Świat wokół nas zmienia się niewyobrażalnie. Nie chodzi o politykę, gospodarkę, ani o to, co się dzieje z naszym środowiskiem naturalnym, zanieczyszczeniami, ociepleniem itp. To są zjawiska i procesy, które w większości przypadków możemy jedynie obserwować, czasami bez większej nadziei na jakiekolwiek efekty podejmowanych wysiłków przy próbach dokonywania zmian, niwelacji zagrożeń oraz skuteczności  naszego wysiłku w tworzeniu lepszych standardów. Jesteśmy w większości tylko biernymi świadkami dynamicznie powstającej historii, ewolucji technicznej, naukowej, socjalnej. Czas płynie, zaś te wszystkie zmiany nas zaskakują, czasami cieszą, czasem też przerażają.

Najbardziej przerażają mnie zmiany kulturowe, te najbliższe nam i naszym bliskim. Te, na które mamy wpływ, ale wolimy od nich uciekać, bo tak jest wygodniej…
Najlepsze lata mojego życia poświęciłem wychowaniu młodzieży akademickiej, krzewiąc kulturę studencką oraz kulturę wychowania młodzieży przez sport i rekreację. Ta pierwsza była wynikiem mojego czynnego uczestnictwa w życiu klubowym podczas studiów, zwłaszcza w dziedzinie organizacji imprez studenckich i osobistego w nich uczestnictwa w uczelnianych dniach kultury, w międzyuczelnianych i ogólnopolskich spotkaniach artystycznych, w festiwalach piosenki studenckiej, w turniejach poetyckich, kabaretach, zespołach muzycznych itp.
Po studiach także przez wiele lat brałem udział w wychowaniu i kształceniu studentów jako pracownik dydaktyczny w Zakładzie Sportów Zimowych AWF Wrocław oraz jako kierownik wyszkolenia sportowego uczelnianego klubu wyczynowego AZS AWF Wrocław. Te niemal dwadzieścia lat pracy z młodzieżą zaowocowało ogromną rzeszą osób wciągniętych przeze mnie do subkultury sportowej, przede wszystkim zaś narciarskiej oraz w nieco skromniejszym stopniu związanej ze sportami wodnymi. I tym bliskim mi dwóm dziedzinom rekreacji, pragnę zadedykować niniejsze uwagi.

Popularyzując narciarstwo i ucząc studentów metodyki i techniki pozwalającej na swobodne poruszanie się po stokach i trasach biegowych, opieraliśmy się przede wszystkim na wyjaśnieniu relacji między uczestnikami tych zajęć a środowiskiem zewnętrznym oraz między współćwiczącymi, a także całą resztą „użytkowników” gór. „Wdrażanie „dekalogu narciarskiego”, stanowiącego spis najważniejszych zasad i reguł współdzielenia się radością z uprawiania narciarstwa, zachowania się w górach, w schroniskach, wespół z bogatą i różnorodną ofertą rozwijającego się przemysłu sprzętowo-odzieżowego, rozwijająca się  infrastruktura i technologia, pozwalały na budowanie mozolnie tego, z czego dumni byli niemal wszyscy narciarze, zarówno zawodnicy, jak i amatorzy. Byliśmy wszyscy świadkami i uczestnikami, ale i również beneficjentami rozwoju specyficznego kierunku kultury, dostępnej tylko tej systematycznie rosnącej grupie – narciarzom, elitarnej w każdym calu, mając powód do dumy z tej niezwykłej odrębności. Kultura ta przekazywana była przez rodziców, przyjaciół, znajomych, często podawana młodzieży szkolnej i studentom. Przyjmowana chętnie, jako niezwykła atrakcja dająca odskocznię od szarości socjalistycznego realu, przez coraz to nowych adeptów, czyniła ich lepszymi. Dbały o to liczne kluby i stowarzyszenia, popularyzowali ją instruktorzy i trenerzy oraz liczni społecznicy. Przyjemnie było w tym świecie egzystować, ale do czasu…
Paradoksalne jest dziś to, że popularyzując narciarstwo, doczekaliśmy się w końcu jego powszechnej dostępności, co – z wielką przykrością to zauważam – powoduje  powolny regres bądź niemal całkowity zanik jego subkultury!

