdy z uczestników obozu w trakcie jego trwania zobowiązany był do zrealizowania indywidualnego zadania. Projekt Haczkiewicza zawierał listę zadań, spośród których każda osoba w grupie mogła sobie wybrać to najbardziej odpowiednie do własnych predyspozycji i zainteresowań. Najważniejszą dziedziną był proces dydaktyczny, dlatego też wyłoniono grupę jego obserwatorów i rejestratorów zdarzeń. I tak w każdej grupie obserwowane były następujące procesy  pozwalające na wyłonienie wymienionych niżej zadań:

  • rejestracja efektywności nauczania – rejestracja czasu efektywnych ćwiczeń odbywających się podczas lekcji,
  • liczba zjazdów wykonywanych przez uczestników w jednostce lekcyjnej oraz liczba wykonanych skrętów w zjeździe,
  • liczba upadków – każdy student musiał notować swoje upadki na tzw. godzinowej osi lekcji, podając dane na koniec lekcji osobie odpowiedzialnej za zebranie wyników całej grupy,
  • ocena poszczególnych ewolucji, będących dominantami programu nauczania danej grupy – na każdym etapie pośrednim zajęć instruktor oceniał poziom ćwiczącego, posługując się skalą punktową bądź stoperem, mierząc czas przejazdu na wspomnianym wcześniej „trójkącie” oraz tzw. “slalomach etapowych”, wieńczących opanowanie poszczególnych ewolucji.

Kolejna lista zadań dotyczyła obserwacji wpływu ćwiczeń na organizm narciarza oraz definiowania coraz bardziej rozwijającej się rekreacji narciarskiej, której miarą były setki samochodów i autobusów przywożących do Zieleńca narciarzy z okolicznych miejscowości Dolnego Śląska, co jednocześnie umożliwiało studentom integrację, wręcz utożsamianie się z subkulturą narciarską; dotyczyło to głównie dni świątecznych i niedziel. Wyodrębniono zatem następujące zadania:

  • obserwacja częstości tętna po wytypowanych częściach lekcji wraz z rejestracją czasu dojścia do tętna spoczynkowego – każdy uczestnik liczył swoje wyniki, następnie podając je osobie rejestrującej wyniki całej grupy,
  • badania laboratoryjne – każdy student poddany był badaniom mierzącym pojemność płuc – działo się to najczęściej w 2-3 etapach obozu, zadaniem kolejnej osoby było zbieranie i podsumowanie wyników tego badania,
  • tworzenie i przeprowadzanie ankiet mających na celu rozpoznanie potrzeb, motywów, skali oraz zakresu narciarstwa rekreacyjnego.

Dla obu tych grup, oprócz samego zbierania danych i obserwacji, najważniejszym momentem, mającym wpływ na zaliczenie swojej funkcji, było wystąpienie na mini-konferencji naukowej z referatem podsumowującym i interpretującym poczynione obserwacje. Odbywało się to w majestacie powagi,  ogromnej emocji i rywalizacji, a rangę tych wystąpień podnosiła obecność zapraszanych gości – często byli to nasi profesorowie i adiunkci. Pewnie nie wymienię wszystkich, ale w mojej pamięci są ci najbardziej zaprzyjaźnieni z nami: B. Czabański, K. Stańkowska, T. Bober, Cz. Buczek, K. Świerczyńska, R. Jezierski, A. Kaczyński, M. Zatoń, R. Piesiewicz, M. Dochniak i in. Nie dość, że bywali konsultantami tych referatów, to bardzo często je recenzowali, wyławiając co zdolniejszych studentów do grupy swoich późniejszych seminarzystów.

Ostatnią grupę fakultatywną stanowili studenci działający w sferze społeczno-rozrywkowej. Zadania układały się w taki sposób, aby zarazem uprzyjemnić sobie pobyt podczas obozu, ale i zrozumieć wszystkie problemy związane z jego organizacją. Były to następujące zadania:

  • kronikarz – osoba będąca kronikarzem miała do dyspozycji sprzęt fotograficzny oraz profesjonalną ciemnię, wyposażoną niemal we wszystkie urządzenia, materiały i odczynniki do wywoływania zdjęć (nie było wówczas aparatów cyfrowych!). Zaliczeniem obozu była gazetka ścienna, ilustrująca wszystkie najbardziej interesujące wydarzenia grupy;
  • organizator czasu wolnego – osoba ta miała zainspirować grupę i przewodniczyć jej przy organizacji imprezy rozrywkowej bądź artystycznej dla wszystkich uczestników obozu; pomysłów było bez liku, m.in. turnieje grup, programy kabaretowe, konkursy piosenkarskie i recytatorskie, rewie, recitale, happeningi plastyczne, eventy plenerowe, itd.
    W większości tych wieczorów aktywny udział brała również kadra obozowa, co w istotny sposób „uszlachetniało” relacje studentów z pracownikami dydaktycznymi;
    kadra obozu
  • organizator – koordynator grupy – osoby te sprawowały nadzór nad prawidłowym działaniem wszystkich służb obozowych, zabezpieczających zakwaterowanie, wyżywienie oraz prawidłowe funkcjonowanie urządzeń, w tym wyciągów narciarskich; do zadań koordynatorów należało pilnowanie porządku w najbliższym otoczeniu grupy podczas zajęć, przerw i wszelkich działań dodatkowych;
  • sprzętowy – ta funkcja była niezmiernie ważna przez wzgląd na dość duży wachlarz sprzętu wykorzystywanego podczas zajęć, a to z kolei podyktowane było samym programem obozu, uwzględniającym następujące dyscypliny:
    • narciarstwo zjazdowe – zabezpieczenie tyczek, kluczy do wyciągów zaczepowych, innych potrzebnych do realizacji lekcji przyborów,
    • narciarstwo biegowe – zorganizowanie sprzętu biegowego z dostępnej dla nas wypożyczalni,
    • saneczkarstwo – współudział w budowie toru saneczkowego, wypożyczenie sanek,
    • skiboby – zabezpieczenie odpowiedniej ilości skibobów, nartek oraz innych przyborów,
    • skoki narciarskie – współudział przy budowie prowizorycznej skoczni, zabezpieczenie nart skokowych, pomoc w przeprowadzeniu zajęć,
    • gry i zabawy na śniegu – zabezpieczenie kompletu sprzętu pomocniczego, niezbędnego do lekcji.
  • Podsumowanie

W latach siedemdziesiątych program studiów dziennych i zaocznych przewidywał dwa obozy w trakcie czteroletnich studiów magisterskich. Mam wrażenie, że był to najkorzystniejszy dla studentów AWF okres organizacji obozów zimowych – efekt starań naszego Szefa, jak również ogromnego wsparcia Jego idei przez ówczesne władze Uczelni, przede wszystkim rektora J. Jonkisza oraz dziekana R. Jezierskiego.
Pierwszy obóz, podczas I roku, obejmował wstępne szkolenie w wymienionych wcześniej dyscyplinach. Drugi obóz, już typowo metodyczny, ukierunkowany był na organizację i przeprowadzanie zajęć dydaktycznych. Grupami ćwiczeń byli zarówno studenci, jak i dzieci miejscowej szkoły podstawowej, a czasami młodzież przebywająca na feriach zimowych. Pamiętam też grupę niepełnosprawnej młodzieży, zaproszoną na potrzeby obozu metodycznego studentów rehabilitacji. To było bardzo ciekawe zderzenie praktyki z teorią, zapamiętane na długie lata, o czym nie raz przekonywali mnie moi byli studenci, pracujący z młodzieżą w tym lub bardzo zbliżonym systemie.
Ostatni dzień każdego obozu kończył się zaliczeniami, gdzie oprócz zaliczenia praktyki (jazda stylowa i slalom), teorii (historia narciarstwa, metodyka nauczania, technika narciarska, i in.) konieczne było rozliczenie się z realizacji swojego zadania. Brak któregokolwiek zaliczenia skutkował koniecznością powtórzenia obozu, jednak już na własny koszt, co było bardzo dotkliwą sankcją, a zarazem niezwykłym motywatorem do pełnego zaangażowania się w życie obozowe.
Fenomenem Haczkiewicza był jeszcze jeden tkwiący w mojej pamięci system – niezwykle precyzyjna dokumentacja obozu, zilustrowana na jednej (!) kartce papieru w formacie A4. Był to kompletny rejestr wszystkich uczestników obozu, z wyszczególnieniem funkcji, wyników pierwszego trójkąta, ocen pośrednich oraz końcowych w poszczególnych przedmiotach i próbach sprawnościowych. Syntetyczna i precyzyjna baza danych, ujmująca wszystkie etapy procesów dziejących się podczas obozu, od planu poprzez jego realizację, aż po finalne ocenienie studentów, ale i również instruktorów – taka ocena była potrzebna do decyzji o dalszym angażowaniu pracowników Uczelni w roli instruktorów w kolejnych sezonach. Jakkolwiek trzonem kadry instruktorskiej byli pracownicy Zakładu, to jednak nie było nas aż tylu, żeby zabezpieczyć obsadę wszystkich grup. Stąd wynikała potrzeba weryfikowania kadr.
Zapraszani byli pracownicy innych zakładów: pływania, LA, gimnastyki, anatomii, fizjologii i in. Wszyscy musieli mieć ważne uprawnienia instruktorskie, dlatego też wobec bardzo wysoko stawianych wymagań Haczkiewicza, uczestniczyli w doszkoleniach i unifikacjach PZN. Była to gwarancja utrzymywania sprawności narciarskiej oraz kwalifikacji instruktorskich, poddawanych co obóz rzetelnej weryfikacji. Mowa tu o kolejnym, wyrazistym teście kompetencyjnym: organizowanymi przez Szefa pokazami metodycznymi dla studentów. Zazwyczaj odbywały się one w miejscu obecnie rozrastającej się „Szarotki”, nad drogą, tuż nad „Hanką”. Ustawialiśmy studentów w dwóch szpalerach, pozostawiając dość szerokie pole kadrze instruktorskiej, która stanowiła zespół demonstratorów. Szef, posługując się megafonem, wywoływał każdego z nas do prezentacji wybranej ewolucji. Trzeba było wielkiego skupienia i precyzji, aby spełnić oczekiwania przeważnie bardzo krytycznego Haka. O ile elementy prezentowane były zgodnie z jego oczekiwaniami, było miło, zdarzały się jednak wpadki, co Szef stanowczo podkreślał, zwracając się do tej osoby per “panie magistrze lub doktorze”, proszę to powtórzyć! Niejednemu nogi zadrżały w obawie przed kompromitacją…
Był jeszcze jeden bardzo ważny element naszej małej społeczności zielenieckiej. Muzyka! Szef, zaraz po wojnie, utrzymywał się z zarobkowej pracy w charakterze klezmera, grając w jednym z legnickich lokali. Był multiinstrumentalistą, grał na klarnecie i skrzypcach, potrafił też grać na fortepianie. Zgromadził w Zieleńcu wiele instrumentów: dwie gitary elektryczne, perkusję, organy. Było również pianino (na którym najczęściej grałem ja), wzmacniacze, głośniki i mikrofony. Czasami, późno, już po zajęciach wieczornych, spotykaliśmy się w świetlicy „Strasznego Dworu”, gdzie muzykowaliśmy wraz z Szefem i innymi kolegami do późnych godzin nocnych. Udało nam się nawet kiedyś zebrać dość dobry skład (m.in. Włodek Szomański, Janek Pietrzyk, Bolek Kuczerawy, i in.), który zaistniał przy okazji organizacji imprezy tanecznej dla wszystkich mieszkańców Zieleńca, pracujących w naszym Ośrodku. Było to nasze podziękowanie za ich trudną i rzetelną pracę podczas sezonu 1977-78. Mieliśmy ogromną frajdę, patrząc spoza instrumentów na tańczące kucharki, kelnerki, wyciągowych, kierowców i palaczy. Ich radość i wdzięczność była również naszą frajdą – w końcu stanowiliśmy jedną, wielką i zgraną rodzinę przez okres niemal 4 miesięcy w roku.