Nikt z nas nie przewidział tak okropnego skutku, jakim jest lekceważenie lub utrata wartości spisanych w przywołanym przeze mnie „dekalogu”. Dostępność sprzętu, dziś często bardzo taniego, pochodzącego z hipermarketów lub alternatywnych wypożyczalni, rozwijająca się ciągle sieć obiektów narciarskich w regionach górskich i coraz częściej na nizinach (sztucznie naśnieżane stoki), możliwość korzystania z narciarskich resortów poza krajem, ułatwiły drogę do uprawiania narciarstwa lub tylko „uczestnictwa” w nim w skali masowej, bez obecności liderów, nauczycieli i osób wprowadzających wartości niedawnej i gubionej gdzieś po drodze upowszechniania subkultury narciarskiej. Ubolewania godne i częste są widoki tatusiów lub mam, nierzadko niezbyt trzeźwych i z „petem” w ustach (o zgrozo!), ciągnących za sobą malutkich, kilkuletnich narciarzy, przerażonych trudami nowej, modnej dziś rodzinnej rozrywki. Ordynarne wrzaski, wypełnione przekleństwami na stoku i w kolejce do wyciągu, lub już na krześle wiozącym na górę to dzisiaj standard. Upijanie się, czego skutkiem jest bardzo niebezpieczna i szybka jazda, sprawiająca ogromne zagrożenie dla własnego zdrowia, ale i również dla osób w zasięgu „trajektorii niekontrolowanego lotu”, nieprzestrzeganie podstawowych zasad bezpiecznego używania sprzętu, brak jakichkolwiek zabezpieczeń, nieposzanowanie innych użytkowników, to nagminne grzechy tych pożałowania godnych, współczesnych „rajderów”. O ile już taki ma na swoim łbie kask oraz gogle, zapewniając sobie incognito, tym chętniej pokazuje swoje chamskie i wulgarne ego. Brak elementarnej wiedzy o bezpiecznym poruszaniu się w dół, brak wyobraźni o zagrożeniach, kompletny brak odruchu pomocy osobom jej wymagających, to koszmarna rzeczywistość, pokazująca kroczące schamienie nowobogackiej społeczności narciarskiej. To zadziwiające, ale te uwagi dotyczą wyłącznie naszych rodaków tu, w kraju, jak i poza granicami Polski. Jakoś nie mogę przypomnieć sobie podobnych postaw u Szwajcarów, Niemców, Austriaków, czy nawet najbliższych naszych sąsiadów – Czechów. To Polacy są w tej lidze jedyni i niepowtarzalni. Oczywiście nie wszyscy, to rzecz jasna.  Są i ludzie przyzwoici, szanujący stare obyczaje, zachowujący się zgodnie ze wszelkimi regułami dobrego wychowania. Ale oni nie rzucają się w oczy, oni są cichym i normalnym tłem dla tych nowobogackich łotrów. Nie raz próbowałem się przeciwstawić popisom prostactwa, i tu w naszym kraju, i tam, za granicą. Wyedukowana na głównym nurcie klasyków polskiej współczesnej polityki hołota posługuje się zwrotem „spieprzaj dziadu”. Przeważnie jednak dostaję propozycję nie do odrzucenia, żebym się „nie wpierdalał” w nie swoje sprawy.  Jak nie swoje?! Po tylu latach mozolnej pracy? A czyje, jak nie moje?!

Te same obrazy widoczne są w innej dziedzinie uprawianej od lat w Polsce rekreacji, skupiającej ludzi w środowiskach wodniaków. Tam również krzewiono subkulturę, wyznaczając dziesiątki reguł, bez których trudno byłoby egzystować. Ruch w porcie, udzielanie pierwszeństwa, zasady ratownictwa, przestrzeganie przepisów, etyka żeglarska i motorowodniacka, to niezwykle ważne kanony, tak bardzo charakterystyczne dla subkultury sportów wodnych.
Pamiętam przyjemność wynikającą ze zgodności tych zasad z rzeczywistością, będąc uczestnikiem wielu obozów żeglarskich w latach 1965 – 1990. W roku ubiegłym, po ponad 25 latach przerwy, znalazłem się na Mazurach, korzystając z gościnnej dla wszystkich i pięknej „Ekomariny” w Giżycku. Nowocześniejszy sprzęt, piękne i luksusowe żaglówki i jachty motorowe, starsze oraz super nowoczesne, bardzo eleganckie i wypielęgnowane łódki, a na nich … łobuzeria! Bo jak inaczej można skomentować grupę ośmiu „karków”, wpływających do portu na „pełnym gazie”, w dosłownym sensie oraz w przenośni – wszyscy mocno pijani. Żeby bardziej podkreślić swoje chwackie wejście wystawili charczące głośniki z heavy-metalową muzyką, oczywiście na maksymalnych poziomach głośności. Jacht wyczarterowany na parę dni, zapewne bez konieczności posiadania patentu. Chlewu takiego dawno nie widziałem, wszędzie porozwalane butelki ukazujące spektrum alkoholi dostępnych w mazurskich sklepach. Nie chciałbym być armatorem tej jednostki, to wiem z pewnością. Rozochocone towarzystwo ruszyło „na miacho” dopić się, a może na spotkanie z potencjalnym towarzystwem płci odmiennej. Nie bacząc na sąsiedztwo pływających rodzin z małymi dziećmi, nie krępując się zgorszenia prawdziwych żeglarzy, wrzeszczeli, klęli, śpiewali chamskie przyśpiewki, pokazując dosadnie, gdzie mają wszystkich pozostałych. Kolesie stanowili ekstremum nuworyszowskiej elity wodniackiej, a podobne egzemplarze co rusz wpadały nam w oko. Na trasie ze Sztynortu do Giżycka i w drodze powrotnej widzieliśmy wielu panoszących się „prawdziwków”, których pokłady – zarówno te pod żaglami jak i te poruszane motorem – obstawione były flachami, z hałasem, dzikimi wrzaskami, głośną muzyką. Wymownym przykładem nieposzanowania jakichkolwiek dobrych zwyczajów jest ruch w kanale, przed mostem zwodzonym w Giżycku, tuż po zapaleniu się zielonego światła. Przepychanki, wjeżdżanie przed nosem, często zahaczając położonym masztem o głowy wyprzedzanych wodniaków…. To właśnie jest dzisiejszy obraz nowej „kultury”, dalece odbiegającej od tej, którą przywykliśmy szanować.
Inne widoki, choćby na naszej pięknej Odrze. Port w kanale, kiwające się łódki, kajakarze, na brzegu oraz liczni wędkarze. Cisza i spokój. Nagle zza zakrętu wyłania się szybko płynąca motorówka, kierując się prosto do portu. Przepływa obok, nie zwalniając, śmiech załogantów kwituje zakłopotanie i gniew tych wszystkich, którzy spodziewali się łagodniejszego potraktowania. Ale do kogo żal? Do tego prostaka, którego świadomość nie przekracza poziomu rozkapryszonego sześciolatka? Bogatemu wolno wszystko! Jakie tam zakazy, jakie zwyczaje, po co kultura? Dobra zabawa, ubaw, mocne wrażenia. O to tu chodzi! Szpan, pompowanie własnego ego, pokazywanie, kto tu jest „panem”.

Dwa światy: narciarski i wodniacki, jakże dziś odmienne od tych, które nauczyliśmy się kochać i które z największą pasją pragnęliśmy niegdyś upowszechniać jako nauczyciele, instruktorzy, rodzice i społecznicy. Nie jestem abstynentem, czasami lubię dobrą zabawę, napić się zimnego piwa, zaśpiewać piosenkę. Ale wszystko z poszanowaniem innego człowieka, miejsc w których przebywam oraz właściwego w nich zachowania. Bo – jak mawiał mój Szef, Bronisław Haczkiewicz – „wódkę pije się z głową, a nie z kiełbasą”.