  • Dlaczego o tym piszę?

Bo jestem dumny z przebycia tej drogi, jaką mi wyznaczył Bronisław Haczkiewicz. Przedwczesna Jego śmierć była dla mnie wielką, osobistą tragedią, gdyż bezpowrotnie straciłem szansę dalszego rozwoju zawodowego u Jego boku, nie znajdując dla siebie już nigdy innego, równie wielkiego autorytetu. Wprawdzie pracowałem na Uczelni jeszcze przez kolejne 11 lat, ale nigdy więcej nie znalazłem w sobie tyle żaru i zapału, co podczas tego wspaniałego okresu współpracy z Szefem. Jego autorski i unikatowy system organizacji obozów też z biegiem czasu ulegał dziwnym modyfikacjom, pomimo moich protestów i starań o jego zachowanie. Z końcem lat osiemdziesiątych nie pozostało już prawie nic…
Mam świadomość, że nic nie trwa wiecznie. Nikogo też nie obwiniam. Stare i dobre odeszło, już nie te budżety, nie te cele, nie te środki. „Naszego ośrodka” już nie ma, studenci uczestniczą w zajęciach, jednak na skrajnie innych warunkach. Przede wszystkim, o ile jeszcze w Zieleńcu, to w zupełnie innych realiach, z innymi ludźmi. Czy jest test „trójkąta”? Czy są te same kryteria, przedmioty, wymogi? Czy studenci dalej mogą uzyskać podstawowe doświadczenia z zakresu zjazdów, biegów, saneczkarstwa i skibobów? Doszedł snowboard! To nowość. Co przetrwało ze szkoły naszego nieocenionego Mistrza? To pytania do dzisiaj pracujących na Uczelni osób, które nie miały możliwości spotkania na swojej drodze Bronisława Haczkiewicza. Wielkiego nauczyciela i trenera, któremu jestem wdzięczny za rzetelny przekaz wszystkich tych wartości, dzięki którym jestem w tym miejscu, z którego jestem dumny i szczęśliwy. Dziękuję Ci Szefie za wszystko!!!