Może pomysł byłego ministra Gowina, jeszcze w rządzie PO, uwalniający zawody instruktorskie, był tym właśnie przyzwoleniem na budowanie nowej rzeczywistości, bez udziału nauczycieli, instruktorów, trenerów. Ponieważ nie ma już konieczności zdobywania patentów na rekreacyjne pływanie, nie musimy korzystać z usług szkoleniowców. Któż więc przekaże nam te dobre umiejętności, zachowania, licujące z dawnymi kanonami subkulturowymi, tworzonymi przez wiele lat? Nie wyobrażam sobie, aby wspomniany wcześniej „kark” sięgnął z własnej woli do jakiegokolwiek podręcznika, chcąc dowiedzieć się o poprawnym zachowaniu, właściwym dla wybranej przez siebie dyscypliny, w którą wtargnął właśnie z ubłoconymi buciorami, jak najgorszy intruz.

Zwracajmy więc uwagę tym wszystkim, których zachowanie jest niegodne. Nie tolerujmy chamstwa, prostactwa, brońmy naszego świata, aby ocalić jego urodę dla kolejnych pokoleń. Niech idea Karłowicza, Zaruskiego i nas samych przetrwa, chroniąc subkulturę sportu i rekreacji przed schamieniem, co – jak dziś widać – zaczyna być widocznym dla nas problemem.

Marek Stasiak

Plan naszego rejsu przewidywał udział 3 osób, które podczas dwóch dni miałyby popłynąć z Oławy do Opola i z powrotem. Mieliśmy wystartować we wtorek rano, przechodząc 8 stopni wodnych w górę Odry na dystansie ponad 53 kilometrów. Po noclegu droga powrotna ze śluzowaniem w dół. Łączny dystans to ok. 110 km.

Marinę Oława opuściliśmy zgodnie z planem, tuż po ósmej. Pierwszą i niezbyt dużą śluzę w Lipkach potraktowaliśmy jako naszą rozgrzewkę, gdyż udało się ją przejść w bardzo szybkim czasie, bo w niespełna 10 minut. Radiowe zgłoszenie zamiaru jej przepłynięcia sprawiło, iż wrota śluzy były już otwarte, zanim do niej dotarliśmy. Operatorzy śluzy obiecali, że poinformują obsługę kolejnej o naszej wyprawie do Opola, tak abyśmy nie czekali na przygotowanie wody. I tak się działo na wszystkich śluzach prowadzących do Opola.
Tuż przed Brzegiem okazało się, że jeden z załogantów musi zejść na ląd i szybko wracać do Wrocławia na pomoc swojej kontuzjowanej mamie. Zostaliśmy w zespole dwu osobowym, biorąc na siebie wszystkie rozplanowane obowiązki, zwłaszcza dotyczące prac pokładowych.

Parametry samej trasy w kolejnych etapach pomiędzy stopniami wodnymi zawiera poniższe zestawienie:

I etap: Marina Oława – Śluza Lipki  – (5,5 km) – 8:08 – 8:55 (47 min), czas śluzowania 10 min.
II etap: Śluza Lipki – Śluza Brzeg (via Marina Brzeg) – (14 km) – 9:05 – 10:10 (90 min), czas śluz. 25 min.
III etap: Śluza Brzeg – Śluza Zwanowice – (9 km) – 11:00 – 12:05 (65 min), czas śluz. 15 min.
IV etap: Śluza Zwanowice – Śluza Ujście Nysy – (5 km) – 12:20 – 12:55 (35 min), czas śluz. 13 min.
V etap: Śluza Ujście Nysy – Śluza Zawada – (6 km) – 13:08 – 13:45 (37 min), czas śluz. 10 min.
VI etap: Śluza Zawada – Śluza Chróścice – (7 km) – 13:55 – 14:30 (35 min), czas śluz. 15 min.
VII etap: Śluza Chróścice – Śluza Dobrzeń – (4,5 km) – 14:45 – 15:10 (35 min), czas śluz. 10 min.
VIII etap: Śluza Dobrzeń – Śluza Wróblin – (7 km) – 15:20 – 16:10 (50 min), czas śluz. 10 min.
IX etap: Śluza Wróblin – Klub Kajakowy PAGAJ – (6 km) – 16:20 – 17:10 (50 min)

Podsumowanie:

  • Łączny czas tej części rejsu: 588 min = 9 h 48′,
  • pokonany dystans: 64 km,
  • średnia prędkość: 6,4 km/h.

Sądzę, iż powyżej zaprezentowane dane pozwolą na rzetelne przygotowanie się do odbycia podobnego rejsu, zwłaszcza tym, którzy planują swoją pierwszą odrzańską podróż do Opola/

Warto zauważyć, że trasa rejsu jest bardzo urozmaicona. Płyniemy pięknym i malowniczym korytem głównym Odry oraz węższymi od rzeki kanałami prowadzącymi do śluz. Rzeka jest niemal całkowicie pusta. Podczas pierwszej części rejsu spotkaliśmy tylko parę kajakarzy w okolicach Brzegu, jednostkę motorową z Urazu, cumującą przy lewym brzegu w okolicach Zwanowic oraz wędkarza na pontonie w okolicach ujścia Nysy. Poza malutką przystanią Raj na prawym brzegu w okolicach Dobrzenia Małego i organizującą się, bardzo skromną przystanią kajakową na lewym brzegu, tuż nad Zwanowicami, nie zauważyliśmy żadnej prawdziwej mariny, czy nawet porządniejszego miejsca do zacumowania z jakąkolwiek infrastrukturą.

fot.1. Przystań Raj w Dobrzeniu Małym na prawym brzegu – 162 km

fot.2. Rozwijająca się przystań w Kopaniu (koło Zdanowic) - lewy brzeg, 184,5 km

fot.2. Rozwijająca się przystań w Kopaniu (koło Zdanowic) – lewy brzeg, 184,5 km

Ciekawostką było tajemnicze dla nas miejsce, gdzie po obu stronach Odry, ponad śluzą Chróścice, na wysokości 167,5 km widoczne są betonowe keje, ze slipami w środku. Slipy są jednak zabezpieczone szlabanami, co wskazuje na ich całkowite wyłączenie z użytkowania, przynajmniej dla masowej „publiczności”.

fot.3. Betonowa keja w Kątach, prawy i lewy brzeg - 167,5 km
fot.3. Betonowa keja w Kątach, prawy i lewy brzeg – 167,5 km

Ciekawa jest dość rzucająca się w oczy różnorodność śluz. Są śluzy bardzo stare i ugryzione zębem czasu, z widocznymi uszkodzeniami. W 2 śluzach przeprawialiśmy się przy „połowicznie uchylonych” wrotach. Jedna strona była nieczynna, ale na tyle szeroka, że nie sprawiła nam dużego problemu (nasz weekend ma 3 metry szerokości). Są śluzy bardzo wysoko spiętrzające wodę i mocno zabrudzone, ale z największą przyjemnością podziwialiśmy perłę wśród nich – Śluzę Chróścice, czystą i zadbaną, po rzetelnie przeprowadzonej rewitalizacji.

fot.4. Śluza Chruścice, 168,3, km
fot.4. Śluza Chruścice, 168,3, km

Najbardziej dla nas kłopotliwe były częste zmiany burty cumującej w kolejnych śluzach, gdyż pociągały za sobą przerzucanie odbijaczy i cumy „śluzowej” na właściwą stronę. Okazywało się to dopiero podczas wchodzenia do komory śluzy, wówczas gdy obsługa wskazywała nam odpowiedni do cumowania brzeg. W drodze powrotnej było dużo łatwiej, gdyż notatki sporządzone w czasie jazdy w górę pomogły nam bardzoh, eliminując „spontana”.

Do Opola dotarliśmy przed godziną 17, zastanawiając się nad wyborem miejsca docelowego. Na mapie widoczna jest Marina Opole, o której dowiedziałem się również od właściciela Mariny Oława – Tomka Strażyńskiego. Od niego dostałem numer telefonu do bosmana, jednak okazało się, że był on niewłaściwy. Odebrał zaś jegomość, komunikujący, że z Mariną Opole nie ma nic wspólnego, ale może nam szczerze polecić Przystań Kajakową PAGAJ, sąsiadującą z dolnym awanportem Śluzy Opole. Po chwili wpłynęliśmy do uroczej zatoczki na lewym brzegu Odry, trafiając wprost na gospodarza przystani, Pana Jana Guzka. Pozwolił nam stanąć w najkorzystniejszym dla nas oświetlonym miejscu, oferując również sanitariat z WC i natryskiem, dostęp do wody i prądu. Wszystko za jedyne 20 zł. Wierzymy w to, że dalsza systematyczna praca pozwoli Panu Janowi na podniesienie poziomu tej uroczej przystani i niebawem powstanie tu profesjonalna marina. Trzymam kciuki już od dziś!

fot.5. Przystań PAGAJ w Opolu, lewy brzeg, 150,7 km, tuż za dolnym awanportem Śluzy Opole.
fot.5. Przystań PAGAJ w Opolu, lewy brzeg, 150,7 km, tuż za dolnym awanportem Śluzy Opole.

Po przespanej nocy, w towarzystwie uroczo kumkających żabek, po smacznej kawie i skromnym śniadaniu wyruszyliśmy w drogę powrotną do Oławy, mogąc raz jeszcze przećwiczyć manewry śluzowania, kierując się doświadczeniami dnia poprzedniego. W Marinie Oława zameldowaliśmy się o godzinie 16:05.

Kilka uwag pomocnych przy organizacji rejsu, polegającego na pokonywaniu śluz:

  • Warto mieć specjalne do śluzowych przepraw 2 odbijacze o długości minimum 80 cm i średnicy 30 cm. Ściany śluz są zazwyczaj pokryte rdzawym lub brunatnym nalotem, będącym mieszanką rdzy (jeśli ściany są metalowe), glonów roślin lub ich kompilacją. Użycie naszych standardowych odbijaczy, tych do zabezpieczenia burt przy cumowaniu w porcie i zazwyczaj mniejszych, jest dość ryzykowne, gdyż mogą one zostać wepchnięte do wnęk ściany śluzy i narazić burtę na otarcie i mocne zabrudzenie. Duże odbijacze gwarantują optymalny dystans i – co ważne – po wyjściu ze śluzy mogą zostać zawieszone np. za rufą, po czym ponownie użyte w kolejnej śluzie, bez potrzeby usuwania brudu. Przywrócenie czystości może się więc odbyć po rejsie lub po ostatnim śluzowaniu.
  • Podobnie jak z odbijaczami, powinniśmy przygotować specjalną cumę, o długości minimum 10 metrów, najlepiej czarną. Szczególnie w warunkach śluzowania w górę, gdy musimy użyć mokrego i brudnego polera w ścianie śluzy przy dolnej wodzie, nie ma sensu używać naszych najczęściej czystych i kolorowych cum. Po kilkukrotnym śluzowaniu, środkowa część cumy jest mocno zabrudzona, dlatego też warto posługiwać się specjalnymi rękawicami, chroniąc przed brudem ręce.
  • Miejmy przy sobie drobny bilon. Śluza w godzinach 7:00 – 16:00 kosztuje 7,24 zł, później 14,48 zł. Dużym ułatwieniem dla obsługi śluzy jest precyzyjnie wyliczona kwota, oszczędzi to czas zarówno im jak i nam samym, pozwalając na jej opuszczenie nawet w ciągu 10 minut.

Jako ciekawostkę przedstawiam efekt papierowej roboty, jaka powstaje podczas przepraw śluzowych. Operatorzy są zobowiązani do wypisywania kwitów, w naszym przypadku zebrana została kolekcja 16 egzemplarzy, której część pochodzącą z pierwszego etapu podróży poniżej przedstawiam.

fot.6. kolekcja kwitów za śluzowanie
fot.6. kolekcja kwitów za śluzowanie

Na koniec niniejszej relacji proponuję obejrzenie naszego krótkiego filmu z odbytego rejsu:

Marek Stasiak